ZBRODNIA W PSYCHIATRYKU

1
1652

Pośrodku spacerniaka – ciasnego, łamanego korytarza biegnącego wzdłuż całego Oddziału V –  znajduje się miniaturowe pomieszczenie pielęgniarek, które mają wgląd przez niewielkie okienka do dwóch sąsiednich pokojów. W pojedynczej izolatce umieszczani są nowi, często pobudzeni pacjenci, o których zachowaniu jeszcze niewiele, albo nic nie wiadomo. Bywa, że trzeba stosować tzw. przymus bezpośredni, czyli wiązać ich pasami, dopóki nie zadziałają leki. W sali po drugiej stronie, pielęgniarki mogą obserwować pacjentów wymagających specjalnego nadzoru. Rok temu znajdowało się w niej dwóch chorych mężczyzn.

 Większość pacjentów tego 42-łóżkowego oddziału psychiatrycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego  (do niedawna zwanego Akademią Medyczną) jest leczona w salach kilkuosobowych, obskurnych, trzeba powiedzieć. Człowiek umieszczany w takim miejscu – czasem za własną zgodą, a często wbrew własnej woli, ale nakazem sądu – jest po to, aby mógł uzyskać pomoc w swoim nieszczęściu.

Szpital przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie, jak chyba wszystkie szpitale psychiatryczne w kraju, budzi raczej przerażenie niż nadzieję. Mieści się w budynkach dawnych koszar carskich przejętych w 1918 roku przez polskie władze na szpital wojskowy, który dotrwał tu do 1965 roku. Wydaje się, że od 1966 roku nic tu się nie zmieniło. Te same żelazne łóżka, kłódki na okiennych zamkach, ceratowe kanapki w korytarzowych wnękach, wyjące ze spękań porwanymi gąbkami, ciemny spacerniak – jedyny trakt wędrówek chorych niewypuszczanych na zewnątrz. I tylko telewizor w stołówce jest oznaką nowego wieku. Żal chorych i żal personelu pracującego w tak ponurych warunkach.

Ostatniego dnia kwietnia 2014 r. dyżurna pielęgniarka odkryła rano, że jeden z pacjentów dwójki nie daje oznak życia. 46-letni Robert Ł. został uduszony. Nikt niczego nie słyszał, więc nikt nie mógł zapobiec. Ale za ścianą znajdowały się pielęgniarki, a kilka metrów dalej lekarz dyżurny.

Tragiczny dyżur

Dyżurujące w nocy pielęgniarki mają obowiązek co godzina sprawdzać pomieszczenia, w których znajdują się pacjenci. Tamtej nocy zaplanowano dyżur trzech pielęgniarek, lecz jedna z nich wzięła urlop na żądanie, więc ostatecznie pracowały dwie. Jest to najmniejsza regulaminowa liczba nocnych dyżurnych na tym oddziale. Obie zeznały, że o 4:30 obaj pacjenci dwójki sali oznaczonej nr 1 – spali. Następna wizyta połączona była z budzeniem, gdyż Robert R. wymagał zabiegów higienicznych. Ponieważ nie zgłaszał potrzeb fizjologicznych, na noc zakładano mu pampersy, a rano należało je usunąć, obmyć krocze i pomóc mu się ubrać.

– Panie Robercie, wstajemy!– powiedziała pielęgniarka, a gdy nie zareagował, odsunęła koc, którym był okryty po szyję.

Leżał na boku, ręce i nogi miał związane pasami porwanego prześcieradła i przywiązane do ramy metalowego łóżka. Pętla na szyi także została przymocowana do żelaznej ramy. Pielęgniarka popędziła do kuchni po nóż, po drodze zawiadamiając lekarzy, druga dzwoniła po sanitariuszy z izby przyjęć, którzy wzywani byli, gdy do dochodziło do zagrożenia pacjentów lub personelu. Rozcinanie pęt, badanie przez lekarzy, podłączenie do EKG i stwierdzenie zgonu.

W czasie tych zabiegów 37-letni Paweł J., współlokator denata, wybiegł z pokoju i zniknął. Sanitariusze odnaleźli go pod prysznicem, gdzie niby prał slipy; dziwił się, że nie pozwalają mu dokończyć kąpieli, nic się przecież nie stało. Potem siłą przeciwstawiał się doprowadzeniu do prokuratora, więc trzeba było go obezwładnić i związać pasami w izolatce.

