Jasnowidz i gangster: Co naprawdę łączyło Krzysztofa Jackowskiego z „Pershingiem”

1

Co naprawdę  wspólnego z Andrzejem K. „Pershingiem” miał jasnowidz Krzysztof Jackowski i jak oceniają go inni gangsterzy? Między innymi o tym pisze w swojej książce „Bandyci i Celebryci” Janusz Szostak. KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Słynny jasnowidz Krzysztof Jackowski, jest jedną z niewielu osób, o których mówi się, że był zaprzyjaźniony z Andrzejem K. pseudonim Pershing – super gangsterem, gwiazdą bulwarówek, najbardziej wówczas znanym celebrytą przestępczego świata.

W „Nowym alfabecie mafii” Jackowski wyznał szczerze: „Szanowałem go, bo był sentymentalnym gangsterem, z zasadami. Nie mścił się nawet za swoje krzywdy. Często o nim myślę, czasami zwyczajnie w świecie brakuje mi go. Tak, Pershing był moim przyjacielem”. Dziś jakby nieco dystansuje się od tego: – To prawda, znałem tego człowieka i dwa razy powiedziałem mu to, potem co okazało się prawdą.

Według  oficjalnej wersji Krzysztof Jackowski poznał Pershinga przez pewnego poszukiwacza skarbów, któremu ukradziono bmw. Jasnowidz przepowiedział tę kradzież wiele miesięcy wcześniej. Niestety złodzieja i auta nie udało się odnaleźć.

Jakiś czas później ów poszukiwacz skarbów zagadnął Jackowskiego, że jego znajomemu ukradziono mercedesa. Zapytał też, czy nie mógłby pomóc w jego odnalezieniu. Jasnowidz przystał na to i pojechał ze znajomym na dworzec Warszawa Zachodnia. Tam na parkingu czekał na nich granatowy van, z którego wysiadł młody mężczyzna i podał Jackowskiemu kluczyki.  Pershing, który był w samochodzie nie wszedł do jasnowidza.

– Zrobiłem wtedy dla niego wizję: „Kradzież zorganizował człowiek, którego dobrze pan zna, on ma tatuaż pająka na dłoni”. Słysząc to Pershing zaklął. Później spotkałem tego mężczyznę z pająkiem na dłoni. Pershing wybaczył mu kradzież. – opowiadał Jackowski o zdarzeniu, które prawdopodobnie od początku było wyreżyserowane przez policję.

W rozmowie ze mną jasnowidz z Człuchowa, po raz pierwszy przyznaje, jak naprawdę poznał słynnego gangstera.

– Oficjalnie to ukradli mu mercedesa, a nieoficjalnie powiem panu jak było. Poznałem Pershinga bo musiałem go poznać. – Jackowski  dobiera słowa, jakby nie chciał powiedzieć wszystkiego.

Na pewno nie powiedział prawdy Ewie Ornackiej i Piotrowi Pytlakowskiemu w „Nowym alfabecie mafii”.  Wówczas miał taka wersje dla mediów: „Po jego śmierci bardzo się bałem. Mordercy i zleceniodawcy tej zbrodni nie wiedzieli przecież, że Pershing nie wtajemniczał mnie w swoje zawodowe sprawy. Obawiałem się, że będą mnie szukali. Wyjechałem z całą rodziną do Żywca. Ukrywałem się kilka tygodni. Nie tylko przed mafią. Nie ufałem policji: wielokrotnie byłem świadkiem, gdy funkcjonariusze z Pruszkowa telefonowali do Andrzeja i przekazywali mu istotne informacje. Kiedy po śmierci Pershinga przyjechał do mnie jakiś ważny gliniarz z Gdańska i wypytywał o mafię, powiedziałem mu zgodnie z prawdą: „W piwnicy mam taki stary regał. Wystaje z niego długa deska. Jak robiłem porządki, to się uderzyłem o nią głową. No i wszystko zapomniałem”. Policjant popatrzył na mnie, pokiwał i odpowiedział: „Właściwie to dobrze, żeś się pan w tę deskę walnął” – opowiadał kilak lat temu słynny jasnowidz.

