Dożywocie za zabicie żony i czwórki dzieci

0
Karę dożywocia wymierzył w poniedziałek gliwicki sąd Dariuszowi P., oskarżonemu o podpalenie domu w Jastrzębiu-Zdroju i zabicie w ten sposób żony i czworga dzieci. Sąd uznał, że sprawca zabił nie tylko dlatego, że chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczania; chciał się też uwolnić się od rodziny.

Zgodnie z nieprawomocnym wyrokiem, P. będzie mógł wyjść na wolność najwcześniej po 35 latach. Obrona zapowiada apelację.

Do pożaru w jednorodzinnym domu w Jastrzębiu-Zdroju doszło w maju 2013 r. Dariusz P. został zatrzymany i aresztowany pod koniec marca 2014 r. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób, a także usiłowanie zabójstwa szóstej – najstarszego syna, który ocalał z pożaru.

Sąd: Dariusz P. chciał zabić członków rodziny

Sąd nie miał żadnych wątpliwości, że to P. jest sprawcą zbrodni – działał umyślnie i z bezpośrednim zamiarem pozbawienia bliskich życia. W ustnym uzasadnieniu orzeczenia sędzia Grażyna Suchecka podkreśliła, że P. zaplanował, przygotował, a potem precyzyjnie zrealizował swój plan.

„Oskarżony chciał zabić członków swojej najbliższej rodziny; dopuszczając się tej zbrodni, był osobą w pełni poczytalną – wiedział, co robi, wiedział, że podkładając ogień w kilku miejscach swojego domu, robiąc to w nocy, kiedy wszyscy spali, skazuje ich na pewną śmierć” – powiedziała sędzia i dodała, że najstarszy syn oskarżonego przeżył tylko dlatego, że się obudził.

Według prokuratury i sądu, P. podłożył ogień w kilku miejscach. Aby ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać, ułożył rząd poduszek z mebli ogrodowych. Aby zasugerować przypadkowy pożar, przeciął kabel zasilający, obok przewodu ułożył truchło myszy.

Sędzia Suchecka przypomniała, że rodzina P. była stawiana za wzór, była bardzo wierząca i blisko związana z Kościołem; P. przez wiele lat był szafarzem w miejscowej parafii. Według oskarżenia, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia. Oskarżony, który miał poważne długi, zawarł liczne umowy ubezpieczeń majątkowych i osobistych.

Sąd: Dariusz P. chciał uwolnić się od rodziny

Sędzia Suchecka wskazała też na inny motyw: „Zdaniem sądu, motywem działania oskarżonego była nie tylko chęć uzyskania pieniędzy z odszkodowań. (…) Motywem działania była również chęć uzyskania swoistej wolności – wolności od rodziny, którą stworzył. Pieniądze, które uzyskałby z odszkodowań, byłyby jedynie środkiem do realizacji i korzystania z tej wolności w pełni”. Przypomniała, że zaledwie kilka miesięcy po tragedii zaczął szukać kobiet, proponując im wspólne życie.

Jak przypomniała sędzia, jeszcze przed pogrzebem najbliższych P. próbował stworzyć sobie alibi – wysyłał do siebie sms-y, sugerując, że pochodzą od rzekomego podpalacza. „Trudno uznać, że osoba niewinna, tak związana uczuciowo z rodziną, wyżej stawia odsunięcie od siebie podejrzeń niż chęć poznania prawdy” – podkreśliła Suchecka.

Odpowiedzi na to – dodała – udziela m.in. opinia psychiatryczno-psychologiczna. Biegli rozpoznali u P. osobowość psychopatyczną, wskazali m.in. na płytkość uczuć i wymuszony płacz, łatwość wysławiania się, powierzchowny urok, egocentryzm i brak wyrzutów sumienia. Takie zachowania można było zaobserwować także w trakcie procesu – powiedziała sędzia.