W szpitalu wdrożono już przewidziane prawem procedury. Przyjechał zastępca komendanta rejonowego policji, po nim prokurator i lekarz sądowy. Spisywano pierwsze protokoły. Denat bez oddechu, blady, zimny, usta sine, źrenice szerokie,  niereagujące na światło, wyciek krwawej wydzieliny z nosa i ust, obtarcia naskórka na twarzy, rękach i nogach…

Pierwsze zeznania świadków. Pielęgniarki nie zauważyły w nocy niczego podejrzanego, nie słyszały, by ktoś domagał się pomocy. Żaden z pacjentów, także nikt obcy, nie mógł dostać się do pokoju nr 1, gdyż nie ma w nim klamki, a drzwi otwierane są specjalnym kluczem, tzw. trójkątem, którym one się posługują. Na teren oddziału także nie mógł się nikt przedostać, gdyż drzwi wejściowe zawsze są zamknięte, a odwiedzający pacjentów każdorazowo są wpuszczani i wypuszczani przez personel. Oddział znajduje się na drugim piętrze, więc i przez okna jest niedostępny, zresztą okna zabezpieczone są łańcuchami zamkniętymi na kłódki.

100_0166

Jedynym podejrzanym był, w tym momencie związany pasami w izolatce, niezdolny do zeznań Paweł J.

Oddziałowa pielęgniarek wystawiła swoim podwładnym jak najlepsze świadectwo: rzetelne, doświadczone, pracowite, przyjazne pacjentom i opiekuńcze. Ze względu na przeżyty stres, obie skorzystały ze zwolnienia lekarskiego. Pracujący na oddziale lekarze i jego ordynator, także nie widzieli żadnych uchybień w pracy niższego personelu, w swoim oczywiście również nie:  – Moi lekarze wiedzą, co robią  – uznał dyrektor szpitala. Mimo to Ministerstwo Zdrowia powołało 3-osobową komisję kontrolną z krajowym konsultantem ds. psychiatrii prof. Markiem Jaremą, do zbadania, czy postępowanie medyczne i pozamedyczne wobec obu pacjentów było właściwe. Komisja badała okres 1 kwietnia – 2 maja 2014 roku bez samego incydentu, którego rezultatem był zgon; ten wyjaśniały organa ścigania w podjętym śledztwie.

Samobójczy kredyt

Ustalenia śledztwa pozwoliły prześledzić drogę, która doprowadziła do zamknięcia w pokoju bez klamki dwóch ciężko chorych i nienawidzących się mężczyzn. Obaj mieszkali w podwarszawskich miasteczkach. Obaj skończyli zawodówki i podjęli pracę zarobkową. Paweł pracował kilka lat w warsztacie samochodowym.

Robert zarejestrował własną działalność gospodarczą i podpisał umowy ze wspólnotami mieszkaniowymi swojego miasteczka na usługi konserwatorskie. Wiodło mu się tak dobrze, że rzucił się na duży i wyjątkowo opłacalny kredyt hipoteczny – 450 000 zł we frankach szwajcarskich. Frankowicze do dziś próbują wywikłać się ze swoich, pochopnych – jak się okazało – decyzji. Natomiast Robert Ł., prawie czterdziestoletni ojciec dwojga dzieci, kompletnie się załamał, a jedyną pociechę znajdował w wódce. W depresji nie widział żadnego wyjścia, uciekał z domu, nie chciał wracać, gdy go odnaleziono, odmawiał leczenia, choć już był uzależniony od alkoholu. Alkoholizm w swojej najcięższej postaci jest chorobą śmiertelną. Chorzy umierają w męczarniach, czasem sami skracają sobie życie. W 2012 roku Robert Ł. powiesił się w łazience swojego zadłużonego 80-metrowego mieszkania. Na szczęście (lub nieszczęście) żona zdążyła go odciąć.

