Czarownice i król Herod

0
464
Anna Kruger, 88-letnia gdańszczanka, spłonęła na stosie 357 lat temu. Kobieta został posądzona o czary i skazana przez miejski sąd na śmierć. Teraz ma szansę na oczyszczenie z zarzutów. Rada Miejska w Gdańsku otrzymała wniosek rehabilitacyjny o przywrócenie Kruger dobrego imienia. Jeśli rehabilitacja zostałaby rozpatrzona pozytywnie, byłby to pierwszy w Polsce urzędowy przypadek oczyszczenia „czarownicy” z winy. Dotychczas żaden samorząd w Polsce nie zajmował się „czarownicami”.
Jednak próby przywrócenia im dobrego imienia już się zdarzały, m.in. w 2011 roku we  wsi Gorzuchowo koło Gniezna. Gdzie spalono na stosie 10 kobiet, posądzonych o czary.  Po 250 latach – z inicjatywy lokalnego stowarzyszenia – zorganizowano tam uroczystość upamiętniającą  śmierć niewinnych kobiet, a w miejscowym kościele odprawiono Mszę świętą w ich intencji. To jednak odosobniony przypadek.
W Polsce niektóre miejscowości usiłują z faktu męczeńskiej śmierci „czarownic” uczynić swego rodzaju atrakcje turystyczne. Organizowane są nawet rekonstrukcje palenia kobiet na stosach. Tak, jak w Reszlu, gdzie miała ponoć miejsce ostatnia egzekucja czarownicy w nowożytnej Europie. Moim zdaniem tego typu widowiska plenerowe, to nie jest rehabilitacja a raczej pielęgnacja guseł i zabobonów.
Warto pamiętać, że w procesach o czary w Polsce mogło zostać skazanych na śmierć nawet 10 tysięcy osób. Jednak żadna z nich nie została dotychczas oficjalnie zrehabilitowana.
Tylko w Słupsku spalono na stosach 19 kobiet: „Słupsk ma niechlubną tradycję, trzeba się zastanowić, jak to odczarować. Jestem za rehabilitacją ofiar” – oznajmił Robert Biedroń, prezydent tego miasta. Jednak na razie tym tematem Rada Miejska w Słupsku się nie zajęła. Natomiast miejscowa „czarownica” zostanie patronką ronda w tym mieście. Podczas konsultacji społecznych – w sprawie nazw dla nowych ulic i rond – oddano prawie jedną czwartą głosów na Trinę Papisten – ostatnią spaloną na stosie kobietę w Słupsku. Głosowało na nią więcej osób niż choćby na Wisławę Szymborską, Zbigniewa Religę, Annę Walentynowicz czy  Johna Lennona.
W Sochaczewie też czeka nas wkrótce zmiana nazw niektórych ulic. Ale nie jestem przekonany czy w miejsce czerwonych, mieszkańcy woleliby spalonych patronów. A takich też byśmy w historii naszego miasta znaleźli. To w Sochaczewie,  w 1556 roku,  odbył się przecież proces w sprawie o profanację hostii. Wówczas spalono żywcem czterech Żydów i Polkę.
Nie namawiałbym jednak radnych miejskich, aby podczas swoich obrad zajmowali się rehabilitacją tych osób. Może się wszak okazać, że gdzieś w świecie odnajdą się krewni spalonych, i upomną o rekompensaty za krzywdy ich przodków.
Po co tracić czas i pieniądze podatnika na oficjalne uchylanie wyroków sprzed kilkuset lat, gdy współcześnie ludzie częstokroć siedzą bez wyroków w aresztach po 3 – 5 lat!  Zaś niewinnie skazani nie mogą doczekać się rehabilitacji i odszkodowań.

Oczywiście zawsze można domagać się najróżniejszych rzeczy. Ale  czy zawsze  ma to sens?

Kilka lat temu adwokat z Kenii zażądał, aby Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze uchylił wyrok śmierci wydany na Jezusa przez Poncjusza Piłata. Wśród pozwanych znajdował się władca Rzymu Tyberiusz, Poncjusz Piłat, starszyzna żydowska i król Herod.

– Nie jesteśmy powołani do takich przypadków  – odpowiedział rzecznik haskiego Trybunału.

I niech tak pozostanie.
Leo

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