Jednak w rozmowie ze mną przyznał, że ta sytuacja wyglądała zgoła odmiennie: – Kiedy zabito Pershinga, przyjechał do mnie wieczorem wysokiej rangi policjant z Człuchowa i powiedział, że ja i moja rodzina mamy się pakować i wyjechaliśmy z tym policjantem w góry do miejscowości Lipowa, koło Żywca. Byliśmy tam, w towarzystwie tego  policjanta, przez półtorej miesiąca. Jak pan myśli, czemu dostałem ochronę? – pyta mnie jasnowidz.

– Bo mógł pan wskazać zabójców Pershinga, gdyż był jego pan przyjacielem i dużo wiedział o nim? – odpowiadam, mając w pamięci jego wcześniejsze wypowiedzi do prasy, w których jednak nie ma mowy o policyjnej ochronie, lecz o ukrywaniu się przed policją.

– Myśli pan, że wszyscy jego przyjaciel dostali wówczas ochronę? –  zauważa Jackowski – Usłyszeliby najwyżej: „Masz pan problem, skoro znałeś się z gangsterem”. W moim przypadku jednak tak nie zrobili. Chronili mnie i moją rodzinę.

– Musiał zatem pan być wtyczką policji. – stwierdzam.

– To pan powiedział a nie ja – Jackowski nie zaprzecza. – Ja jednak  Pershingowi raz życie uratowałem – dodaje po chwili i opowiada o tym zdarzeniu.

 – Jakieś pół roku przed pierwszym zamachem na niego, Pershing przyjechał do mnie, aby zapytać się o swoje bezpieczeństwo. To był człowiek, który wbrew pozorom bardzo się bał o swoje życie. Niech pan sobie wyobrazi, że ja mu wtedy powiedziałem, że w marcu pojedzie pod swój dom w Ożarowie Mazowieckim, i gdy wysiądzie z samochodu, to wówczas pojawi się dwóch ludzi, którzy będą do niego strzelać. Ja o tej sprawie zapomniałem, ale Pershing jak się okazało pamiętał co mu powiedziałem. On w marcu, w obawie przed zamachem,  nie mieszkał w swoim domu, lecz w hotelu w Warszawie. Zatem wziął tę moją wizję na poważnie. Jeżeli chciał coś zabrać z domu, to wysyłał tam swoim autem kierowcę i ochroniarza Florka. I to Florek został postrzelony w marcu zamiast Pershinga. Florka uratowało to, że zobaczył dwóch facetów, z których jeden już  daleko wyciągał broń. Florek widząc,  że nie ma szansy ucieczki schował się w samochodzie. Bandyci myśleli cały czas, że strzelają do Pershinga. Byli pewni, że go zabili i uciekli. Kiedy po kilku latach poznałem Florka, to on wiedział, że ja to Pershingowi przepowiedziałem. Nawet rozmawialiśmy o tym, jakim Pershing był egoistą pozbawionym skrupułów, że uwierzył w moją wizję a na ewentualny odstrzał wystawił kolegę. Wykazał się egoizmem i przebiegłością, ale to jego sprawa.

Jackowski zadał wtedy Florkowi jedno pytanie: – Jak się człowiek czuje, gdy kula wchodzi w jego ciało?

– Prawie nie czuć bólu, to tak, jakby ktoś włożył i wyjął gorący drut. Dopiero w szpitalu, jak mnie tam zawieźli czułem się cały porozrywany, taki był ból.  – odpowiedział kierowca Pershinga.

