Coś go ciągnęło na cmentarze

0
4033
Był rok 1984, cmentarz przy Alei 600-lecia w Sochaczewie. Noc. Ktoś rozkopuje grób pochowanej niedawno starszej kobiety. Dokopuje się do trumny i odchodzi. Nie udało się wtedy ustalić, kto i z jakich pobudek tego dokonał. Jak usłyszałem wówczas, w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych w Skierniewicach, dochodzenie umorzono.
To, co zdarzyło się rok później, na innym sochaczewskim cmentarzu, wzburzyło mieszkańców miasta i wywołało szereg plotek i domysłów.
– To było w październiku 1985 roku – mówił mi wtedy Marian Florczak, mieszkający obok cmentarza – Wyszedłem wyrzucić śmieci. I zobaczyłem dym na cmentarzu, dzień wcześniej był pogrzeb. Pomyślałem, że zapaliły się wieńce. Podszedłem do tego grobu. Był otwarty, z ziemi wystawały gołe nogi. Tam była pochowana siedemdziesięcioletnia kobieta. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że ona wisi rozebrana na prętach. Nogi miała do tych prętów przywiązane. Paliła się odzież i trumna.
I tym razem nie udało się ustalić sprawcy profanacji zwłok. Pojawiły się natomiast plotki.
– To było z zemsty, gdyż ta kobieta wydała Niemcom Żydów
– Rodzinne porachunki, coś ze spadkiem było nie tak, jak trzeba.
Wszystkie te pogłoski – rozpowszechniane w tamtym czasie w Sochaczewie – okazały się chybione. Odżyły raz jeszcze, przy trzecim i ostatnim przypadku.
– Sprawdzaliśmy różne wersje, które się pojawiały przy tych sprawach, ale żadna się nie potwierdziła – wspomina Ireneusz Kisiołek, który w tamtym czasie rozpoczął pracę w Wydziale Kryminalnym Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Sochaczewie.
Satanista czy nekrofil
Tymczasem, 2 kwietnia 1987 roku, na cmentarzu przy ulicy Traugutta, dokonano kolejnego makabrycznego odkrycia. 30 marca pochowano tam starszą kobietę, która chorowała na raka. Na jej grób, 2 kwietnia, przyszli córka i syn zmarłej. Podchodząc zauważyli odsuniętą płytę nagrobną. Dostrzegli, że nie ma kwiatów i coś jeszcze… kawałek wiszącego ciała. Przestraszyli się.
Wkrótce przybyła na miejsce ekipa dochodzeniowa, która stwierdziła, że w grobie, na prętach wiszą zwłoki rozebranej kobiety. Pręty miała podłożone pod pachami, nogi oparte o grób. Paliła się odzież i trumna. Miała nadcięte piersi.
– Byłem wówczas na oględzinach zwłok – wspomina Ireneusz Kisiołek – To było dla mnie szokujące przeżycie.
Cmentarz przy ulicy Traugutta otoczyli milicjanci, nikt niepowołany nie mógł wejść na jego teren. Jednak ulica wiedziała swoje.
– To zrobili sataniści – ekscytowała się uczennica pobliskiego liceum – Teraz jest ich pełno. Kto inny odważyłby się nocą wejść na cmentarz i rozkopać grób?
– Jakiś zboczeniec i tyle – skwitował sprawę jej kolega.
– To musiał być jeden człowiek – dedukował starszy mężczyzna, mieszkaniec pobliskiego osiedla. – Nie wierzę, żeby znalazło się w tym mieście dwóch nekrofilów i żeby się zgadali, że wspólnie to zrobią. A komu innemu chciałoby się trzy razy przyjeżdżać do Sochaczewa i rozkopywać groby? To musiał być miejscowy.
– Mówi pan, że za każdym razem mógł to robić kto inny? Ja w to nie wierzę. Tylu zboczeńców to tu nie ma – przekonywał mnie wówczas jeden z gapiów.
Milicja przystąpiła do szeroko zakrojonych działań operacyjnych. Wzmocniono patrole, sprawdzano kartoteki i wszelkie informacje, choćby nawet z pozoru nie związane ze sprawą. Starano się zbudować portret psychologiczny nekrofila. Co nie było łatwe, gdyż podobne zaburzenia były w Polsce odosobnione. Znany był w tym czasie przypadek Edmunda Kolanowskiego – seryjnego mordercy i nekrofila z Poznania. Jednak rok wcześniej wykonano na nim wyrok śmierci.