Przypomniała też, że u P. znaleziono książkę pt. „Psychiatria kliniczna i pielęgniarstwo psychiatryczne”, która prawdopodobnie pomagała mu symulować chorobę i uniknąć kary w dwóch wcześniejszych sprawach karnych – biegli uznali go wtedy za niepoczytalnego.

Oskarżony konsekwentnie nie przyznawał się do zabójstwa, choć przyznał, że próbował skierować śledztwo na fałszywe tory. Twierdził, że w jego domu doszło do przypadkowego pożaru, a on sam w tym czasie był w innym miejscu, w oddalonym o ok. 10 km zakładzie w Pawłowicach, w którym montował meble. Choć nie można ustalić precyzyjnie, gdzie P. się znajdował, gdy wybuchł pożar, można wykluczyć, że był wtedy w Pawłowicach – wyjaśniła sędzia Suchecka.

Obrońca Dariusza P. zapowiada apelację

Obrońca P. mec. Eugeniusz Krajcer zapowiedział, że odwoła się od wyroku. „Podtrzymuję wszystkie argumenty, które przedstawiłem. Dla mnie to, co niby miało składać się na łańcuch poszlak, nie jest takie pewne, jak mogłoby się wydawać” – powiedział po ogłoszeniu wyroku

„Przesłanki do skazania nie są tak mocne, jak to by się wydawało po wysłuchaniu uzasadnienia wyroku. Oczywiście – sąd ma swój pogląd, który jest oparty o analizę zgromadzonego materiału dowodowego, ja mam swój, też tę analizę przeprowadziłem (…) i jest rzeczą oczywistą, że w apelacji to wszystko przedstawię” – dodał adwokat. W trakcie procesu obrona kwestionowała m.in. ustalenia biegłych, według których w domu P. doszło do podpalenia i analizy logowania telefonu komórkowego oskarżonego.

Wyrok gliwickiego sądu jest zbieżny w wnioskami oskarżycieli – publicznego i posiłkowych. „Pokrzywdzonym życia nie wrócimy, natomiast oddźwięk społeczny wskazuje na to, że tego rodzaju zbrodnie nigdy nie pozostaną bezkarne” – powiedziała dziennikarzom prok. Karina Spruś. Dodała, że była to „ohydna, wstrętna zbrodnia”.

Podziela opinię sądu na temat motywu sprawcy. „Myślę, że ta motywacja był złożona. Argumentacja przedstawiona dzisiaj przez sąd, dotycząca również motywacji emocjonalnej, uwolnienia się od rodziny, która była – nie wiem – obciążeniem dla oskarżonego, jest dla mnie przekonująca” – powiedziała.

Zdaniem Bartosza Sapoty, pełnomocnika pokrzywdzonych, ogłoszony wyrok dotyczył największej tego typu zbrodni w powojennej historii Polski. Podkreślił, że poznanie prawdy o tym, co się wydarzyło, było dla rodziny oskarżonego wyjątkowo bolesnym doświadczeniem, dobrze jednak, że – jak powiedział – ostatecznie sprawiedliwości stało się zadość.

Do tragedii doszło nocą 10 maja 2013 r. Powierzchnia pożaru była niewielka – ok. 15 m kw. Jego ognisko znajdowało się na piętrze domu jednorodzinnego, paliły się część schodów i szafa. W wyniku pożaru zmarło pięć osób, ocalał tylko najstarszy syn.

Na miejscu zginęła 18-letnia najstarsza córka, czterolatka – w trakcie udzielania pomocy. Potem w szpitalach w Jastrzębiu Zdroju i Cieszynie zmarli kolejno: 10-letni chłopiec i 40-letnia matka dzieci oraz 13-letnia dziewczynka. Cała piątka spoczęła w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu Zdroju.

