Święty Łukasz pokazał w swojej Ewangelii, że nie wystarczy kochać jedynie słowami. On, lekarz z zawodu był szczególnie wrażliwy na choroby i cierpienie.

Samarytanin był dobry, „wzruszył się głęboko”, pochylił się nad napadniętym człowiekiem. Miłosiernym Samarytaninem jest każdy z nas, który zatrzymuje się przy cierpieniu drugiego człowieka, jakiekolwiek by ono było, cielesne czy duchowe. „Trzeba w sobie pielęgnować ową wrażliwość serca, która świadczy o współczuciu z cierpiącym” (św. Jan Paweł II). Miłosiernym Samarytaninem jest miłość wzajemna. To ona „Obmywa rany i nakłada bandaże. Łagodzi gorączkę i spieczone wargi oliwą i wodą” (ks. Kazimierz Bukowski). Takiej miłości nie miał kapłan i lewita. To szczególnie boli, bo sami nauczali miłości do Boga i bliźnich. Gdy jednak trzeba było ją pokazać w konkretnej sytuacji, obaj zawiedli, nie zdali egzaminu z miłości. Napadniętemu pomocy udziela wróg, mieszkaniec Samarii sąsiadującej z Judeą.

Bóg jest źródłem życia dla nas w chwilach radości i cierpienia. On jest Miłością i Miłosierdziem. Trzeba się zatracić w Miłosierdziu Bożym, bo tylko wtedy odnajdziemy szczęście. „Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. O Panie, pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje” (św. Faustyna). Potrzebna jest postawa gotowości do współcierpienia, zdolność do bycia miłosiernym, okazywania serca innym. Miejmy odwagę wyjść naprzeciw bliźniemu. Młodzi na ogół mają wrażliwe serca gotowe do udzielania pomocy. Wielu pracuje jako wolontariusze w hospicjach czy Caritasie, pomagając potrzebującym miłości i miłosierdzia.

Trwajmy we wzajemnej miłości. Pełnienie uczynków miłosierdzia należy do obowiązków chrześcijanina. Nie można jednocześnie kochać Jezusa i pogardzać sąsiadami. Na wzór Samarytanina ochoczo czyńmy miłosierdzie.

Ks. Jan Augustynowicz