Długa droga po śmierć

0
1730
Tę historię rozpocząć należy od filmu, który zarejestrował monitoring. Czterech młodych mężczyzn dźwiga na nim bezwładne ciało piątego kolegi, Kamila Liwiniuka. Mają z tym wyraźne problemy. Zatrzymują się. Jeden z nich wypuszcza nogę, która upada na ziemię. W końcu dochodzą do samochodu. Ładują do niego nieprzytomnego i odjeżdżają. Czy dźwigany jeszcze wtedy żył? A może właśnie konał? Na te pytania nie ma dzisiaj odpowiedzi, podobnie, jak na kilka innych.
Około godziny 4:30 razem z ciałem, bo tak trzeba to określić, docierają do domu rodziców w Białej Podlaskiej. Wnoszą go do kuchni i układają na podłodze. Przed wejściem głowa niesionego uderza o betonowe schody.
 Przerażona matka, widząc to prawie mdleje. Dzwoni jednak na numer alarmowy i wzywa karetkę. Zimną krew zachowuje również ojciec chłopaka. Reanimuje syna. W pewnej chwili zaczyna obserwować powracające oznaki życia. Na miejsce docierają profesjonalni ratownicy.
Serce bardzo chciało bić
 – Został przywieziony do szpitala w bardzo złym stanie – wspomina lekarz, który próbował uratować życie Kamilowi. – Funkcje życiowe były ubogie. Akcję serca i oddychanie podtrzymywaliśmy sztucznie. Mimo, że sytuacja była praktycznie beznadziejna walczyliśmy o niego jeszcze dziesięć dni. W pewnej chwili serce wróciło. Niestety, na skutek wcześniejszego długiego zatrzymania krążenia zmiany w mózgu były już nieodwracalne. Pacjent zmarł. Miał zaledwie 24 lata.
Lekarz nie wyklucza, że gdyby pomoc nadeszła szybciej, chłopak natychmiast trafił na oddział ratunkowy mógłby żyć.
– Po zatrzymaniu akcji serca każda minuta jest na wagę złota – dodaje. – W tym przypadku minęło ich zbyt wiele.
Przejazd samochodem z miejsca, w którym monitoring zarejestrował niosących chłopaka, do jego domu zajmuje zaledwie kilka minut. Dziennikarz „Reportera” pokonał ten dystans w nieco ponad siedem minut. Dlaczego imprezowiczom zajęło to tak długo? Co robili w tym czasie? Dlaczego nie wezwali pogotowia? Mieli też inną możliwość. Praktycznie naprzeciwko miejsca, w którym doszło do tragedii jest szpital. Dlaczego nie skierowali się właśnie tam? To byłoby przecież najbardziej rozsądne rozwiązanie.
– Te pytania nie przestaną dręczyć nas do końca życia – mówią rodzice Kamila. – Już na zawsze będziemy mieli w oczach konającego syna. Był naszym skarbem. Miał tyle planów na życie.
Jego pasją był sport
Kamil był wysportowanym chłopakiem. Uwielbiał prowadzić aktywny tryb życia. Jeździł motocyklem, latał parolotnią, szusował na nartach, pływał. Był ratownikiem wodnym. Starał się o przyjęcie do Biura Ochrony Rządu.
– Czasami to wydawało mi się, że robił zbyt wiele niebezpiecznych rzeczy naraz – wspomina jego matka. – Mówiłam mu, że jak parolotnia, to nie motor. Posłuchał. Sprzedał motocykl.
Pokój Kamila, mimo że od jego śmierci minęło wiele miesięcy wygląda tak, jakby cały czas w nim mieszkał. Wszystkie rzeczy pozostają na miejscu. Tam, gdzie najczęściej przebywają rodzice rzucają się w oczy zdjęcia zmarłego.