źródło: PAP

Nasz reportaż na ten temat

SZATAN W LUDZKIM CIELE

Udawał miłość, rozpacz, wiarę. Latami ukrywał – za maską kochającego i bogobojnego ojca rodziny – swoje prawdziwe, okrutne oblicze. Okazał się bezwzględnym mordercą, pozbawionym litości dla własnych dzieci i żony. Zabił ich z zimną krwią. 
42 -letni Dariusz P. 10 maja ubiegłego roku – w Ruptawie pod Jastrzębiem -Zdrojem – zamordował swą żonę, 40-letnią Joannę, oraz czwórkę własnych dzieci: 4 -letnią Agnieszkę, 10 -letniego Marcina, 13 -letnią Małgosię i 18 -letnią Justynę. Przeżył 17 -letni Wojciech. Dariusz P. jest bardzo religijny.
Był szafarzem w kościele, podczas mszy podawał komunię. Pod koniec marca tego roku Prokuratora Okręgowa w Gliwicach postawiła mu zarzut zabójstwa pięciu osób. Zrobił to poprzez celowe podpalenie domu. Ma także zarzut usiłowania zabójstwa piątej osoby, syna. Dariusz P. nie przyznaje się do winy. Prokuratura twierdzi, że dysponuje niepodważalnymi dowodami. Motywem zbrodni miały być pieniądze uzyskane z ubezpieczenia członków rodziny. Potrzebne mu były, aby wyjść z długów.
Zabić bliskich
 O tym pożarze mówiła cała Polska. Wszyscy współczuli  Dariuszowi P. Zginęła niemal cała jego rodzina, z wyjątkiem najstarszego syna, Wojciecha.
To właśnie Wojtka, tamtej majowej nocy, około pierwszej obudziły krzyki  siostry Gosi z piętra niżej, oraz starszej siostry Justyny – zza ściany. Chłopak na piętrze zobaczył kłęby dymu. Najpierw dzwonił do ojca, ale telefon komórkowy Dariusza P. milczał. Potem dopiero powiadomił straż pożarną w Jastrzębiu  – Zdroju.
– Gdy podjeżdżaliśmy, machał do nas z najwyższego okna na poddaszu – mówił Edward Deberny, komendant Państwowej Straży Pożarnej w Jastrzębiu Zdroju. – I to było jedyne otwarte okno w tej willi. Pozostałe były zamknięte, jak w jakimś bunkrze. Stał w nim, wskazując nam dojazd do posesji. Coś do nas wołał, kiedy podjeżdżaliśmy. Miał szczęście, spał na poddaszu i to go uratowało.
Jednak nie od razu sześć zastępów strażaków mogło przystąpić do akcji: – Antywłamaniowe drzwi do domu zamknięto od zewnątrz na przysłowiowych sześć spustów, jakby nikogo w domu nie było – mówili po akcji strażacy – Antywłamaniowe żaluzje w oknach, w tę majową noc, też szczelnie domknięto, jakby się obawiano dopływu świeżego powietrza do środka.
Strażacy musieli niszczyć wszystkie przeszkody. A to trwało.
Bez wątpienia, jak podkreślano, zabezpieczenia te spowodowały dodatkową zwłokę i uniemożliwiły ratunek pięciu osób. Temperatura w  na piętrze w ciągu 160 sekund sięgnęła 200 stopni Celsjusza.
Na miejsce pożaru Dariusz P. przyjechał dopiero po pół godzinie. Tłumaczył się, że w jego oddalonym od domu o ponad 10 kilometrów warsztacie w Pawłowicach, maszyny zagłuszały cichy sygnał komórki. Sygnał ściszył jeszcze w domu, aby jakiś przypadkowy telefon nie przeszkodził jego najmłodszej córce. Tuż przed wyjazdem do pracy usypiał ją bowiem. Posadził jeszcze na nocniczku, a potem na dobranoc przeczytał jej bajkę. Przykrył kocykiem, ale mu powiedziała, aby tego nie robił, bo jej gorąco.
– Tamtej nocy przed wyjściem do pracy ucałowałem jeszcze małżonkę.
Miał sporo do roboty. Kilka dni wcześniej skaleczył palce i dopiero tamtej nocy mógł odrobić zaległości. Potem zapomniał przywrócić normalną głośność sygnału i dlatego nie słyszał dzwoniącego Wojtka. Gdy w końcu odebrał komórkę, od razu wskoczył do samochodu i przyjechał.
Wojtek siedział w wozie strażackim. Z rozwalonych okien domu unosiły się kłęby dymu. W środku paliła się powierzchnia około 15 metrów kwadratowych.
Wynoszono nieprzytomnego Marcina. I wtedy Dariusz P. zasłabł. Padł na ziemię. Zemdlał. Musiano go cucić. Widział zwłoki.
– Dwójkę martwych moich małych dzieci – opowiadał, gdy doszedł do siebie.
Był zrozpaczony, tak przynajmniej się wszystkim zdawało. Karetki z jego najbliższymi mijały się. Jeździł po szpitalach, biegał po szpitalnych korytarzach. Na wszystko jednak było za późno. Dwóch córek już nie było. Pozostałym zdążył jeszcze nakreślić palcem znak krzyżyka na czole.
Błogosławił już ze spokojem. Opanowany. Widział żonę, jeszcze żyła.
– Gdyby nie te zabezpieczenia, może wkroczylibyśmy wcześniej do środka i udałoby się choć kogoś z nich uratować – powtarzają jastrzębscy strażacy – A może nawet wszystkich.

