Gdy samodzielność oznacza zaginięcie

0

Włodek cierpiał na schizofrenię, lecz jego zachowanie i wygład zewnętrzny nie  były  w żaden sposób adekwatne do stwierdzonej choroby. Ubierał się elegancko, zachowywał spokojnie, nie miał konfliktów z otoczeniem ani z prawem. Do momentu zaginięcia nie znalazł jednak dla siebie możliwości życia w związku lub w większej społeczności. Być może zmieniło się to właśnie,  gdy zniknął bez śladu.

Włodzimierz Czop z Sosnowca, teraz ma  50 lat. Zaginął 28 lipca 2009 roku. Pogubił się pomiędzy zaborczym uczuciem chorej psychicznie matki, a wynikającą z tego w dużej mierze samotnością w świecie zewnętrznym. Być może znalazł sobie lepsze miejsce do życia, możliwe też, że spotkał na swojej wyjątkowo trudnej drodze miłość lub przyjaźń. Wiele wskazuje na to, że się zwyczajnie usamodzielnił.

W jego przypadku jednak, decyzja o samodzielnym życiu do dziś figuruje w policyjnych aktach jako zaginięcie drugiej kategorii.

 Samotny z wyboru?

 Włodzimierz Czop urodził się 20 lutego 1968 roku jako jedyny syn państwa Barbary i Stanisława Czopów z sosnowieckiej Środuli. Rodzice bez wątpienia kochali go, zapewniali mu też godny poziom życia. Jednak w rodzinie tej nie dało się nie zauważyć wyraźnej dysfunkcji. Matka, nauczycielka nauczania początkowego, była kobietą zaborczą wobec domowników i niedostępną dla otoczenia.

 – Bez przerwy słychać było jej krzyki – wspomina pani Jolanta, najbliższa sąsiadka. Zarówno rodziców, jak i Włodka nie odwiedzał nikt, unikali kontaktów i ludzi. – Dalszej rodziny też nie tolerowała – dodaje – Raz przyjechali jej kuzyni, to wygoniła ich z krzykiem i wyzwiskami.

Włodek zdał maturę i  uzyskał wykształcenie średnie techniczne. Wkrótce potem usiłował targnąć się na życie, podcinając sobie żyły.  Został jednak uratowany i poddany specjalistycznemu leczeniu. Z udostępnionych mi informacji wynika, że stwierdzono u niego schizofrenię paraniodalną, jednak stopień nasilenia choroby w jego przypadku był lekki. Lekarze dawali mu sporo szans na normalne życie w społeczeństwie.

– Proszę nie szukać chorób, tylko mojego syna – kwituje Stanisław Czop, kiedy pytam o problemy zdrowotne Włodka – Lekarze jak chcą, to z każdego zrobią chorego i wariata.

 O wiele poważniejszy, z dnia na dzień, stawał się stan psychiczny jego żony. Pani Barbara została z czasem ubezwłasnowolniona.

Włodek do momentu zaginięcia pozostawał zamknięty w sobie i wyraźnie samotny. Czy była to samotność z wyboru? Nie był nigdy w żadnym związku partnerskim, kontakty towarzyskie na zasadzie sporadycznych spotkań i rozmów utrzymywał tylko z jednym kolegą ze szkoły średniej. Z powodu stwierdzonej choroby, otrzymywał rentę, do której dorabiał sobie, wykonując proste czynności w zakładzie pracy chronionej. Czy to wystarczało do szczęścia młodemu człowiekowi? Mimo wszystko normalnemu, nie stwarzającemu zagrożenia dla siebie i innych, który na pewno miał jakieś głęboko skrywane pragnienia?

– Przed zaginięciem, gdy wracałam z pracy, widywałam go co wieczór rozmawiającego z osiedlowej  budki telefonicznej – opowiada pani Jolanta – Pierwsza myśl, to pewnie zapoznał  jakąś dziewczynę.

 Odnalazł szczęście?

 Latem 2009 roku, pan Stanisław większość czasu spędzał na swojej działce w innej dzielnicy Sosnowca, gdzie często zabierał syna. W tym właśnie miejscu widział go po raz ostatni.

Włodzimierz Czop kilka dni wcześniej opuścił, na własne życzenie, szpital psychiatryczny w Lublińcu, w którym znalazł się ze względu na osłabienie samopoczucia i stany depresyjne.  28 lipca, 7 lat temu powiedział ojcu, że wychodzi do sklepu. Nie wrócił już nigdy.