Wylądował, jak wszyscy niedoszli samobójcy, w psychiatryku, gdzie stwierdzono nieodwracalne uszkodzenie mózgu spowodowane niedotlenieniem, co doprowadziło do otępienia. Nie stał się rośliną, ale jego stan niewiele odbiegał od wegetacji. Z trudem można się było z nim porozumieć, nie panował nad fizjologią, w związku z czym cuchnął fekaliami, zachowywał się niedorzecznie i wypowiadał bez sensu, miewał także napady agresji, a wtedy lądował w szpitalu. Nie dostawał renty ani emerytury, żadnego zasiłku, nie miał żadnych pieniędzy. Elektrownia wyłączyła prąd, gazownia odcięła gaz, nie było pieniędzy na jedzenie i ubrania dla dzieci, a bank zapowiedział licytację mieszkania. Aby podjąć pracę, żona wystarała się o miejsce dla niego w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym w Rasztowie pod Warszawą. Lecz i stamtąd wysyłano go na Nowowiejską, gdy pogarszał się jego stan zdrowia. To w tym szpitalu pielęgniarka ds. socjalnych pacjentów we współpracy z żoną załatwiła mu rentę inwalidzką. Ostatni raz wypisano go do Rasztowa 1 kwietnia 2014 roku, a cztery dni później znowu był na Nowowiejskiej. Tym razem spędził tam resztę życia, prawie cały kwiecień.

Wolno pokusić się o stwierdzenie, że był ofiarą nie tylko mordercy, ale i krwiożerczego kapitalizmu.

Schizofrenia w ataku

Młodszy o 10 lat Paweł J. od dawna nie może pracować: – Głowa nie ta – wyjaśnił prokuratorowi. Gdy miał 20 lat zdiagnozowano u niego schizofrenię paranoidalną. Jest niebezpieczny dla otoczenia, głównie dla siostry, która się nim opiekuje i znosi całą traumę jego choroby. Nikt, kto nie ma w rodzinie człowieka z chorym mózgiem, nie potrafi sobie nawet wyobrazić cierpienia, jakie dzień po dniu przeżywają jego opiekunowie. Napady agresji powodowały, że w latach 2000-2011 Paweł J. ośmiokrotnie trafiał do szpitala. I wracał do swojego miasteczka, gdzie na szczęście miał własne mieszkanie w części dobudowanej do domu dziadków. Powinien leczyć się ambulatoryjnie, ale przerywał stosowanie leków, więc choroba wracała. Ostatni raz pogotowie zawiozło go do szpitala, gdy groził otoczeniu młotkiem i śrubokrętem.

Trzy lata temu lekarze zdiagnozowali u niego także lekkie upośledzenie umysłowe, jednak bez przewidzianych w takich wypadkach badań, co wytknął im konsultant krajowy. Uważał, że trudności porozumiewania się Pawła J. z otoczeniem i niezborność sądów są wynikiem długotrwałej choroby. Nie wiadomo także, czy ostatnio rzeczywiście uzależnił się od alkoholu, gdyż i tego nie sprawdzono, a on sam raz powiada, że pije, a innym razem, że nie bierze wódki do ust.

 Tego niebezpiecznego i silnego mężczyznę (180 cm wzrostu, 110 kg wagi) umieszczono w pokoju z niedołężnym, cuchnącym i złośliwym pacjentem. Podobno za karę, gdyż podejrzewano, że okrada pacjentów. Tak w każdym razie opowiadano na oddziale. Natomiast personel niczego sobie nie wyrzucał: – W naszym szpitalu nie stosuje się kar – stwierdziła lekarka prowadząca.

Paweł J. źle znosił nowego towarzysza, a lekarze wiedzieli, że Robert R. mu dokucza, bo potwierdzili to członkom komisji ministerialnej. Wszyscy na oddziale uznawali go za pacjenta dokuczliwego, zaniedbanego i śmierdzącego, reagującego na świat impulsami bez udziału umysłu. Nie rozeznawał otoczenia, potrafił nawet wpakować się do cudzego łóżka, więc omijano go szerokim łukiem. Natomiast zmuszony do przebywania z nim Paweł J., w ciągu dnia starał się go unikać. Tylko gdzie można było się chronić w tym ciasnym i pełnym ludzi lokalu? W stołówce lub załomie korytarza z rozprutymi kanapkami. Albo wędrując godzinami spacerniakiem, tam i z powrotem.

Dwa dni przed feralną nocą, Paweł J. prosił o przeniesienie do innej sali. Nie znosi smrodu w pokoju, nie może spać, bo  jak mówi „wariat” wstaje co chwila, zaczepia go, bulgoce i pluje na niego, próbuje go umazać kałem… Ponieważ nie spełniono jego prośby, ostatnią noc zamierzał spędzić na korytarzu, ale go stamtąd przegoniono, więc wrócił do dwuosobowego pokoju nr 1, skąd nie było wyjścia.