Do zamachu, który wspomina Krzysztof Jackowski,  doszło w 1994 roku w Ożarowie Mazowieckim. W stronę auta, którym podjechał Andrzej F., pseudonim Florek, padło pięć strzałów, z czego trzy  trafiły kierowcę w rękę i klatkę piersiową. Jakby tego było mało bandyci wrzucili do auta również granat, który na szczęście  nie eksplodował. Gdy napastnicy odjechali, sądząc że zabili Pershinga,   na miejscu pojawili się Masa oraz Wojciech K. znany jako Kiełbasa. To oni wyciągnęli rannego Florka z samochodu i przewieźli do szpitala. Faktycznie ratując mu życie. Jednak obecnie Andrzej F. pomija rolę Masy i Kiełbasy w ratowaniu mu życia. Choćby w książce Aleksandra Majewskiego i Jarosława Maringne  „Chińczyk. Król polskiego narkobiznesu”.

Ta niewdzięczności dawnego kolegi mocno irytuje Jarosława Sokołowskiego, który tak odniósł się do tego na swoim facebookowym profilu (pisownia (oryginalna):  „Bohater opisuje m.in. zamach na „Perszinga”, podczas którego został omyłkowo postrzelony oraz wydarzenia po. Ratujący go „znajomi”, o których tak beznamiętnie wspomina, to „Kiełbacha” i ja. Dostaję telefon od „Perszinga”. Był atak na jego dom. Po sekundzie jadę po „Kiełbachę”. W Mercedesie mamy trzy pistolety, sześć magazynków i dwa tłumiki. W drodze „Kiełbacha” mówi, że w pośpiechu pomyliłem tłumiki. Te które wziąłem były od AK-47. Pod domem Andrzeja widzimy jego samochód. Bez chwili zastanowienia podbiegamy do pojazdu.. Florek zakrwawiony. Dość przerażająco jęczy z bólu. W szoku ostrzega nas, że w aucie jest granat- niewybuch. Kiełbacha krótko: Zamknij mordę! Podnosi granat i odrzuca. Pomimo zagrożenia wyciągam postrzelonego kolegę. Dzwonimy na pogotowie. Wkładamy go do mojego samochodu i pędzimy w kierunku Pruszkowa. Na trasie blokujemy jadącą na sygnale karetkę i przekazujemy go lekarzom. Florka trzymają w szpitalu w Pruszkowie. Wiemy, że tam nie odróżniają rany postrzałowej od wrzodu na dupie. Pomimo policyjnej ochrony, wkradamy się (znów „Kiełbacha” i ja) do szpitala. Wyłamujemy drzwi balkonowe. Kradniemy nosze i wywozimy Florka do szpitala na Szaserów. Tam mamy zblatowanych lekarzy-fachowców od postrzałów. „Perszing”, wiadomo! Zaopiekował się Florkiem. Wsparcie emocjonalne, finansowe i kilka nieudanych prób odwetu na zamachowcach. I co ja dziś paczem i oczom kur… nie wierzę! Ten przyjaciel, powiernik, konsyliere i bratnia dusza „Perszinga”, robi sobie słitfocie z Miśkiem z Nadarzyna. Rzezimieszkiem, który był w jednej ekipie z niedoszłymi mordercami. Jeszcze wczoraj ubliżał „Perszingowi”. Cieszył się z jego śmierci. A dziś tuli się do niego, ten ideał bratniej lojalności z gangu pruszkowskiego. Dla wszystkich zainteresowanych: tak właśnie wygląda koleżeństwo i lojalność w strukturach przestępczych. Dlatego nie mogę mieć do Florka żalu. Szczególnie za dość oszczędną relację o tamtych dramatycznych wydarzeniach. Takie słabe charaktery, nie potrafiące spojrzeć prawdzie w oczy, (nawet jeśli to jedynie ślipia pana Aleksandra Majewskiego) niech nie liczą na to, że ubrudzę sobie dla nich znów tapicerkę”. – tyle Masa o ratowaniu Florka.

Jak mówi jasnowidz, Pershing na początku ich znajomości często przedstawiał się, jako szef grupy ochroniarskiej.

–  To były czasy, gdy o nim było głośno i ja doskonale wiedziałem, że to jest gangster. – nie kryje jasnowidz.

