SASZŁYK, BICZ BOŻY NA MILICJĘ

1
1074

Tym, co kochał najbardziej – i co go w końcu zgubiło – były samochody. Dobre samochody. I jedzenie. Dobre jedzenie. Nawet w więzieniu potrafił godzinami opowiadać, gdzie, kiedy i czym go nakarmiono.

 Gdy w 1994 roku urządził konferencję prasową w rodzinnym Sokule pod Żyrardowem, epatował dziennikarzy pomysłami na założenie hodowli ryb łososiowatych i w dalszej przyszłości knajpy z pyszną wyżerką. Od rozkoszy stołu pochodzi zresztą jego przestępczy pseudonim: Saszłyk. Niektóre źródła piszą: Szaszłyk, zdradzając tym samym ograniczoną kompatybilność z realiami życia Zdzisława Najmrodzkiego, nietuzinkowego bohatera tej opowieści. Saszłyk pochodzi oczywiście od jego ulubionej potrawy, ale też od wady wymowy, jakiej się nabawił jako małolatek po upadku z drzewa.

A na swej konferencji Najmrodzki zarzekał się, że w nowej Polsce już nigdy nie zejdzie z drogi cnoty, bo co innego wtedy, za komuny. Można było dojść do wniosku, że na przestępczą karierę zdecydował się z obrzydzenia do ustroju. Między bajki to włóżmy, ale przecież mnóstwo ludzi mu kibicowało, gdy okradał Peweksy. I sporo, gdy kradł Polonezy.

 Król złodziei

Młodym czytelnikom spieszę wyjaśnić: przy żałosnym „asortymencie” PRL-owskiego handlu, każdy Pewex (od: Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego – konstrukcja ciekawa pod każdym względem) to był sklepowy raj. Zamiast rodzimych teksasów – autentyczne wranglery i levisy, zamiast węgierskiej brandy pt. Budafok – prawdziwy Curvoisier, zamiast polskiej żytniej… polska żytnia. Jeszcze samochody, kafelki do łazienki, lekarstwa, słodycze, kosmetyki i czego tylko dusza zapragnęła, a czego nie było w sklepach za złotówki. Z czasem nawet mieszkania. Detal naród mógł pooglądać i polizać przez szybę, chyba że wykosztował się, żeby po astronomicznych cenach kupić parę bonów PKO – socjalistycznych wymienników/zamienników dolarów, funtów czy marek. Natomiast ta polska żytnia wychodziła w przeliczeniu taniej (i  była w lepszym gatunku), za co krajowcy bezdewizowi i bezbonowi znienawidzili Peweksy szczególnie.

Teraz o Polonezach. FSO polonez, jaki jest – każdy widział lub widzi, bo wciąż się zdarzają. Ocena jakości i estetyki nie jest przedmiotem tego tekstu, ograniczę się więc do wyjaśnienia, że przez ostatnią dekadę Polski Ludowej był to przedmiot wręcz nieludzkiego pożądania, a zarazem – w prywatnych rękach – symbol nomenklatury bądź osób w inny sposób dobrze ustawionych. Z tego mianowicie powodu, że wtedy nie szło się po auto do salonu, ale kombinowało, uruchamiało wszelkie znajomości, aby dostać talon, a więc papierek, na którym władza zezwalała obywatelowi na kupno samochodu, określając zarazem kiedy i jakiej marki. Do tzw. zjednoczeń zakładów przemysłowych, central związków zawodowych (i rozmaitych twórczych), instancji partyjnych, organizacji społecznych, komend i czego tam jeszcze, składało się wniosek o przydział np. wartburga, po czym, jeśli szczęście naprawdę dopisało, trafiał się talon na syrenkę. Talony na polonezy były dla elity, toteż miłość do tego auta łączyła wszystkich zawiedzionych po równo z nienawiścią do ich posiadaczy. W konsekwencji bardziej zrozumiałe staje się uczucie pewnej satysfakcji, płynące z każdorazowej utraty auta przez któregoś z tych drugich.

fot-2b

Najmrodzki miał swój patent na te samochody, potwierdzony w około stu przypadkach. Znany (już nieżyjący) dziennikarz Janusz Atlas doliczył się wprawdzie dwustu, ale to chyba przesada. Patent polegał na odklejaniu czy wydłubywaniu uszczelki tylnego okna. Wcześniej prowadzono wnikliwe rozpoznanie ludzi i terenu, wyjazdów, przyjazdów, zwyczajów parkowania. Dzięki temu zniknął spod samych okien polonez Ireneusza Sekuły – wówczas ministra pracy i spraw socjalnych. Do własnego użytku Saszłyk najchętniej kradł fordy i BMW. Wbrew ówczesnym pogłoskom, nie działał sam – bywało, że jego szajki liczyły nawet 10 osób. I to naprawdę oddanych, o czym później.
Zdzichu, jak mówili doń przyjaciele, wykształcenie miał takie sobie (czeladnik-mechanik samochodowy), ale sprytu mu nie brakowało. Zanim zaczął kraść na potęgę auta, dokonał serii włamań do urzędów gmin, w których zaopatrzył się w blankiety dowodów osobistych, dowodów rejestracyjnych i innych potrzebnych dokumentów (nigdy wszystkich rodzajów w jednym!), a idealne pieczątki otrzymał za łapówkę prosto z drukarni. Dzięki temu sprzedaż samochodowych łupów stawała się dziecinnie prosta.