Musiałem, to zamordowałem

Gdy uspokojony lekami stanął przed prokuratorem, natychmiast przyznał się do winy i chętnie opowiedział o przebiegu wydarzeń i swoich odczuciach z ostatnich dni. Prosił o przeniesienie do innego pokoju, bo facet chodził bez majtek, zdejmował pieluchę i gównem chciał go smarować. Gdy nie pozwolili mu spać na korytarzu, wrócił o północy do sali, a tamten ciągle wstawał, zaczepiał, rzucił mu w twarz pampersem.

– Trzeba by żelaznego zdrowia, żeby to wytrzymać. Dobrze, że miałem łyżkę, to udało mi się łatwo podrzeć prześcieradło – z własnego łóżka, trzeba dodać.  – Niełatwo złapać wariata i przywiązać – tłumaczył dalej. Postanowił go unieruchomić, więc pasami podartego prześcieradła przywiązał mu nogę do łóżka, potem rękę jedną i drugą, na koniec zacisnął pętlę na szyi, a gdy tamten przestał się ruszać, przykrył go własnym kocem. Sam siedział do rana, bo pukał, a nikt nie chciał go wypuścić. Gdyby mógł otworzyć drzwi, to by uciekł.

– Musiałem, to zamordowałem – podsumował – Dobrze, że się udało – dodał i wreszcie użalił się nad sobą:  – Takie nieszczęście na koniec, ja tak długo się leczę.

Był przygotowany do wypisu, czekał na powrót do domu.

Aresztowany Paweł J. został poddany obserwacji na Oddziale Psychiatrii Sądowej, gdzie biegli sądowi wydobyli więcej informacji niezbędnych do wydania miarodajnej opinii. Jego ojciec był alkoholikiem. Jeszcze na OIOM-ie żądał piwa:  – Nie dali mu, to umarł.

 Matka mieszka u siostry. Siostrę lubi, choć to ona dzwoni po pogotowie. Przez niego straciła 20 procent zdrowia, ucierpiała najbardziej, gdy spowodował wypadek – powinien jej oddawać za to swój stały zasiłek. On miał uraz głowy, ale komputer nie wykazał uszkodzenia mózgu, odebrali mu natomiast prawo jazdy. Na zawsze. Psychiatra napisał, że jest nieodpowiedzialny. Zabójstwo Roberta Ł. uważa za nieszczęśliwy wypadek:  – Musiał coś zrobić, skoro nie mógł wyjść z pokoju.

Biegli uznali, że istnieje prawdopodobieństwo popełnienia podobnego czynu w przyszłości z powodu zupełnego braku krytycyzmu.

Odkręcanie zeznań

Śledczy badający przebieg zdarzenia, które zakończyło się śmiercią, próbowali ustalić rzeczywisty stan sali nr 1. Przede wszystkim, czy była klamka w drzwiach, czy nie. Pielęgniarki twierdziły teraz, że oczywiście była. Przecież kilkakrotnie w nocy na pukanie Pawła J. tłumaczyły mu, że to on sam zatrzaskuje drzwi i nie może potem wydostać się na zewnątrz. Bez klamki jest tylko jednołóżkowa izolatka po drugiej stronie ich pokoju. Dlaczego zeznawały inaczej w pierwszej rozmowie? Prawdopodobnie protokołujący źle zrozumieli ich słowa.

Szef szpitala Andrzej Mazur wyjaśnił, że 16 lat temu, ta część oddziału została przebudowana, z jednego długiego pomieszczenia zrobiono trzy, w środku wydzielając pokoik dla pielęgniarek. W sali nr 1 umieszczano chorych wymagających specjalnego traktowania, głównie osób starszych i chorych somatycznie. W razie konieczności umieszczano też tam pacjentów wymagających ubezwłasnowolnienia, gdy izolatka została wcześniej zajęta. Potwierdził natomiast, że nie było w niej przycisków do sygnalizacji świetlnej lub dźwiękowej, powiadamiających obsługę o koniecznej interwencji.

W śledztwie nie zajmowano się dłużej tą sprawą i skierowano do sądu akt oskarżenia Pawła J. o to, że uciskając szyję Roberta Ł. spowodował jego zgon.

Natomiast komisja ministerialna przesłała dyrektorowi szpitala wielostronicowe wnioski pokontrolne, które sprowadzały się do stwierdzenia, „że są podstawy do przyjęcia, że obowiązki wykonywane przez personel medyczny w kwietniu 2014 roku wobec obu pacjentów były wykonywane zgodnie z wiedzą medyczną  i należytą starannością, natomiast brak klamki w drzwiach sali nr 1 i zastąpienie jej trójkątem byłoby uzasadnione tylko wówczas, gdyby izolując tam pacjentów dysponowano stałym monitoringiem.”

