GANG HARDKOROWCÓW

0
459
fot. Policja symboliczne

Według prokuratorów trzon szajki liczył siedem osób. Miała ona związek między innymi ze sprawą zabicia dziennikarza w Mławie, próbą zamordowania znanego sportowca w Koszalinie, napadami na konwoje, porwaniem adwokata w Gdańsku oraz ostrzelaniem policjantów w Warszawie i Inowrocławiu.

Czerwiec 2015 roku. Młody adwokat Krzysztof  podjechał pod siedzibę swojej kancelarii w centrum Wrzeszcza, jednej z głównych dzielnic  Gdańska. Nagle przed maską jego samochodu pojawiło się kilku mężczyzn w kominiarkach. Z tyłu ich samochodu widniał napis „Policja”, a na  dachu mieli „koguta”. Byli ubrani w mundury. Krzyczeli, że są z CBŚP.

Po chwili jeden z nich wybił boczną szybę w zatrzymanym audi. Było już jasne, że coś tu nie gra, ale jednocześnie za późno na reakcję. Napastnicy zabrali prawnika do swojego wozu i odjechali.

Jeździli z nim kilkanaście godzin. Straszyli i grozili. Zakuli go w kajdanki. Mówili, że chcą odciąć mu palec. Zabrali mu pieniądze. Wypuścili go w końcu około godziny  3. pod Ostródą, 140 km od Gdańska.

– Masz zapłacić milion złotych! Masz siedem dni! – usłyszał mecenas pod koniec spotkania.

Nie zapłacił. Powiadomił o wszystkim śledczych. Ci wszczęli śledztwo, które trzeba było później połączyć z dziewięcioma innymi, prowadzonymi w wielu miastach. Skala, na jaką działał gang, okazała się ogromna i przerażająca.

 Postrach północnej Polski

W wysłanym niedawno do sądu akcie oskarżenia gdański wydział Prokuratury Krajowej zarzucił gangsterom szereg przestępstw, jakich mieli dopuścić się na terenie całej północnej Polski. Grupa zbrojna miała się zawiązać w 2014 roku i działać przez ponad rok. Za najgroźniejszego jej członka  uznano Jakuba K., który według policjantów już w 2007 r. handlował olbrzymimi ilościami amfetaminy i kokainy w Warszawie. Dawniej był też w  gangu cieszącego się złą sławą „Szkatuły”.

Ekspansja jego nowej organizacji zaczęła się w Wolsztynie niedaleko Poznania, w lipcu 2014 roku. Tam gangsterzy mieli zrabować przy użyciu broni 300 tysięcy złotych. Kilka miesięcy później w podobny sposób ukradli 210 tysięcy złotych na Mazurach. W lutym 2015 roku przyszedł czas na Mławę na północy województwa mazowieckiego. W okolicach tego miasta mieli ukraść 25 tysięcy paczek nielegalnych papierosów. Potem była Łódź i kradzież 530 tysięcy złotych z samochodu zaparkowanego przed bankiem, a następnie wspomniane uprowadzenie adwokata.

Jak twierdzą śledczy, gang pojawił się też koło głośnej sprawy zabicia dziennikarza Łukasza Masiaka w Mławie. Doszło do niego w czerwcu 2015 roku. W kręgielni pobił go 31-letni instruktor sztuk walki Bartosz N., który potem został prawomocnie skazany przez sąd na siedem lat więzienia za „spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego skutkiem była śmierć”. Zanim jednak do tego doszło, przez wiele miesięcy był nieuchwytny dla organów ścigania. Wydano za nim Europejski Nakaz Aresztowania. Próbował go odnaleźć Interpol. W końcu poszukiwany sam zgłosił się na policję i stwierdził, że śmierć Masiaka była nieszczęśliwym wypadkiem. Zdaniem prokuratury to właśnie „gang hardkorowców” pomógł mu wtedy uciec za granicę i zatrzeć niektóre dowody zbrodni.

Ostatnim dużym skokiem szajki miał być rabunek 700 tysięcy złotych na trasie S7 niedaleko Elbląga. Doszło do niego w lipcu 2015 roku.

Miesiąc później gangsterzy próbowali załatwić porachunki w Koszalinie. Tam czterokrotnie postrzelili przed domem 54-latka. Trafili go w rękę i nogę. Mężczyzna przeżył, ale stracił nogę i dwa palce jednej ręki.

– Przeżył tylko i wyłącznie dzięki szybkiej interwencji lekarskiej, jednak doznał ciężkiego, trwałego kalectwa – mówi Olimpia Gapanowicz z Pomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku.

O sprawie zrobiło się głośno, bo ranny przed laty był znanym zapaśnikiem, dwukrotnie reprezentował Polskę na olimpiadzie. Potem miał związki z półświatkiem. Media opisywały to zdarzenie jako wojnę narkotykowych gangów. Dwaj bandyci, którzy ostrzelali byłego sportowca, uciekli samochodem. Później porzucili go w Polanowie, kilkanaście kilometrów od Koszalina.