wsciekl-sie-bo-myslal-ze-rodzina-nie-splonela_18573860

Z powodu zatrucia tlenkiem węgla, zginęła na miejscu Justyna, najstarsza córka Dariusza P. Najmłodsza, Agnieszka – zmarła w trakcie udzielania pomocy. Nie udało się uratować dziesięcioletniego Marcina i matki dzieci. Zmarli na intensywnej opiece medycznej jastrzębskiego szpitala. Najdłużej walczyła o życie Małgosia. Po kilku dniach, zmarła w cieszyńskim szpitalu.
– Przy takim stopniu zatrucia tlenkiem węgla, nie było szans na uratowanie kogokolwiek – potwierdzali lekarze.
Niczym Hiob
 Dariusz P. rozpaczał. Ale jakoś inaczej, jak mówią jego sąsiedzi: – Ze spokojem jakimś takim.
Porównywał siebie do biblijnego Hioba: – Taki już mój los, kiedy Pan zabiera bliskich. Tam będą mieli jednak lepiej.
Był o to spokojny. I wierzył już inaczej. Wiedział, że jego bliscy uczestniczą już w tym, w co wierzyli przez całe życie na ziemi: – Są zbawieni – mówił. Sam ma sumienie czyste. Nic nie ma sobie do zarzucenia. Jednak będzie żyć z wyrzutem, że czegoś nie dopilnował. Ale nie z własnej winy: – Bóg mi świadkiem.
Miał tylko w jednym pretensje do Boga, i mówił o tym nieco zawile: – Że dopuścił do pewnych rzeczy, które się w ogóle wydarzyły…
Sąsiedzi podziwiali opanowanie Dariusza P.
– Jest pogodzony z losem – dodawali inni – To człowiek wielkiej wiary!
– Na tragedię tę nie inaczej trzeba spojrzeć, jak tylko w świetle wiary – powiedział poruszony dramatem rodziny, obecny na ceremonii pogrzebowej metropolita katowicki abp Wiktor Skworc.
W  kościele na katafalkach przed ołtarzem spoczywało pięć trumien. Jedna brązowa, w której leżały zwłoki matki, Joanny, i cztery jasne, z dziećmi. Białe róże położono na jasnych trumnach. Czerwone róże zdobiły wieko trumny matki. Podczas mszy ks. Bogusław Zalewski, proboszcz parafii Niepokalanego Serca Marii Panny, odczytał list, który wcześniej napisał Dariusz P. Żegnał się w ten sposób z rodziną słowami Ewangelii. Zaczynał się list słowami: „Dziękujemy Bogu i sobie, za to, że uczynił nas zdolnego do kochania”.
– Po spuszczeniu do grobu trumny Asi, a potem Justyny, kiedy przyszła kolej na Małgosię, przeszedł po mnie taki dreszcz – wspominał Dariusz P. – Jakbym stąpał po przewodzie wysokiego napięcia. I poczułem, jakbym dostał nagle łaskę od nich. Tam z nieba. Albo od samego Pana Jezusa. I już wiedziałem, że sobie tutaj poradzę.