– Uśmiecha się z nich do nas – dodają, a ich głosy załamują się w coraz bardziej ściśniętych gardłach. – Tylko tyle nam zostało.
Był ich drugim dzieckiem. Dwa lata przed nim na świat przyszła jego siostra Wiola. Dziewczyna cierpi na chorobę Williamsa. Nie jest w stanie egzystować samodzielnie.
– Niecały miesiąc przed śmiercią syna rozmawialiśmy wszyscy, co stanie się z Wiolą, gdy nas nie będzie – wspominają rodzice. – Prosiliśmy Kamila, aby umieścił ją w dobrym domu opieki. Zaoponował. Powiedział, że nigdy nie zostawi siostry. Kto by pomyślał, że my żyjemy, a jego już nie ma…
Długa droga do domu
W moczu Kamila znaleziono mefedron, narkotyk, który działa jak dopalacz. Wprowadza w stan euforii. To niezwykle niebezpieczny środek, szczególnie w połączeniu z alkoholem. Tej feralnej nocy chłopak nie był niestety trzeźwy. Pił dużo, czy mało? Koledzy, z którymi najpierw przebywał w dwóch lokalach zeznali, że spożył zaledwie dwa lub trzy piwa w ciągu kilku godzin.
Ludzie z imprezy, na którą pojechał bezpośrednio po spotkaniu z nimi zeznali natomiast, że dotarł do nich wyraźnie „po spożyciu”. Twierdzili nawet, że miał popijać wódkę z kieliszka wódką z butelki. W pewnym momencie – jak powiedzieli – „zaliczył zgona” w łazience. W protokołach powtarzają się słowa, że nikt nie był świadomy, w jak fatalnym stanie jest ich znajomy. Ich zeznania  różnią się jednak od siebie. Kamil miał być widziany w łazience, w pozycji półsiedzącej. Według innej wersji był w toalecie i próbował wymiotować. W jakim stanie był faktycznie pokazuje film.
– Czy tak wygląda człowiek pijany? Czy tak wygląda człowiek, który nie potrzebuje natychmiastowej pomocy lekarskiej? Czy tak w ogóle wygląda człowiek żywy?! – pyta jeden z kolegów zmarłego.
– Podejrzewam, że podczas imprezy ktoś mógł czegoś dosypać Kamilowi do wódki – twierdzi matka. – Dzwoniłam do niego po drugiej i normalnie ze mną rozmawiał. Około godziny 2:45 już bełkotał i miałam z nim utrudniony kontakt. Wszyscy próbują mi wmówić, że syn sam wziął narkotyk. To może jeszcze wyjaśnią, dlaczego przejazd niespełna czterech kilometrów z moim umierającym synem zajął im 45 minut?! Dlaczego nie zawieźli go do szpitala? Co robili w tym czasie? Mówią, że sam wziął mefedron w klubie. A może narkotyki były na imprezie i dlatego nie wezwano lekarza?
W sprawie śmierci Kamila prowadzone było dochodzenie. Zostało umorzone. Prokurator, w uzasadnieniu pominął wątpliwości rodziców. Nie podjął próby wyjaśnienia, dlaczego przejazd z imprezy, do domu zmarłego trwał tak długo? Rodzice na własną rękę zdobyli zapis monitoringu. Dołączyli go do akt. Byli przekonani, że gdy śledczy zobaczą, w jakim stanie był ich syn nie dadzą się zwieść tłumaczeniom, że wszyscy myśleli, iż był pijany. Prokurator uznał jednak film za nieprzydatny bo… nie można rozpoznać widocznych na nim postaci.
– A po co je rozpoznawać? One są znane! – wykrzykuje zdenerwowana matka. – Ważne jest, w jakim stanie znajdował się nasz syn! Czy patrząc na film ktokolwiek może powiedzieć, że nie zdawał sobie sprawy z jego fatalnego stanu?

Matka jest na grobie syna codziennie. Zapala znicze. Ogień na pomniku nie gaśnie. Rodzice mają nadzieję, że nie zgasła również jego dusza, która patrzy na nich z nieba.
Zbigniew Heliński

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