Jak powszechnie wiadomo, świat zbudowano jest z czterech podstawowych elementów: ziemi, powietrza, wody i ognia. To fakt znany nawet członkom Platformy Obywatelskiej. Ale jest on – jak się okazuje – po części błędnym poglądem. Istnieje również piąty element, w moim przekonaniu determinujący życie na naszej planecie. A jest nim – niespodzianka. A ta, jak mówi definicja, to coś, co zaskakuje i czego ktoś się nie spodziewa. Dodajmy, że tym czymś może być praktycznie wszystko, ponieważ ogólnie obowiązująca definicja „cosiowatości” stwierdza, że jest ona – przeciwieństwem niczego.
Aby zrozumieć mechanizm działania „coś”, musimy cofnąć się 8 lat wstecz, a dokładnie do 2007 roku. Wtedy to, w wyniku przedterminowych wyborów parlamentarnych władzę straciło Prawo i Sprawiedliwość, a rządy przejęła Platforma Obywatelska, która stworzyła koalicję z PSL. A ponieważ PO za rządów PiS próbowała wmówić Polakom, że jest to okres machlojek i nadużyć, musiała to jakoś udowodnić. Do szukania haków wysłano Julię Piterę. Ta – wraz z przydzielonymi jej pomocnikami – przez kilka miesięcy wertowała dokumenty we wszystkich ministerstwach i agendach rządowych, szukając legendarnych przekrętów, o których mówili politycy PO.
I tu spotkała ją niespodzianka – ponieważ nic kompromitującego nie znaleziono. Ale rozkaz, jaki otrzymała od Donalda Tuska brzmiał wyraźnie – trzeba „coś” znaleźć. I znaleziono. Tym „czymś” okazał się rachunek w wysokości 8,16 złotych odnaleziony w jednym z ministerstw. Ta oszałamiająca kwota, która po jej ujawnieniu wstrząsnęła polską sceną polityczną, była wydana na zakup porcji dorsza. Popierające rząd Platformy media rozpętały z tego powodu burzę. I po kilku dniach z dorszowego dzwonka zrobiła się ławica.
Stanowisko w tej sprawie zajęła także Unia Europejska. Ta pod wpływem doniesień o olbrzymiej i niekontrolowanej konsumpcji dorszy przez polityków PiS, podjęła natychmiastowe działania. Ograniczając Polsce limity połowów. Motywowało to obawą o przetrzebienie tej ryby w Bałtyku w wyniku intensywnych połowów dokonywanych na zlecenie PiS przez rybaków z Władysławowa czy Ustki. Na marginesie należy dodać, że odebrane polskim rybakom limity otrzymali Duńczycy.
Ale niespodzianka ma to do siebie, że jest nieprzewidzialnym zjawiskiem. O jej kapryśnym usposobieniu Platforma przekonała się w ubiegłym roku. Najpierw zetknęła się z nią podczas wyborów prezydenckich a następnie parlamentarnych. A ponieważ życie nie lubi próżni, to PiS po przejęciu władzy postanowił przyjrzeć się, jak to Platforma gospodarowała pieniędzmi podatników.
I tu rządzących spotkała niespodzianka, jakiej nie oczekiwali, co zresztą wynika z samej jej definicji. Okazało się, że za rządów PO i PSL roztrwoniony na bezsensowne inwestycje i zachcianki, jak na przykład na fotel do masażu dla ministra Sikorskiego, prawie 400 miliardów złotych. Co w porównaniu z kwotą 8,16 zł za dorsza musi porażać. Ale nie polityków PO. Oni twierdzą, że audyt ma na celu jedynie odwrócenie uwagi od dyskusji na temat liczby uczestników ostatniego marszu KOD. A Ewa Kopacz dodaje, że na kłamstwa zawarte audycie Platforma odpowie prawdą. Miejmy nadzieję, że była premier nie wyciągnie dorsza, ponieważ ten już dawno zaczął śmierdzieć.
Jerzy Szostak