Gdy po pogrzebie na cmentarzu składano mu kondolencje, on pocieszał innych. Z podziwem komentowano takie jego zachowanie: – Jaka moc w nim, siła jakaś dziwna.
Byli zgraną i poukładaną rodziną. On codziennie rano odprowadzał najmłodszą Agusię do przedszkola. Potem wypijał z żoną poranną kawę. Załatwiali wspólnie różne sprawy, sprawunki. Woził dzieci do lekarza.
– Szanowałem Joannę, w życiu nie krzyknąłem na nią, ręki nie podniosłem – mówił ten kat rodziny.
– W małżeństwie nie przekracza się pewnych granic – tak powtarzał często i dodawał – Tak jak ja, powinien  zachowywać się  każdy mężczyzna.
Po tym, jak zabił bliskich, powiedział: Nic lepszego nie mogło mnie spotkać w życiu, jak taka rodzina, którą miałem. Przecudne dla mnie doświadczenie.
 Zaplanował zbrodnię
 Najpierw brano pod uwagę, że pozostawione włączone żelazko mogło być przyczyną pożaru. Potem Dariusz P. sugerował, że mogło dojść do zwarcia instalacji. Znalazł nawet martwą mysz z kawałkiem kabla w pyszczku. Jego zdaniem, miała przegryźć przewody elektryczne na piętrze. Jednak strażacy wykluczyli tę wersję.
Biegli w zakresie pożarnictwa stwierdzili w końcu, że pożar powstał na skutek podpalenia, i że było sześć miejsc w domu, w których podłożono ogień. Położenie ciała, nieprzytomnej wtedy żony Dariusza P., gdy ją odnaleźli strażacy, wskazywało, iż uchwyciła za paski żaluzji. Bez skutku jednak, nie mogła ich podnieść i otworzyć okna.
W willi nie było też śladów włamania. Bez wątpienia podpalacz chciał, aby wszyscy w środku spłonęli żywcem.
 Prokuratura Rejonowa w Jastrzębiu – Zdroju wszczęła śledztwo w sprawie.
Lokalne władze nadal wspomagały Dariusza P. Z synem, Wojtkiem, otrzymał od miasta mieszkanie, do spalonej willi już nie wrócili. Dariusz P. przyjeżdżał na miejsce jedynie po odbiór korespondencji. Sąsiadom mówił, że ma za dużo wspomnień z tego miejsca, i że wyburzy dom. Prosił o finansowe wsparcie. W parafii zorganizowano dla niego zbiórkę pieniędzy. Zebrano kilka tysięcy złotych. W mediach podawał numer konta, na które instytucje i pojedyncze osoby słały pieniądze.

