SZEF KOMANDA ŚMIERCI MOKOTOWA: Powstają o mnie legendy

0
Fot. Tomasz Radzik

Z Wojciechem S. pseudonim „Wojtas” vel „Kierownik” – domniemanym bossem gangu obcinaczy palców – rozmawia Janusz Szostak

 Dziennikarze nazywają pana szefem komanda śmierci gangu mokotowskiego, a prokurator zarzuca kierowanie tak zwanym gangiem „obcinaczy placów”. Ile jest w tym prawdy?

Zanim trafiłem do więzienia, to już tak o mnie mówiono, że jestem szefem komanda śmierci. To część legendy, jaka o mnie powstała. Społeczeństwo nie interesuje się nadmiernie samobójcami czy ofiarami wypadków, ale już morderstwa przyciągają uwagę. Stąd wymyślno „komando śmierci” i mnie, jako jego szefa, bo to brzmi medialnie. Jednak w naszej grupie nie było lidera.

To nie wydaje mi się realne, w każdej grupie przestępczej, podobnie jak w każdej firmie jest szef, który kieruje innymi. W przeciwnym razie byłby chaos. Szybko by was wyłapali, gdyby każdy działał na własną rękę.

Jednak u nas nie było bossa. Były rzucane pomysły w grupie i te najlepsze realizowaliśmy.

Ciąży na panu zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, zatem rozumiem, że nie będzie pan sam siebie obciążać. Ale przecież w ramach „Mokotowa” musiały być jakieś struktury. Chce pan powiedzieć, że „Korek” i „Dax” nie byli szefami „Mokotowa”?

Grupy mokotowskiej nigdy nie posadzono na jednej ławie oskarżonych, tak, jak choćby „Pruszkowa”. Bo to nie była całość, lecz wiele drobniejszych grup. Zatem nie było jakiegoś zarządu, jak w „Pruszkowie”. Był szacunek do pewnych osób, ale nie było hierarchii.

Pana bardziej się obawiano czy szanowano?

Dla mnie ważniejsze było, żeby w środowisku mnie szanowali niż się bali.

Miał pan respekt nie tylko na wolności, ale także za kratami. Uchodzi pan tu za autorytet, za żywą legendę. Na to trzeba zapracować.

Jestem tu lubiany i szanowany. Nie będę ukrywał, że mam w miejscu, gdzie się obecnie znajduję, dość mocną pozycję. Jeśli pan by tu trafił, to ustawiłbym pana (śmiech).

Raczej tu się nie wybieram. Ale gdybym chciał dostać się do waszej grupy jako tak zwany przykrywkowiec, jakie miałbym na to szanse?

Żadnych. Nie było możliwości, że przychodzi facet z ulicy i chce do nas dołączyć. Byliśmy wszyscy z jednego osiedla, nawet podwórka, znaliśmy się od dziecka. Mogliśmy na sobie polegać. Obcemu nikt by nie zaufał. Dlatego też nie wchodziliśmy we wspólne działania z „Pruszkowem” czy „Wołominem”, bo to mogło przynieść nie takie efekty, jakich oczekiwaliśmy. Takie mieliśmy zasady, to było nasze BHP. Jednak znaliśmy się wszyscy z dyskotek, których wtedy w Warszawie było zaledwie kilka.

Twierdzi pan, że grupa była hermetyczna i mogliście na sobie polegać, tymczasem sporo pana kolegów poszło na współpracę z policją.

Nie kryję, że jestem rozczarowany tym, że siedzę z pomówień byłych kolegów. Trudno było jednak wcześniej wyczuć, że niektórzy będą sypać.

Mimo tego Dariusz Loranty twierdzi, że gang „obcinaczy palców” był najlepiej zorganizowaną grupą przestępczą w Europie.

Chyba nieco przesadził. Ale skoro były policjant tak mówi, to pewnie ma jakieś argumenty na tę okoliczność. Moim zdaniem w Polsce są lepiej zorganizowane grupy przestępcze.

Jakie?

Choćby te mające wsparcie policji, CBŚP czy ABW.

O czym pan mówi?