Komisja zaleciła dyrektorowi:  rozważenie częstszych obchodów sal pacjentów; w razie konieczności izolacji pacjenta umieszczenie go w pomieszczeniu z urządzeniem monitorującym; uaktualnienie na tablicy ogłoszeń informacji o prawach pacjenta i przekazywanie ich pensjonariuszom oddziału. Dyrektor otrzymał 30 dni na wykonanie zaleceń.

Natomiast Sąd Okręgowy w Warszawie – prawomocnym postanowieniem z 12 grudnia 2014 roku – umorzył  postępowanie wobec Pawła J. ze względu na jego stan zdrowia i orzekł umieszczenie go w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, dysponującym warunkami maksymalnego zabezpieczenia. Jest nim Regionalny Ośrodek Psychiatrii Sądowej w Gostyninie (znajduje się tam także oddział, gdzie umieszczani są ostatnio wyjątkowo groźni przestępcy po odbyciu kary).

„Przewlekły stan choroby i utrzymujące się objawy wskazują na konieczność szczególnego postępowania leczniczego, rehabilitacyjnego i resocjalizacyjnego, zwłaszcza że pacjent był wielokrotnie hospitalizowany z powodu agresywnego zachowania” – uzasadnił sąd.

Mieszkanie Roberta Ł., wycenione na pół miliona złotych zostało zlicytowane za 170 tysięcy. Elżbieta Ł. złożyła do sądu zażalenie na postępowanie komornika i na razie mieszka w lokalu z dziećmi, ze świadomością, że każdy dzień może oznaczać eksmisję. Pracuje w warszawskiej firmie farmaceutycznej jako laborantka. Zamierza pozwać szpital w procesie cywilnym.

Natomiast ja przygotowując ten reportaż, dotarłam do pacjenta Oddziału V szpitala przy Nowowiejskiej, który przez cały dzień błagał o poluzowanie klamer mocujących wenflony. Nikt z personelu nie reagował. Gdy uwolniono go z pasów,  przeguby rąk i kostki nóg wyglądały jak po ubeckich torturach.

Wisława Wanat

 

1 KOMENTARZ

  1. Moim problemem jest natomiast opieka lekarska na oddziale V w Nowowiejskim. Mam wrażenie , że jest tu grupa pracowników, która dobrze się bawi robiąc na złość pacjentom i dla zabawy dowalaja im psychotropy, żeby pokazać swoja władzę nad nimi. Nie działają w interesie pacjentów tylko traktują ich jako zabawki albo marnych petentów którzy przeszkadzają im w urzędowaniu na stołku.

    Jestem tego przykładem. W pierwszą noc ktoś wyrwał mi torebkę i powywlekał mi z niej wszystkie rzeczy które przez kolejne 2 tygodnie wydobywałam z magazynu i kilku szuflad. Ktoś grzebał mi nawet w portfelu. Potem niemal na siłę zrobiono mi zastrzyk „żeby mnie uspokoić”, po którym w ogóle się nie uspokoiła, krew leciała mi z tyłka po nogach i przez całą noc miałam trzęsawki nóg i nie mogłam przez to zasnąć.

    Potem przydzielili mi Kwasowiec która mimo tego że jestem tu 3 tygodnie i nie mam żadnych nawrotów choroby nie pozwala mi wyjść na żadną przepustkę, co więcej nie informuje mnie o zmianach leków. wysmarowała sędzinie jakiś kiepski tekst, a jest dośc ograniczona osobą, w którym właściwie napisała że jestem wulgarna a nie coś więcej i sędzina kazała mi pozostać na oddziale V, mimo że w chamskim i nieco głupim tekscie lekarki, w którym pojawily się wybiórcze informacje zebrane w wywiadzie ze mną określono mnie właściwie mianem bezczelnej dziewuchy.

    Pierwszą rzeczą która przykuła moją uwagę bo zajmuję sie naukowo obsługą klienta i szacunkiem dla niego, była śmieszna sytuacja w palarni. którejś z Pań lekarek wypadła karta jakiegos pacjenta, którą ktos przyniósł i przeczytał na głos nie podając nazwiska. Ludzie zrywali boki ze śmiechu, jaki to był kiepski pacjent i jak pani doktor widziała go jako jakieś śmieszne gówno. to na początek.