Popularność Pershinga w tym czasie dobrze obrazuje przypadek przytoczony przez Patrycję R., z którą gangster był w Zakopanem w momencie swojej śmierci. W zeznaniach kobieta opowiedziała, że swego czasu była na spacerze z Andrzejem K. i Andrzejem Gołotą, i wówczas ktoś do nich podszedł i poprosił o autograf: „Gdy Gołota odmówił, osoba ta odpowiedziała: „Nie chodzi o pana, ale o pana „Pershinga'” – zeznała Patrycja R.

Jednak gdy Gołota z Pershingiem zjawili się w domu jasnowidz w Człuchowie, to bokser rozdawał autografy mieszkańcom miasteczka.

– Kiedyś Pershing przyjechał do mnie z Gołotą, potem niektórzy pisali, że przepowiadałem mu walki. – wspomina jasnowidz –  Ale to nie było prawdą. Andrzej Gołota to bardzo sympatyczny człowiek, bardzo konkretny i małomówny. Gdy wszedł do mnie do mieszkania, to za nim był tłum ludzi z Człuchowa.

 – Nic mi nie mów, nic mi nie czaruj, nie chcę nic wiedzieć. – miał zwrócić się bokser do jasnowidza.

–  Był u mnie kilka razy i nigdy o nic nie pytał, taki już jest – zapewnia Jackowski i dodaje, że to właśnie Gołota zaprosił go do Atlantic City na swoją walkę z  Michaelem Grantem,  20 listopada 1999 roku. We wcześniejszych publikacjach Jackowski opowiadał jednak, jak to Pershing załatwił mu wizę i zapłacił za jego wyjazd do USA. W swojej najnowszej książce „Jasnowidz na policyjnym etacie” Jackowski przyznaje: „Pershing wziął ode mnie paszport. Po paru dniach jakiś wielki człowiek z karkiem przyniósł mi ten dokument. Załomotał w drzwi i powiedział: „twój paszport”. Patrzę – wiza na dziesięć lat z prawem pracy. Takie były czasy (…)”.

W rozmowie ze mną jasnowidz przekonuje jednak: – Na walce Gołoty byłem na jego zaproszenie a nie Pershinga.

Jasnowidz jest pewien, że walka Gołoty z Grantem, co zrzucał Masa, nie była ustawiona: – Co zresztą zeznałem w sądzie. Opisałem w sądzie zdarzenia i wiem, że pan Sokołowski przegrał sprawę.

Walka Andrzeja z Michaelem Grantem mocno  miała zaskakujący przebieg. Gołota miał przewagę, przez cały czas prowadził na punkty, a jego rywal był dwa razy liczony. Mimo to Gołota poddał walkę. Mogło to zatem rodzić podejrzenia, że był to ustawiony pojedynek.

Po walce Pershing poznał Jackowskiego z ówczesnym ministrem sportu Jackiem  Dębskim, mafiosem Ryszardem Koziną znanym jako Ricardo Fanchini oraz wnukiem Ala Capone. Jednak obecnie Krzysztof Jackowski niechętnie o tym mówi.  Wszak nie musi już udawać przyjaciela gangsterów, skoro był policyjnym agentem w tym środowisku

Według relacji Jackowskiego, Pershing podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych był nerwowy. Ponoć doradzono mu, aby nie wracał już do Polski. On sam miał rzekomo zwierzać się  Jackowskiemu, że traci wpływy. Obawiał się o swoje życie do tego stopnia, że miał poprosić jasnowidza, aby ten spał z nim w jednym łóżku.

W kilkanaście dni po powrocie z USA, 5 grudnia 199 roku, Pershing zginął w Zakopanem.  Ponoć Gołota, gdy  dowiedział się o śmierci Pershinga, powiedział: „Dogonił go jego zawód. Ale zawsze wiedział, czym ryzykuje”.

Krzysztof Jackowski twierdzi, że przepowiedział Pershingowi śmierć: – Przyjechał do mnie, w towarzystwie drugiego mężczyzny, z zakrwawioną koszulą – wspomina jasnowidz.