O tym, że policja i służby specjalne przymykają oczy na przestępstwa dokonywane przez pewne grupy i za to dostają swoją dolę. Pozwalają im na wiele, z wyjątkiem zbrodni. Zwykli ludzie nie widzą drugiego dna. Tymczasem wszystkie gangi płaciły i płacą policjantom, i my też płaciliśmy. Było na przykład tak, że zbieraliśmy haracz z agencji towarzyskich, a równolegle z nami robili to panowie z CBŚP.

Nie lubi pan tych ostatnich?  

Nie mam ku temu powodów. Zresztą, to są niekiedy ludzie znacznie bardziej prymitywni od tak zwanych gangsterów. Gdyby pan posłuchał, o czym rozmawiają funkcjonariusze CBŚP, którzy dowożą nas na rozprawy, to byłby pan zażenowany poziomem tych dialogów: seks, wóda i mordobicie, to tematy przewodnie.

Jak to było z osławioną listą śmierci, na której mieli się znaleźć prokuratorzy i policjanci wytypowani do wyeliminowania?

Tę listę wymyślił Mariusz S. pseudonim „Marcel”, mały świadek koronny, tak zwana „sześćdziesiątka”. Ale nikt nigdy  jej nie widział, bowiem nie istniała.

Słyszałem od byłego policjanta z Mokotowa, że była to raczej lista płac niż lista śmierci.

To już teoria bliższa prawdy. Ale także takiej listy nie było fizycznie.

Jak się zostaje gangsterem? Pan wychował się w normalnej rodzinie, miał pan w domu dobre wzorce.

To prawda, pochodzę z tak zwanego dobrego domu. Na początku była szkoła, jakieś treningi. Jednak moje życie potoczyło się nie do końca w zgodzie z oczekiwaniami rodziców. Skończyłem tylko zawodówkę i jestem mechanikiem samochodowym. Żałuję jednak, że nigdy nie studiowałem. Teraz mam dużo wolnego czasu, to sporo czytam, zwłaszcza książki o tematyce historycznej czy ekonomicznej. Nigdy też nie planowałem zostać gangsterem. Pochodzę z Ursynowa, który powstawał na moich oczach. Wszyscy się tam znaliśmy, spędzaliśmy wspólnie ze sobą czas. Tak powstała tak zwana grupa ursynowska, której kierowanie przypisuje się mnie.

Zarzuca się panu też znacznie poważniejsze czyny, między innymi rozboje, porwania, zabójstwa i podżeganie do nich.

Nie miałbym pretensji do organów ściągania, gdyby mi udowodniono cokolwiek. Ale wszystkie zarzuty wobec mnie są postawione na podstawie pomówień. Policja wymaga od „sześćdziesiątki” [małego świadka koronnego – przyp. red.], żeby zeznał to czy tamto. I ci niby skruszeni gangsterzy dla własnych korzyści obciążają innych. Czy wie pan, że wiele ksywek jest wymyślonych na gorąco przez „sześćdziesiątki”, w czasie ich zeznań. Na przykład „Szlugu”, który pojawia się w barwnych opowieściach Anny w tej książce, to Norbert D. A jego pseudonim wymyślił na potrzeby procesu Mariusz S., pseudonim „Marcel” – także mały świadek koronny. Większość „sześćdziesiątek” twierdzi, że sami nic nie robili, tylko wykonywali polecenia. A oni wychodzą z więzień i potem szybko tam wracają. Bo jeśli ktoś zarabiał trzy tysiące złotych dziennie, to nie pójdzie pracować za tyle samo przez miesiąc. To są zwykle czynni przestępcy, mimo tego są wiarygodni dla policji i prokuratury. Jest wiele przykładów, że policjanci i „sześćdziesiątki” uzgadniali zeznania, aby kogoś obciążyć.

Dlaczego tak się dzieje?

Bo policji zależy głównie na sukcesie, a nie na wyjaśnieniu danej sprawy.

Idąc na spotkanie z panem, spotkałem na terenie aresztu mecenasa Ryszarda Berusa, który był obrońcą w procesie „Pruszkowa”. Rozmawialiśmy między innymi o instytucji małego świadka. Według niego to największe nieszczęście polskiego wymiaru sprawiedliwości.