wizja_lokalna_po_aresztowaniu_w_domu_w_ruptawie_z_udzial

I nagle, niespodziewanie zmienił zeznania. Nie obwiniał już o zwarcie przewodów myszy. Mówił, że otrzymywał anonimowe sms-y, w których miano mu grozić podpaleniem domu. Pokazywał je policji. Jak również te, w których podpalacz miał się przyznać do tej zbrodni. W końcu domniemany podpalacz miał żałować swego czynu i nawet zaproponował Dariuszowi P. finansowe zadośćuczynienie za śmierć jego żony i dzieci. Na co Dariusz P. przystał. Podpalacz miał wpłacić na konto Dariuszowi P. ponad 7 tys. zł, co też uczynił, i Dariusz P. pokazywał policji tę wpłatę.
Policja namierzała komórkę domniemanego podpalacza, ale jego telefon milczał i nie logował się w sieci.
– Wiedzieliśmy już, że coś kręci – przyznawali prowadzący śledztwo.
Okazało się również, iż w momencie pożaru Dariusza P. nie było w oddalonym o kilkanaście kilometrów od domu warsztacie, jak wcześniej sugerował policji.
– W chwili pożaru jego telefon logował się w stacji, w pobliżu jego domu.
Policja nie miała już wątpliwości, on cały czas obstawał jednak przy swoim:
– Nie miałem nic wspólnego z pożarem – zarzekał się.
W tym czasie sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Gliwicach.
Pomysł z piekła rodem
 Nie zdając sobie z tego sprawy, Dariusz P. znalazł się pod obserwacją.
W miarę posuwania się śledztwa odkrywano, że jego zakład meblarski miał znaczne długi. Sięgały prawie 3,5 mln. zł. Zalegał również Urzędowi Skarbowemu. Nie spłacał zobowiązań bankom i osobom prywatnym. Jego willi nie mogli zająć komornicy. Znajdowała się w Funduszu Alimentacyjnym, jako finansowe zabezpieczenie dzieci Dariusza P. Wszystko, co kupował z żoną było na raty. Spirala zadłużenia jego rodziny rosła. Zakładane przez niego kolejne firmy stolarskie, bądź budowlane, nie przynosiły zysków i plajtowały. A zarobki żony, jako katechetki, nie były wielkie.
Wtedy zapewne wpadł na ten pomysł z piekła rodem.
Trzy tygodnie przed pożarem – w kilku towarzystwach ubezpieczeniowych – wykupił dodatkowe polisy na sumę miliona złotych, na wypadek zgonu Joanny w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ubezpieczyciele byli zdziwieni, że nie interesowały go polisy na wypadek choroby, ani naturalnej śmierci żony.
– Tylko takie wyjątkowe właśnie – wyjaśniał jeden z ubezpieczycieli – Jakby przewidywał, kiedy taka śmierć ma nastąpić. W takiej polisie dwukrotnie wzrasta wysokość odszkodowania.
Na policji wyjaśniał, że jeżeli chodzi o życie, to mieli z żoną takie wzajemne ubezpieczenia, na wypadek śmierci któregoś z nich: – I to był pomysł żony – podkreślał.
Po pożarze Dariusz P. pobrał 40 tys. zł odszkodowania za standardowe ubezpieczenie swych dzieci. Kiedy wystąpił do ubezpieczycieli o polisy opiewające na jego żonę, usłyszał, że decyzja o wypłacie nastąpi dopiero po wynikach prowadzonego przez prokuraturę śledztwa.
Ubezpieczony był także dom Dariusza P. Od kradzieży, na 10 tys. zł, oraz od pożaru, na 300 tys. zł.
Nie pierwszy był to pożar jego willi. Wskutek zwarcia w instalacji wideo domofonu, płonęła już w styczniu 2011 roku. Za tamten pożar zgarnął blisko 200 tys. zł. Nikt nie był wtedy poszkodowany. Jakiś czas temu chciał wyłudzić 200 tys. zł. Zgłosił na policji kradzież pieniędzy, które miał przy sobie, gdy jechał samochodem. Przez otwarte okno w wozie miała wlecieć cegłówka i trafić go w głowę. Miał stracić nawet przytomność, a samochód miał się stoczyć do pobliskiego rowu. Kiedy się ocknął, pieniędzy już nie było. Jednak nie miał na głowie obrażeń po uderzeniu. Karoseria auta też nie była tknięta, nawet draśnięta. Sprawę umorzono. Nic nie otrzymał.
Wyjaśniały się dalsze kłamstwa Dariusza P. Przyczyna śmierci myszy – która miała być powodem pożaru – była mechaniczna i nastąpiła znacznie wcześniej. Zaś gryzoń został podrzucony na miejsce pożaru.
Również sms-y, jak się okazało, Dariusz P. wysyłał sam do siebie. Zbadał ten fakt biegły lingwista, analizując treść wysyłanych do niego sms-ów i odpowiedzi na nie. Jak również treść wzruszającego listu Dariusza P. do żony, odczytanego w trakcie pogrzebu.
– Pisała je ta sama osoba – nie było wątpliwości.
Po rewizji przeprowadzonej w zakładzie meblarskim Dariusza P., odnalazł się schowany tam telefon komórkowy. Z niego słał do siebie sms-y. W jednym z opolskich banków rozpoznano Dariusza P. Przy okienku wzbudzał zdziwienie. Z jednego swojego konta, wysyłał pieniądze na drugie własne. Po drodze do Opola, i z powrotem, jego wóz rejestrowały kamery monitoringu drogowego i miejskiego.