Koniec gangu

Po wyczynach grupy z lata 2015 roku, kiedy działała ona wyjątkowo intensywnie, Komendant Główny Policji nakazał powołanie specjalnego zespołu śledczego, który zajął się nią na dobre. Jej członkowie byli stopniowo wyłapywani przez mundurowych. Ostatnim do ujęcia pozostawał Jakub K., który długo zwodził organy ścigania. Te były co prawda blisko schwytania go w stolicy na początku 2017 roku, ale mężczyzna im się wymknął.

– Ośmiokrotnie wystrzelił w kierunku próbującego go zatrzymać funkcjonariusza policji, a dwóm innym policjantom zagroził użyciem broni palnej – relacjonuje to zdarzenie Olimpia Gapanowicz.

We wrześniu 2017 roku doszło do tragicznej sytuacji. Jakub K. przyjechał do Inowrocławia, według nieoficjalnych informacji chciał się zobaczyć ze swoją przyjaciółką. Namierzyli go funkcjonariusze CBŚP i doszło do strzelaniny. Ranny został zarówno gangster, jak i dwóch policjantów.

Ale Jakub K. postrzelił tylko jednego z nich. Drugi policjant prawdopodobnie został trafiony przez innego funkcjonariusza, między innymi w głowę. Z jego ciała wyciągnięto cztery kule, które stosuje polska policja.

Używał ksywki „Wajcha”. Jego koledzy z policji zorganizowali później dla niego zbiórkę. W oficjalnym komunikacie napisali: „Trafił do szpitala, gdzie przeszedł kilka operacji. Obecnie nadal jest hospitalizowany, ale przyjaciele myślą już o rehabilitacji, która pozwoli mu wrócić do normalnego, codziennego życia. Rehabilitacja będzie długa i bardzo kosztowna, dlatego prosimy Państwa o pomoc w zebraniu środków finansowych na jego leczenie”.

Prokuratura i policja od dwóch lat zgodnie milczą w tej sprawie i nie potwierdzają, kto postrzelił tego funkcjonariusza CBŚP. Nie odpowiadają ani na pytania mediów, ani na pytania posła Krzysztofa Brejzy z Inowrocławia, który do dziś jest oburzony faktem, że policja dopuściła do strzelaniny na blokowisku. Z aktu oskarżenia wynika, że bandyta strzelał tylko do jednego policjanta.

W aucie Jakuba K., które było stylizowane na radiowóz policyjny, znaleziono maczetę, podrobioną odznakę policyjną, karabin przypominający kałasznikowa, 800 sztuk amunicji, granat dymny, 18 różnych tablic rejestracyjnych, radio do nasłuchu policyjnych częstotliwości, policyjne sygnały świetlne oraz podrabiane dokumenty ze swoim zdjęciem na cztery różne tożsamości, w tym również litewskie i bułgarskie.

Wszyscy ranni w tamtej strzelaninie przeżyli. Dla Jakuba K., który ma obecnie 42 lata, to był prawdopodobnie koniec przestępczej kariery. Trudno oczekiwać, by prokuratura żądała dla niego innej kary niż dożywocie, bo poza strzelaniem do policjantów miał brać też udział w próbie zabójstwa byłego zapaśnika. Wraz z jego zamknięciem gang hardkorowców przestał istnieć.

Działali z zaskoczenia

Szajka ma w akcie oskarżenia wpisane 63 przestępstwa. Jej członkowie pochodzą głównie z okolic Warszawy. O ich winie lub niewinności ma zdecydować Sąd Okręgowy w Olsztynie.

Śledczy zdradzają, jak według ich ustaleń działali gangsterzy i dlaczego ich napady były tak skuteczne. Sekret miał tkwić w dobrze przygotowanym rozpoznaniu. Gang zdobywał informacje o tym, który samochód będzie przewoził znaczną ilość pieniędzy, a potem instalował w nim nadajnik GPS. To pozwalało wybrać kiedy i w jakim miejscu można zaatakować.

– Modus operandi oskarżonych to najczęściej napady rabunkowe, tak zwaną metodą na policjanta  – wyjaśnia Olimpia Gapanowicz. – Oskarżeni podając się za funkcjonariuszy CBŚP używali ubiorów i kamizelek taktycznych imitujących umundurowanie policji, poruszali się samochodami z zamontowanymi światłami błyskowymi oraz z wyświetlaczem o treści  „Policja”. Ponadto posługiwali się bronią palną, kajdankami, a zatrzymania realizowali pod pozorem kontroli drogowej.

Z ustaleń śledczych wynika, że „hardkorowcy” nigdy nie zrobili krzywdy żadnemu z konwojentów. Przeważnie zakuwali ich w kajdanki i zostawiali w lesie, przykutych do drzewa lub w skrzyni służącej do transportu pieniędzy. Raz tylko, podczas kradzieży papierosów, założyli dodatkowo napadniętemu worek na głowę, a dwa razy użyli gazu łzawiącego.

Działali bardzo szybko, wykorzystując element zaskoczenia i dezorientacji, krzycząc, że są z CBŚP. Raz podawali się za straż graniczną.

Siedmiu z nich uznano za członków zorganizowanej grupy przestępczej, ale na ławie oskarżonych usiądzie ich czternastu. Grożą im kary od kilku lat  więzienia do dożywocia.

Mikołaj Podolski

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