To prawda. Wielu znanych prawników, jak choćby profesorowie Andrzej Zoll czy Marian Filar, wskazuje na pilną potrzebę rewizji instytucji świadka koronnego. Dystansuje się od niej także jej współtwórca Zbigniew Ćwiąkalski.

Myśli pan, że gdyby nie instytucja małego świadka koronnego, to byłby pan wolny?

Prawdopodobnie tak właśnie by było. Jestem oskarżany i skazywany wyłącznie na podstawie pomówień. Przepraszam, w jednej ze spraw moje DNA zgadzało się w 30 procentach, i to też uznano za dowód! Skoro twierdzą, że byłem taki niedobry, to mogli mnie złapać na gorącym uczynku.

Nie było to łatwe, gdyż pan się skutecznie ukrywał.

To prawda, ukrywałem się w od 2005 do 2008 roku. Ale nie w Szwecji, jak twierdzi Anna, lecz w Polsce, gdyż jestem patriotą.

Ma pan żal do Rafała B. pseudonim „Bukaciak”, że pana obciąża. Kiedyś byliście uważani za przyjaciół. Ponoć mówił pan o nim Trafił swój na swego. Rafał jest bezwzględny i twardy, jak ja”.

Przyjaciele, to słowo na wyrost, byliśmy znajomymi. Ja przed nim ostrzegałem chłopaków dużo wcześniej i mówiłem, aby na niego uważać. Wiedziałem, jaki jest wredny i niebezpieczny.

Chociaż nie wygląda pan na groźnego przestępcę, to też jest pan niebezpieczny.

Tak twierdzi policja i prokuratura.

Ma pan 44 lata i spędził pan dotychczas 12 lat w więzieniu, chyba były podstawy?

To kwestia dyskusyjna.

Gangowi, którym rzekomo pan kierował, zarzuca się porwania i morderstwa ludzi. To poważne zbrodnie.

Za wiele z nich odpowiada policja.

Niby w jaki sposób?

Oni zamiast szukać ofiar porwań, zajmowali się ściganiem sprawców uprowadzeń. Na tym się koncentrowali. Ja rozumiem, że zależało im aby schwytać porywaczy, ale to nie powinno odbywać się kosztem uprowadzonych.

Powinni odpuścić sprawcom?

Tak, na jakiś czas i zająć się uwolnieniem ofiary porwania.

A to nie jest jednoznaczne?

Nie do końca.

Co się stało z Eweliną Bałdygą?

Nie mam pojęcia. W czasie gdy ona zaginęła, ja byłem w areszcie.

Wydał pan wyrok śmierci na żonę „Bajbusa”, tak jak utrzymuje „Marcel”?

„Bajbusa” widziałem może dwa razy w życiu. Nic nas nie łączyło, on nie był ani moim kolegą, ani gangsterem. Zajmował się maszynami. Nie miałem najmniejszego powodu, aby zabijać mu żonę. On teraz opowiada, że zrobiliśmy to w zmowie z prokuraturą. Powinien lepiej rozejrzeć się wśród swoich kumpli. „Bajbus” narobił ludziom sporo problemów. Wydaje mi się, że wkrótce ponownie go zatrzymają.

Ma pan aktualnie do odsiedzenia połączony wyrok 15 lat pozbawienia wolności. Co prawda Sąd Apelacyjny uchylił wyrok dożywotniego więzienia, i sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia, jednak raczej nie uniewinnią pana od zarzutów zabójstwa „Maxa” i „Postka”, oraz podżegania do zamordowania Szymona z Łomianek.  

Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się nowy proces.

Ale oprócz tego ma pan kilka innych procesów, i zarzutów popełnienia zabójstw i uprowadzeń. Bierze pan pod uwagę fakt, że nigdy już nie zobaczy wolności?