 – Postrzelili mojego kolegę, który leży teraz w szpitalu w Warszawie. To jest jego koszula. Boję się, że ktoś go będzie chciał dobić w tam dobić, chociaż moi ludzi go pilnują. – dodał Andrzej K. i podając koszulę Jackowskiemu zapytał: – Powiedz czy jemu coś grozi, czy też nie?

– Nie chciałem tej wizji robić, bo to za duża odpowiedzialność była  – przyznaje dziś jasnowidz – Bałem się, że się pomylę. Ale gdy trzymałem tę koszule, to powiedziałem Pershingowi takie słowa: „Będziesz wychodził w Warszawie z hotelu i na parkingu  podbiegnie do ciebie dwóch ludzi. Jeden z nich broni, która bardzo szybko strzela, zabije cię”.

Reakcja Pershinga była zaskakująca.  Gangster rozpiął dwa guziki koszuli i poklepał się po klatce piersiowej, na której zawsze nosił złoty naszyjnik z rękawicą bokserską: – Krzysztof, tu nikt nie trafi. – powiedział.

– Nie wiem czemu tak powiedział. Niestety, pół roku później w Zakopanem, na parkingu przed hotelem został zastrzelony. Ja mu to przepowiedziałem, tylko pomyliłem miasta.

Jednak Jarosław Sokołowski bardzo sceptycznie podchodzi do umiejętności Krzysztofa Jackowskiego. Nie kryje też, że przyjaźń Pershinga z jasnowidzem mocno go irytowała.

– Nie chcę uwłaczać Pershingowi, bo to był dobry chłopak,  charakterny, ale dla bandziorów, to był bandzior.  Gdybyśmy na przykład pojechali do Pershinga we dwóch i zaproponowali mu, że mamy kogoś do opodatkowania, a on by z tym człowiekiem porozmawiał i uznał, że to tamten ma rację, to by na taki układ z nami nie poszedł, mimo że bylibyśmy jego przyjaciółmi.  Był uczciwym gangsterem. Ale trzeba to głośno powiedzieć, że Pershing był niezbyt lotny. Bo, który inteligentny człowiek lata do wróżbity? Pershing był prostolinijny i wierzył w cuda, wierzył we wróżbitę. W sumie nic Jackowski takiego nie dokonał, aby przekonać Pershinga do tych swoich przepowiedni. – stwierdza słynny świadek koronny i przytacza zdarzenie sprzed lat.

 – Mnie w pewnym momencie cała Polska znała i się bała, bo naprawdę byłem niebezpiecznym bydlakiem. Znał mnie też Jackowski, którego kiedyś Pershing zaprosił do klubu go-go w hotelu Polonia w Warszawie. Było nas tam kilkunastu. Siedzieliśmy przy wielkim stole, a Pershing co chwila zwracał się do Jackowskiego: „Powiedz coś o tym, powiedz coś o tamtym”.  Andrzej jechał po tych biednych chłopakach, wszyscy byli wystraszeni, żeby tylko Jackowski nic złego na nich nie powiedział. Bo jak ten jasnowidz powiedział:  „Na tego to uważaj”, to już w mózgu Pershinga to zostało.

W pewnym momencie Pershing pokazał na Masę i mówi: – Weź powiedz. coś o Jarku – wówczas wokół zapadła cisza.

Jackowski spojrzał na Sokołowskiego i krótko stwierdził: – Nic nie mogę powiedzieć, nie mogę się przez niego przebić.

– Wiedział, że za moment mogę go zajebać od razu na miejscu – Masa kwituje swój kontakt z jasnowidzem.

Krzysztof Jackowski, w rozmowie ze mną zdecydowanie stwierdził, że – poza kontaktami Pershingiem –  nie wykonywał żadnych zleceń dla gangsterów.

Według słów Masy słynny jasnowidz szukał miejsca ukrycia Kajtka  i nic nie znalazł. Jak mówi Sokołowski, Pershing pojechał po jasnowidza, gdy Wariat z Dziadem  porwali Ryszarda Sz. ps. Kajtek: –  Ja zostałem w chacie, bo nie trawiłem tego Jackowskiego.