W końcu milicjanci trafili na trop sochaczewskiego nekrofila. Zatrzymano podejrzanego o dokonanie tych czynów Kazimierza T. Jednak nie było na niego twardych dowodów: – Był dość sprytny i nie chciał się do niczego przyznać – opowiada Ireneusz Kisiołek – Skorzystaliśmy wówczas z konsultacji seksuologa Zbigniewa Lwa Starowicza.
Zbigniew Lew Starowicz rozmawiał z Kazimierzem T. przez 4 godziny. W trakcie tej rozmowy przyznał się do wszystkiego.
Był podekscytowany
Jak zeznał, 2 kwietnia 1987 roku wypił z kolegami trzy wina i butelkę wódki. Był podekscytowany, coś go „nosiło”, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Autobusem miejskim pojechał na dworzec PKP. Tam trochę pokręcił się bez celu. W pobliżu dworca znajdowało się Technikum Ogrodnicze. Poszedł tam. Prawdopodobnie podglądał mieszkające w internacie dziewczęta. Było późno, coś pchnęło go w kierunku cmentarza.
O tym, co Kazimierz T. robił na cmentarzu, dowiedziałem się wówczas od Mariana Florczaka, który uczestniczył w wizji lokalnej.
– Byłem na wizji świadkiem. On opowiadał wszystko. Powiedział, że miał na cmentarzu w krzakach bzu schowane pręty, które były mu potrzebne do otwarcia grobu i trumny. Opowiadał, jak otworzył pieczarę, zdjął deski, papę, płytki cementowe. Wszedł do grobu, wyjął zwłoki z trumny i wyciągnął z pieczary. Naznosił zniczy z innych grobów, pozapalał je. Mówił, że chciał mieć jasno. Bo to go podniecało. To wszystko działo się około północy. Zmarłą położył na sąsiednim grobie, rozebrał i na tym grobie odbył z nią stosunek. Jak już było po wszystkim, to położył na prętach ułożonych w poprzek grobu. Miał gwóźdź i tym gwoździem porysował denatce piersi. Mówił, że nie podpalał trumny i ubrania. Ponoć do grobu wpadł znicz i trumna zapaliła się sama. Gdy o tym wszystkim opowiadał był spokojny, nie denerwował się.
Kazimierz T. pochodzi z rodziny dotkniętej patologią społeczną. Kilkanaście lat swojego wówczas 38-letniego życia, spędził w więzieniach. Ostatnie dwa lata był na wolności. Nikt nie podejrzewał go o tego typu dewiacje.
Oswojony z cmentarzem
– Siedział w więzieniu, to prawda – zauważa sąsiadka Kazimierza T. – Kościół nawet okradł, ale żeby coś takiego zrobić? Nikt by nawet nie pomyślał.
Przebywając – co prawda sporadycznie – na wolności, Kazimierz T. starał się pracować. Przez pewien czas był nawet pomocnikiem grabarza. Udało mu się założyć rodzinę, urodziło mu się dziecko. Z żoną jednak rozwiódł się i zamieszkał u matki.
Marian Florczak zna go od dziecka: – Mieszkali obok nas na Cmentarnej. Potem przenieśli się na „Pekin”, ale on tu zaglądał, przychodził pogadać. Znajomy człowiek, wydawał się całkiem normalny. Jak go zobaczyłem na tej wizji, to mnie zatkało, nikt by nie pomyślał, że to on.
– Trochę kradł, ale był spokojny – dodaje żona pana Mariana – On z cmentarzem to był oswojony od maleńkości. Co też się panie porobiło, ludzie gorsze od diabła.
Milicjanci, którzy go przesłuchiwali, mówili mi wtedy, że był opanowany i spokojnym głosem opowiadał o tym, co robił, tak, jakby mówił o codziennych czynnościach.
– Przyznam, że nieswojo się czułem w jego obecności – opowiadał mi w 1987 roku jeden ze śledczych, który przesłuchiwał Kazimierza T. – Trochę mnie brało obrzydzenie. Jak mu daliśmy herbatę lub wodę. To potem się te szklanki wyrzucało. Nikt by się po nim już z niej nie napił.
Wzgarda i poniżenie towarzyszyły także Kazimierzowi T. w zakładzie karnym, gdzie spędził zaledwie rok za dopuszczenie się zbezczeszczenia zwłok. Wkrótce wrócił do Sochaczewa, gdzie nosił nieodłączne piętno nekrofila.
– Towarzystwa szukał wśród podobnych sobie degeneratów – mówi jego były sąsiad – Nawet nie wiem, czy on jeszcze żyje. W jego środowisku nie żyje się dłużej niż do sześćdziesiątki. Pewnie się zapił na śmierć.
– To prawda, on już nie żyje – potwierdza Ireneusz Kisołek – Być może spoczywa nieopodal swoich ofiar.
Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