Patent miał też na okradanie Peweksów. W szybie wystawowej wykrawał lub wybijał otwór, przez który wchodził do środka. Wspólnik z zewnątrz natychmiast zaklejał dziurę dużym plakatem, powtarzając tę operację po opuszczeniu sklepu. I parokrotnie było tak, że milicja powiadomiona przez jakiegoś czujnego obywatela, przyjeżdżała i zaraz odjeżdżała nie widząc śladów włamania. Kradł zwykle towary luksusowe a małogabarytowe (jak klocki lego czy kosmetyki), także idące jak woda dżinsy. Nie korzystał z usług paserów. Najczęściej fanty sprzedawał poprzez zaufanych, lub nawet sam na tłocznych targach i bazarach. Organy ścigania przypisały Najmrodzkiemu 71 włamań do Peweksów, ale jedynie 6 zdołały udowodnić mu przed sądem.

Ale nie tylko dlatego lud wielbił Saszłyka, a przynajmniej z szacunkiem plotkował o jego kolejnych wyczynach. Nie wszystkich oficjalnie znanych, bo organa wszelkiej maści, starały się zatajać kompromitacje, jakich ofiarą raz po raz padały za sprawą bezczelnego kryminalisty. I wcale nie takiego znowu nieuchwytnego. Po pijaku – a więc nierzadko – bywał bowiem uchwytny i chwytany jak najbardziej. To wszystko przypominało raczej zabawę w wańkę-wstańkę.

Król ucieczek

Mógł sobie być Najmrodzki królem złodziei, ale prawdziwą sławę przyniosły mu brawurowe ucieczki z rąk milicjantów, konwojentów bądź strażników więziennych, z sądów i zakładów karnych. Łącznie 29 (słownie: dwadzieścia dziewięć) ucieczek.

Niektóre, jak bodaj pierwsza, polegały na wykorzystaniu okazji. Oto konwojenci w przedziale wagonu PKP, znudzeni powolną jazdą i rozmarzeni piwem nie upilnowali aresztanta,  który jednym susem dopadł okna i tyle go widzieli. Często jednak były to istne majstersztyki.

a

Oto Najmrodzki siedzi w areszcie śledczym przy sądzie w Gliwicach. Okna jego celi wychodzą na – także zakratowane – okna pokoju, z którego więźniowie czy  aresztanci są doprowadzani na sale sądowe. W tym samym kompleksie jest jeszcze szkoła, dzięki czemu wokół panuje ruch ułatwiający nietypowe działania. Saszłyk na kawałku kartonu rysuje i pisze co trzeba, wystawia to przez okno, przyjaciel z gangu czyta to przez lornetkę. Na dzień X, godzinę Y krata w sądowej dziupli zostaje podpiłowana. Teraz tylko mocne pchnięcie podczas przerwy w rozprawie – i jej dalszy ciąg nie może się odbyć z powodu nieobecności oskarżonego. Był i plan B: ucieczka przez samą szkołę (drzwi do jej korytarza były ukryte za kotarą na sali sądu), ale Saszłyk wybrał ten pierwszy, bo dawał więcej czasu.
Do wściekłości doprowadziła gliniarzy historia z komendy stołecznej MO: po przesłuchaniu sam śledczy odprowadził skutego aresztanta na dołek. Za załomem jednego z licznych korytarzy Pałacu Mostowskich, Zdzichu wali oficera dłońmi w kajdankach, wystarczająco skutecznie i na dość długo unieszkodliwia, aby wyjąć mu z kieszeni marynarki kluczyki do obrączek, po czym poparadował  z komendy na postój taksówek, wcześniej machając u wyjścia milicyjną legitymacją z tejże pożytecznej marynarki.
Prawdziwe mistrzostwo świata to jednak inna akcja, choć – po latach – znów gliwicka! Saszłyk siedział już dwa lata, wychodził z innymi na spacery, dreptał na spacerniaku w kółko, ale któregoś dnia robi krok w bok i zapada się pod ziemię. To znów akcja przyjaciół, których nie sypnął, i prawdopodobnie mamy Najmrodzkiego: precyzyjnie wykonany podkop pod spacerniak – nawet z podciągniętym elektrycznym światłem. Sam tunel to fachowa, sowicie opłacona robota specjalisty: cieśli górniczego. A przed więzieniem czekał już motocykl z kumplem, kawałek dalej samochód. Pogonie zmylone.