Takich przypadków było więcej. Jeden z nich, związany z porwaniem syna  gangstera o pseudonimie Cerber, wspomina w swojej książce „Świat według Dziada”, Henryk N. ps. Dziad:  „Następnego dnia Pershing przysłał swojego chłopaka do żony Cebera, żeby dała jakąś rzecz, w którą ostatnio ubierał się Darek. Pershing chciał z tym jechać do jasnowidza, a ten miał dzięki temu określić, gdzie się znajduje porwany. Ceber zaś niech nie wygaduje głupot, bo oni tego na pewno nie zrobili – zapewnia! ten od Pershinga, Nazajutrz przyjechał sam Pershing i przekazał, co powiedział jasnowidz. Kierując się tymi wskazówkami wszyscy ruszyliśmy na poszukiwania Darka, objeżdżaliśmy po kolei miejsca, które określił jasnowidz, ale niestety bez skutku (…)”.

Umiejętnościami Jackowskiego, przy okazji zabójstwa Piotra Jaroszewicza i Alicji Solskiej, zainteresował się też Andrzej B.,  pseudonim Słowik, który tak o tym napisał w swojej książce „Skarżyłem się grobowi…”: „Przyjaźniłem się ze znanym i bardzo cenionym jasnowidzem  Jackowskim. Jego sława i autorytet są tak wielkie, że współpracuje nawet z policją i do dzisiaj pomaga im w rozwiązywaniu wydawałoby się beznadziejnych spraw (…) Przez długi czas przyjaźniliśmy się, często był gościem w moim domu, nieraz nocował u mnie, a nawet raz pojechaliśmy razem na wczasy do Zakopanego do hotelu Kasprowy. Dosyć sceptycznie podchodziłem do jego „wizji” dotyczących mojej osoby, raczej wolałem, żeby swoje umiejętności sprawdzał na innych. Ale ponieważ (…) cała sprawa śmierci Jaroszewiczów nie była dla mnie tak do końca wyjaśniona, postanowiłem u niego szukać potwierdzenia moich domysłów i wiarygodności informacji, jaką otrzymałem . Poprosiłem go o „wizję”. Cały spocony i zdenerwowany potwierdził swoją „wizją”, że ludzie, którzy są posądzani o dokonanie tej zbrodni są niewinni i zostaną po jakimś czasie wypuszczeni na wolność. Co więcej, zbrodnią tą obciążył służby specjalne sąsiedniego kraju. Dodał również, że jest to tylko jedna z wielu zbrodni popełnionych w ostatnim czasie na przywódcach państw byłego obozu socjalistycznego. Już nigdy więcej nie chciał o tym ze mną rozmawiać”.

Sam jasnowidz odżegnuje się jednak od tej przepowiedni. Ina temat zabójstwa Jaroszewiczów ma do powiedzenia tyle: – Po zabójstwie Jaroszewiczów przyjechało do mnie dwóch panów po cywilnemu. Ale wówczas robiłem im wizję w sprawie jakiegoś innego morderstwa. Jeden mnie wypytywał a drugi milczał i tylko mnie obserwowała. Dopiero po kilku godzinach, gdy już wychodzili, zapytał mnie:  „A o Jaroszewiczach pan myślał?”. Nie myślałem, bo ja muszę mieć pytającego. A jak mnie nikt nie pyta, to nie zastanawiam się nad tym. Tak mu odpowiedziałem, co zresztą jest prawdą. A on na to: „A jakby ktoś Pana pytał, to zrobiłby Pan wizję?”. Odpowiedziałem, że nie, gdyż to za gruba sprawa jak dla mnie. Wtedy on podszedł do mojej żony, która miała córkę na rękach. Połaskotał moją córkę w stopę przez skarpetkę i powiedział: „To dobrze, że by się Pan tego nie podjął. Po co miałaby się komuś stać krzywda” i wyszli. Ja byłem w szoku, bo to powiedział policjant.

– Tak naprawdę, to Pershing zginął przez Jackowskiego –  Sokołowski stawia mocny zarzut.

– Czemu?