    Pani Kwasowiec działa mi na złość a nie celem wyleczenia mnie. Parę razy z jej szponów wyratował mnie Pan Rzecznik Praw Pacjenta. Np. kiedy zaczęła mnie straszyć Klozapolem, jak byłam dla niej nawet nie niemiła tylko miałam jej dosyć, doradził mi 12 art. Ustawy o ochronie zdrowia psychicznego i uratowal mnie przed tym lekiem który wywołuje chorby smiertelne, odwapnia kości i powoduje tycie. Kilka dni wcześniej mówiłam Kwasowiec że bardzo źle sie czuję na Klozapinie, nie mam siły sie podnieść, jestem otumaniona etc. i nagle gdy poprosiłam ja o wcześniejszy wypis, ona powiedziała ze złośliwa i zadowoloną z siebie miną , że przechodzimy na klozapol. Ja zadzwoniłam do rzecznika i podal mi ten art 12, więc oficjalnie nie mogła ze mna zagrać w trucie mnie klozapolem. Dwa dni potem poinformowała mnie, że bez uzgodnienia ze mną podwoiła mi kilka dni temu dawkę zolafrenu po czym ledwie mogłam ustac na nogach mysląc że zachorowałam, mimo że od tych 3 tygodni nie miałam żadnego nawrotu choroby. Nie wyglądało mi to na za duzo zolafrenu, ale może wlepili mi właśnie klozapol bez wpisywania go do karty. wtedy wydarzyło sie też kilka dziwnych rzeczy. moja karta była w teczce mgr Biernat, a pielęgniarz taki z czarnym kolczykiem w uchu nakładał mi rano leki i były ich trzy rózne rodzaje a nie dwa, jak miałam wpisane w karcie leków. Zapytałam Panów pielęgniarzy o co chodzi, ale kazali mi szybko połknąć i sie nie pytaj. nowa tabletka była biała i troche większa od 10 mg zolafrenu.

    Nie jestem wielką fanką Kwasowiec i wkurza mnie że bezprawnie wsadzono mnie do szpitala. Potrafię być dla niej niemiła a ona na to „pogorszył się Pani stan zdrowia” i dowala mi Urofen, Relanium czy podwaja psychotropy (biorę olanzapinę oraz abilify). Ja potem jestem jeszcze bardziej na nią wściekła ale jej nie obrażam, a ona znowu że mam coraz większe problemy ze sobą. Nie potrafi powiedzieć jakie kiedy ją pytam ale dowala mi znowu jakiś psychotrop. Po prostu jak się do niej odezwę bezczelnie, ona mnie sobie podtruwa i aż widać jak wychodzi z niej wielkie zadowolenie z siebie że mi dowaliła. Nie wiem czy to brak profesjonalizmu czy sama jest psychicznie chora.

    Nie jestem jedynym dziwnym przypadkiem na Oddziale V. jest tu Jarek którego trzymają za to że się pokłócił z policjantem. Jest Janek, którego Kwasowiec sobie wywaliła ze szpitala, mimo że potrzebował dodatkowego tygodnia terapii. A pan Antoniak trzymał moją byłą współlokatorkę z depresją na jakimś Kettelu, na którym dostała objawów schizofrenii, depersonalizacji, a on nadal odmawiał jej zmiany terapii. Schudła z 10 kilo i nie była w stanie wstawać z łóżka. Koleżanka Kwasowiec zastraszała jakąś Panią, że jak nie zgodziła się na pobyt w szpitalu to będzie w związku z tym jej ten pobyt wydłużać. Myślę że warto byłoby zajrzeć do Rzecznka praw pacjenta w tym szpitalu i sprawdzic czy nie dzieja się tu różne dziwne rzeczy. przedłużanie bezzasadne pobytów, dawanie leków których pacjent nie ma w karcie.

    Czy Ci ludzie rozumieją zasady pracy w służbie zdrowia? Czy oni leczą, czy działają w interesie pacjenta czy sa złośliwymi sadystami, z których wychodzą jakies problemy emocjonalne.. i najlepiej się bawią jak mogą zaaplikować komuś kto ich wnerwia albo go nie lubią psychotrop po którym będzie spać przez dwie doby.. Jak Kwasowiec jest obrażona na mnie to niech mi powie coś niemiłego zamiast dowalać mi końska dawkę zolafrenu żebym spała przez 20 godzin. Czy ona jest normalna? takie reguły panują wśród więźniów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