z_prawej_dariusz_p

– Nie chcę się katować, niczego to nie zmieni, nie zwróci mi najbliższych – mówił tuż przed aresztowaniem Dariusz P. – Że jestem podejrzany, jako współmałżonek? Nie jest w stanie mnie to wyprowadzić z równowagi. Byliśmy normalną, szanującą się, kochającą rodziną. Brakuje mi ich. Nie mam do nikogo żalu – powtarzał jak mantrę.
Dusza towarzystwa
 27 marca tego roku Dariusza P. aresztowano na trzy miesiące. Skutego wyprowadzano z bloku: – Jestem niewinny – bronił się.
– Nie przyznał się do przedstawianych mu zarzutów – mówi prokurator Michał Szułczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.
– Kochałem swoją rodzinę – Dariusz P. odpowiadał na oskarżenia prokuratury.
– Miałem motyw – przyznawał, wspominając o swych długach. – Ale nie zabiłem. Wykluczam też udział innych osób – powtarzał, pytany o szczegóły.
Przyznał się natomiast w prokuraturze, że leczył się psychiatrycznie, a jego rodzina nie miała o tym pojęcia. Prowadzono już przeciwko niemu śledztwa, ale w sprawach gospodarczych. Biegli orzekli wtedy, że jest niepoczytalny. Nadal mógł jednak prowadzić działalność gospodarczą.
Na początku w Jastrzębiu – Zdroju nie dawano wiary, aby mógł zamordować swoją rodzinę. Absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, zaangażowany w Ruch Światło – Życie. Nagrywał modlitwy, tworzył albumy rodzinne – „Jezu kochamy Cię”, kręcił filmy z rodziną. Z Ruchem Światło – Życie była związana jego żona. Jego dziesięcioletni syn był ministrantem, starsza córka działała w Stowarzyszeniu Dzieci Maryi.
Po śmierci żony i dzieci, też przygotował o nich film.
– Chcę myśleć, że to pomyłka – po aresztowaniu Dariusza P. wyznał ksiądz Zalewski. – Nie sposób wytłumaczyć tego, co się stało.
Duchowny obserwował zachowanie Dariusza P. Widział, jak biegał po szpitalu. Gdzie indziej leżała żona, gdzie indziej jego dzieci. Dariusz P. klęczał i płakał nad czteroletnią, umierającą córką.
– Przecież nie można tego tak  udawać…
Sąsiad Dariusza P., Karol Witosz, widział, jak kręciła się po Ruptowie policja: – Wypytywali, innych sąsiadów również, myśmy pytali księdza, odpowiadał, że to niemożliwe, aby w sprawę zamieszany był Dariusz P.
– Nieporozumienie jakieś, chyba – mówili inni mieszkańcy Ruptowa – Prokuratura musiała się pomylić.
– To nie może być… – z niedowierzaniem mówił brat Joanny, Krzysztof Chromy. Jak mówił, Dariusz P. był zawsze wesoły, wprost tryskał humorem Prawdziwa dusza towarzystwa. Ostatnio jednak chodził jakiś dziwny, jakby struty i  zamyślony. Siadał gdzieś daleko w kuchni, i patrzył tak dziwnie w dal.
 Niepoczytalny zwyrodnialec
 Nie wszyscy jednak w Ruptowej mieli o Dariuszu P. dobre zdanie. Szczególnie ci, którym był coś winien. Kooperanci w biznesie, którym nie płacił.
Gdy tylko zapadał zmierzch, w jego willi opuszczano wszystkie żaluzje.