– A temu, że Jackowski mu powiedział, że Pershing będzie żył sto dwa lata, i nie ma co z ochroną jeździć, bo umrze w łóżku. No i do Zakopanego pojechał bez ochrony.

Jarosław Maringe ps. Chińczyk, którego wiele dzieli Masę, zgadza się z nim w ocenie jasnowidza Jackowskiego.

–  Faktem jest, że jest jasnowidzem, ale to nie działa tak jak on twierdzi. Na pewno nie na zawołanie. Może  czasem ma wizje. Najwybitniej to pokazuje sprawa zabójstwa Pershinga. On mu trasy nawet wyznaczał. Aż finalnie mu tak wyznaczył, że go odpalili twierdzi Chińczyk i dodaje tajemniczo –  Byłem tego świadkiem

Inaczej zdolności Jackowskiego ocenia Adam Dudała, który odsiaduje wyrok 25 lat za zabójstwo.  Powiedział on Mirze Suchodolskiej  z Gazety Prawnej: „Jackowski robił za maskotkę Pershinga, który bardzo wierzył w jego wizje (…) Andrzej poprosił Krzysia, żeby zrobił mi wizję – opowiada Dudała. – Ten wziął ode mnie zegarek, potarł go, powąchał, przymknął oczy i powiedział, że pójdę siedzieć przez auto. Śmialiśmy się z chłopakami, bo ja nie miałem nic wspólnego z samochodami. Traktowaliśmy te wizje jak opowiadanie o duchach w długie, zimowe wieczory: nikt w nie nie wierzy, ale wszyscy się trochę boją. Dziś okazuje się, że Jackowski miał rację – wzdycha (…)”.

Adam Dudała został niewinnie skazany na 25 lat za zabójstwo dokonane w Olsztynie, mimo że w tym czasie był z ludźmi Pershinga w Ustce. Dowodem na jego winę był fakt, że pochodzi z Warszawy oraz, że miał  mercedesa.

Ponoć także Pershing obawiał się o życie słynnego jasnowidza.

– Była taka sprawa w 1999  roku – przypomina Jackowski –  Zaginęła wówczas Ewa Serafin z Krosna Odrzańskiego, znalazłem jej ciało, i wskazałem zabójców.

Jackowski  z Pershingiem ej dali akurat śniadanie w Grand Hotelu w Sopocie, gdy gangster sięgnął po  „Super Express”: „„Ewa była w samochodzie z dwoma mężczyznami. Jechali w stronę lasu. Uciekała, ale zadano jej śmiertelne ciosy w plecy. Zwłoki są w lesie pod Krosnem Odrzańskim (woj. lubuskie) przy torach kolejowych – takie słowa od jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego usłyszeli zrozpaczeni rodzice zaginionej dziewczyny. Po dwóch miesiącach bezowocnych poszukiwań policja odnajduje w lesie ciało Ewy Serafin…”. – przeczytał  Pershing i dostał białej gorączki: – Gnoje cię zajebią i będzie na mnie, bo cię znam,  policja o tym wie. Ja się nie będę z tobą zadawał, jak ty będziesz udzielał prasie takich wywiadów – krzyczał na całą restaurację.

– A ja wstałem i czułem się jak Gołota po wygranej walce. – wspomina jasnowidz.

Jackowski wspomina jak swego czasu usiłował sprawdzić Pershinga  na dobrą drogę i odwoła się do Boga. Gangster bardzo się tym zdenerwowała: – Nie mów mi nigdy o Bogu, Bóg wie co robię. Jestem złym człowiekiem i nie będę go przepraszać, bo robię to świadomie (…).

Janusz Szostak

1 KOMENTARZ

  1. Pan Krzysztof Jackowski to dobry człowiek, który pomógł wielu ludziom. Niestety mówi również rzeczy dla niektórych niewygodne. Warto zasięgnąć prawdy u zródeł. Oto jego kanał na youtube —> https://www.youtube.com/channel/UCbS8vsbx1MSl1aGrja2-4kg/videos

ZOSTAW ODPOWIEDŹ