W chwili zaginięcia miał ze sobą telefon komórkowy i dowód osobisty. Ów dokument posłużył mu jakiś czas później do wylegitymowania sie Straży Ochrony Kolei w Szczecinie. Strażnicy dość szybko ustalili, że mają do czynienia z osobą poszukiwaną jako zaginiona. Włodek zapewnił jednak, że świadomie i dobrowolnie opuścił dom rodzinny, a kontaktu z rodzicami nie chce mieć. Po tym oświadczeniu jego sprawa została sklasyfikowana jako zaginięcie drugiej kategorii. Oznacza to, iż osoba poszukiwana zdolna do samodzielnego życia i decydowania o sobie,  na własne życzenie opuszcza dotychczasowe środowisko i nie kontaktuje się z bliskimi, którzy jej poszukują.

Czy na pewno było to jednak Włodzimierz Czop, czy też inna osoba, która posłużyła się jego dokumentem?

Rodzice chcieli to sprawdzić,  go odnaleźć. Ojciec pojechał wkrótce do Szczecina, nie natrafił tam jednak na żaden ślad swego jedynaka. Matka – pogrążona w chorobie i cierpieniu – trzy lata później, w  parku wylała na siebie butelkę rozpuszczalnika i podpaliła się.

Stanisław Czop dzielnie zniósł tę tragedię zmotywowany wiarą, że Włodek żyje i sobie radzi, i pewnego dnia przyjedzie lub zadzwoni.

Od lat mam ten sam numer, bo on go miał w swojej komórce – mówi patrząc na zdjęcie syna – Ja nie wiem, czy on jest  zaginiony. Renty od tamtego czasu nie brał, wycofali mu po kilku miesiącach. To pewnie gdzieś pracuje, ma za co żyć. Niech się odezwie, gdzie jest, co robi? Będzie miał mieszkanie po nas, dawno jest na niego przepisane. Sąsiedzi, z którymi udało mi się porozmawiać, również mają nadzieję, że Włodek ułożył sobie życie, że  jest szczęśliwy.  Na osiedlu, gdzie się wychował, wszyscy pamiętają go jako spokojnego, zawsze schludnie wyglądającego człowieka, stroniącego od używek i awantur. W ocenie mieszkańców miał podstawy oczekiwać od życia więcej niż to co dostawał, mieszkając z rodzicami, gdzie nie miał zbyt wielkich możliwości dalszego rozwoju. Osaczenie przez chorą matkę i prawdopodobny brak dostatecznego wsparcia ze strony zdominowanego przez nią ojca,  uniemożliwiały mu stworzenie bliższych relacji osobistych i społecznych.

Katarzyna Guzik, psycholog z katowickiego MOPS, zajmująca  się osobami z zaburzeniami psychicznymi: – Choroba psychiczna jednej osoby w rodzinie wpływa także na pozostałych jej członków. Zdarza się wtedy, że dochodzi do zamiany ról w rodzinie. Gdy choruje rodzic, często to dziecko przejmuje rolę opiekuna, który troszczy się o rodzica, skupiając się na jego chorobie i procesie zdrowienia. Zaniedbywane są wtedy potrzeby i zainteresowania dziecka, jak również drugiego współmałżonka – silnie skoncentrowanego na chorobie żony lub męża, co rzutuje bezspornie na jego relacje z dziećmi. Brak poczucia bezpieczeństwa i oparcia w rodzicach wywołać może szereg trudnych emocji, takich jak lęk, niepokój, złość, irytacja, wstyd. Sytuacja w rodzinie nie pozostaje bez wpływu na relacje z rówieśnikami i otoczeniem, gdzie może też pojawić się poczucie zagubienia i osamotnienia. Rzeczywistość taka jest trudna dla wszystkich członków rodziny. Warto wtedy szukać pomocy wśród specjalistów pracujących w Ośrodkach Pomocy Społecznej, Poradniach Zdrowia Psychicznego i innych ośrodkach zajmujących się poradnictwem psychologicznym.

Najwyraźniej, podejmując tak radykalny krok w swoim życiu, chciał wykorzystać jakąś szansę? Nigdy wcześniej bowiem nie oddalał się na dłużej od domu, nie podejmował żadnych spontanicznych, nieprzemyślanych kroków.

Może przeczyta ten artykuł.  Myślę, że zdaje sobie sprawę, że szukają go najbliżsi. Być może nie wie, że rodzina którą opuścił, to dziś już tylko kochający i dzielny ojciec, który zasługuje na to, by wiedzieć, co dzieje się z jego synem. Nie uważa go bowiem za osobę chorą, życzy mu jak najlepiej i zamierza wspierać w każdej decyzji.

Mam nadzieję, że Włodzimierz Czop  uleczył zranioną duszę, pozbył się lęku i niepewności, odnalazł w życiu swoje miejsce i szczęście. Może jest już gotowy porozmawiać szczerze ze swoim tatą, i opowiedzieć mu o swoim obecnym życiu.

Stanisław Czop prosi o kontakt (tel.  504 99 50 22) swojego syna oraz wszystkie osoby mające jakiekolwiek informacje o jego losie.

Apolonia Sikorska

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