Król szos

 Najmrodzkiemu niezbyt układało się pożycie z żoną z tzw. dobrego domu, nie pozbawione z jego strony przemocy domowej, i może dlatego swe uczucia przeniósł na samochody. I szybką, jak najszybszą nimi jazdę. Marzył, aby zostać rajdowcem, ale nie miał nawet prawa jazdy. Przez długie lata szalał więc po polskich szosach bez niego, w dodatku po pijaku, co zwykle źle się kończyło: wiele razy wpadał jako pirat drogowy lub sprawca wypadku. Ale czasami milicja nawet nie wiedziała, kim był ranny, którego pogotowie akurat odwiozło do szpitala. Za to, gdy już się wydało, przy łożu boleści potrafiły się ustawiać kolejki lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, żądnych autografu złodzieja-dżentelmena. Dżentelmena, bo żadna z jego ofiar – poza materialną – nigdy nie doznała nawet najmniejszej krzywdy fizycznej. Mokrą i w ogóle brutalną robotą wyraźnie się „w pracy” brzydził, i nawet milicjantów bijał tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Raz tego nieszczęśnika u Mostowskich i raz załogę radiowozu MO, która lekkomyślnie próbowała przeszkodzić w ucieczce, temu świetnie wyszkolonemu żołnierzowi sił specjalnych. Warto bowiem dodać, że wcześniej obiecującemu młodzianowi, wygrywającemu liczne zawody „we wojsku”, proponowano dalszą, już zawodową służbę w komandosach.

d

Ostatnia wpadka Najmrodzkiego miała oczywiście związek z samochodem, choć wyjątkowo bez związku z gorzałką. Był to rok 1984. W drodze powrotnej z wypadu na Mazury nie zatrzymał się do rutynowej kontroli milicyjnej, choć nie wiózł niczego trefnego, a „jego” kradzione BMW miało pierwszorzędne papiery. Rozpoczął się szaleńczy, 200-kilometrowy pościg, o którego losach bynajmniej nie przesądziły rozstawiane co krok zapory (te Saszłyk omijał niczym w amerykańskich filmach), lecz celny strzał w oponę.

Potem już kara łączna 20 lat (na 7 lat sąd wycenił ucieczki).Tym razem w więzieniu był pilnowany lepiej niż sam Al Capone, bez szans na normalną ucieczkę. Wykorzystał więc inną szansę, choć prawie po 11 latach odsiadki. Prezydent Lech Wałęsa w 1994 roku skorzystał wobec niego z prawa łaski. Profesor Lech Falandysz, ważny prawnik ważniejszego Lecha, na pytanie dlaczego ułaskawili zatwardziałego recydywistę, odparł krótko: – Skoro ludowa władza mogła amnestionować Piotrowskiego i innych morderców księdza Popiełuszki, to prezydent mógł ułaskawić Najmrodzkiego, wprawdzie przestępcę, ale nie bandytę.

„Przestępca, ale nie bandyta” nie wytrwał w postanowieniu poprawy. Już rok później, pod Mławą, rozpędzone BMW, którym kierował, wbiło się pod ogromną ciężarówkę liaz. Auto okazało się kradzione, numery rejestracyjne – sfałszowane, a i dowód osobisty fałszywy. Ale najgorsze było co innego. W rozbitym BMW zginęło też dwóch chłopców: 12-letni Marcin S. i 14-letni Tomasz S. – synowie przyjaciela Saszłyka, których wziął na przejażdżkę. Sam też zginął, miał 41 lat.

***

Również w moim życiu, tym zawodowym, pojawił się epizod ze Zdzisławem Najmrodzkim. Otóż postanowił on zaprzyjaźnić się z „Prawem i Życiem”, gdzie byłem zastępcą naczelnego. Przysłał kilka wierszy, bo trzeba wiedzieć, że w więzieniu Saszłyk poczuł wenę twórczą i zaczął pisać wiersze. Wiersze były  podobno niezłe, nie znam się na tym. Wydał nawet tomik „Oblicza prawdy”, który kupiło ponad 7 tysięcy czytelników! A nam obiecywał swoją autobiografię, pisaną ewentualnie z pomocą dziennikarza „Prawa i Życia”. Tymczasem opublikowaliśmy kilka zwrotek wierszy i wtedy okazało się, że wyłączne prawa do literackiej twórczości Najmrodzkiego ma krakowska oficyna wydawnicza Galicja. Saszłyk zaklinał się, że to niezupełnie tak i w rezultacie doszło do ślimaczącego się z winy sądu (w tzw. międzyczasie Najmrodzki zginął) procesu tygodnika z Galicją, który przegrałem. W sumie nic wielkiego, jednak dyshonor, bo z tamtej strony krakowskie centusie, podczas gdy z naszej – wiadomo, Stolica!

Ale już po sprawie, w barku „Pod Paragrafem”-  naprzeciw gmachu Sądów na warszawskim Lesznie – chyba nie tylko ja płaciłem. A na pewno dostałem w prezencie od galicyjskich, wydaną przez nich, Konstytucję Stanów Zjednoczonych Ameryki w polskim tłumaczeniu, ze wszystkimi poprawkami, choć bez autografu Waszyngtona.

Piotr Ambroziewicz

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