– Jakby nie chciał, by mu ktoś zaglądał do środka – komentowali niektórzy.
O jego udziale w pożarze mówiło się już latem ubiegłego roku:
– Że to on podpalił, i mówili nawet, że go już zamknęli, a ja go ciągle widywałem w kościele, jak rozdawał ludziom komunie – wspomina Piotr Hołówka, dyrektor szkoły nr 17 w Ruptowie, do której uczęszczała dwójka dzieci Dariusza P.
Widywano go nie tylko w kościele, ale także z kobietami, kochankami.
– I to nie raz, w okolicznych knajpach – słyszę od mieszkańców – Tak było jeszcze za życia Joanny.
Dariusz P. miał trzy kochanki. Trzecią, 40 -letnią mieszkankę Oświęcimia, Renatę P., wdowę z czwórką dzieci,  poznał na pielgrzymce do Częstochowy po śmierci żony. Zdążył się nawet z nią – na trzy tygodnie przed aresztowaniem – zaręczyć.
– Jeszcze w trakcie żałoby po śmierci Joanny i dzieci! – oburzano się w okolicy.
– Taka porządna z niej kobieta, z dziećmi – mówił publicznie o narzeczonej Dariusz P. Opowiadał, że zżył się z Renatą i z jej dziećmi. – Najmłodszej córce Renaty czytam bajki – chwalił się.
– Szykował się do kolejnego skoku –  mówią  w Ruptowie bez ogródek.
U Renaty zamieszkał z synem Wojtkiem. Ten zaaprobował nową narzeczoną ojca, chociaż w weekendy wolał pozostawać w bursie u Ojców Salezjanów w Oświęcimiu, gdzie kończy szkołę. Wojtek unika kontaktów z rodziną matki. Zaprzyjaźnił się natomiast z córką swojej niedoszłej macochy.
Dariusz P. miał przestrzegać swego syna, Wojtka, że jak go będą rozpytywać policjanci, i prokuratura, aby nic im nie mówił. O czym nie miał mówić Wojtek? Tego prokuratura jeszcze nie wie.
– Będzie badana poczytalność podejrzanego – informuje rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach – Będą potrzebne opinie biegłych. Dariuszowi P. grozi dożywocie.
Jeśli uznają go za niepoczytalnego, może ujść karze. Wiele na to wskazuje, że tak może się stać.
Dariuszem P. już zajmowała się prokuratura, gdy wziął w leasing  3  mobilne myjnie samochodowe oraz przenośny odkurzacz. Urządzenia o wartości około 85 tys. zł szybko sprzedał a rat nie spłacał rat. Śledztwo w tej sprawie zostało jednak umorzone. Bowiem mężczyzna został uznany przez biegłego za niepoczytalnego.
W podobny sposób zakończyło się inne postępowanie. Dariusz P. nył podejrzewany o działanie na szkodę swoich wierzycieli. Pokrzywdzone były dwie firmy. Tu także  – ze względu na jego niepoczytalność śledztwo umorzono.
– W więzieniu nie darują mu zabicia dzieci – powiadają ci, którzy niejedno przeżyli za kratami.
W charakterze świadka gliwicka prokuratura przesłuchała już Renatę P. z Oświęcimia.
– Rodzina Joanny, żony Dariusza P., chce całej prawdy, choćby najgorszej – podkreśla  Bartosz Sapota z Fundacji Dura Lex, pełnomocnik rodziny.
Roman Roessler
Fot. Dziennik Zachodni

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