Nie spekuluję póki co, czy kiedyś wyjdę na wolność. Nie wiem, co będzie za rok czy za dwadzieścia lat. Ja nie podchodzę do życia jednostkowo i nie uważam, że jestem najważniejszy na świecie. Ci, którzy myślą inaczej, nie radzą sobie z tym. Teoretycznie mogę siedzieć do końca życia. Jestem w stanie przystosować się do każdej sytuacji.

Siedzi pan w wieloosobowej celi?

Nie, jestem w celi jednoosobowej i czuję się dzięki temu komfortowo. Wolę samotność od kiepskiego towarzystwa, a zawsze przecież  mogą mi do celi wsadzić jakiegoś konfidenta. Poza tym lubię w spokoju rozmyślać i czytać.

Ktoś pana tu odwiedza?

Tak, rodzina ma ze mną kontakt.

Jaki jest pana stosunek do kobiet?

Zawsze powtarzałem chłopakom, że trzeba szanować kobiety. Nawet te z pozoru upadłe. Nigdy nie gardziłem prostytutkami. Mieliśmy swoje agencje towarzyskie. Pracowały tam często studentki, które dziś są magistrami, niektóre prawnikami. Te dziewczyny robią kariery, mają mężów, dzieci. Chociażby, jak Anna. Udają, że w ich życiu  nigdy nie było takich epizodów. Ja ich jednak za to nie potępiałem i nie potępiam. Mówiłem chłopakom: „Chodzicie do nich i nimi gardzicie? To i sobą w ten sposób gardzicie!”. Szanuję kobiety i nie lubię opowiadać o szczegółach swoich relacji z nimi. Nie lubiłem też słuchać, jak kumple przechwalali się swoimi podbojami seksualnymi. Dla mnie to bardzo osobista sfera życia.

Lubi pan alkohol?

Nie, zawsze unikałem alkoholu oraz narkotyków. Towarzyski też nie jestem. Jak była jakaś impreza, to ja wychodziłem już około 22.00, bo wtedy zaczynało się plucie do ucha.

Jest pan człowiekiem wierzącym?

Byłem ochrzczony,  ale zrezygnowałem z wiary. Jestem agnostykiem.

Kibicuje pan Legii Warszawa?

Tak, ale na mecze nie chodziłem. Raz tylko byłem na stadionie, zobaczyć jak trawa rośnie.

Ogląda pan filmy Patryka Vegi, które podobno opisują grupę mokotowską? W jednym z nich zajął się także panem.

Filmów Vegi nie jestem w stanie oglądać. Próbowałem obejrzeć „Pitbull. Nowe porządki”. Ale nie dało się na to patrzeć. Wszystko było pomieszane. Kompromitacja.

Dziennikarzy też pan nie lubi?

Jeśli są rzetelni, to nawet szanuję. Gorzej, gdy kreują rzeczywistość, jakiej nie ma. Podam panu dwa przykłady. W czasie naszego procesu zeznawał Grzegorz J., który przyznał, że za udział w jednym porwaniu dostał 30 tysięcy złotych. Tymczasem redaktor Rafał Pasztelański napisał, że tyle otrzymał za udział we wszystkich porwaniach.  Chodziło o to, aby pokazać, że oszukiwaliśmy swoich ludzi. W książce „Kombinat zbrodni”, bardzo słabej zresztą, autorka napisała, że poprosiłem klawisza, aby zaniósł świąteczną kartkę do celi mojego kolegi. Obok życzeń napisałem: „Czy nadal siedzicie w tym samym składzie?”. Ona to zinterpretowała, że pytam o skład grupy na wolności.

Patrzy pan na zegarek. Zbliża się pora obiadu?

Ja nie jem tego, co tu podają.

To co pan je?

To, co sobie kupię, a na zegarek spojrzałem, gdyż mam dziś fryzjera. Mogę go sobie jednak odpuścić, bo dobrze mi się z panem rozmawia.

Myślę, że ta rozmowa będzie miała dalszy ciąg.

Ta rozmowa była dość powierzchowna.  Jestem przekonany, że będziemy mieli jeszcze o czym rozmawiać.

 

Wywiad pochodzi z książki Janusza Szostak „Byłam dziewczyna mafii”  KSIAZKA TU DO KUPIENIA

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