Czy jest na sali lekarz

0
170
Jest już gotowy raport grafologów, mający potwierdzić lub zaprzeczyć, czy teczki operacyjne agenta „Bolka” – znalezione w domu Czesława Kiszczaka – dotyczą Lecha Wałęsy. On sam na informację o tym zareagował w charakterystyczny dla siebie sposób – stwierdzając, że raportu nie przyjmie do wiadomości.
Znając jednak pokrętny i zaskakujący sposób myślenia byłej głowy państwa, możemy się spodziewać, że będzie przekonywał, iż Bolek to nie Bolek, bo choć co prawda Bolek było konfidentem, ale nie oznacza to, że chodzi o tego Bolka.
Jakby nie patrzeć na byłą agenturalną działalność Lecha Wałęsy – nie ulega wątpliwości, że jest on osobą zasłużoną dla Polski i jednym z symbolów przemian, które doprowadziły do obalenia komuny. A jego dramat polega na tym, że w odpowiednim czasie nie umiał się zmierzyć ze swoją przeszłością.
Z określeniem przeszłości ma także problem inny prezydent (magister historii), czyli Bronisław Komorowski. Ten podczas jednego z programów telewizyjnych, w którym wystąpił obok byłego premiera Leszka Millera, rozmawiał o bieżących wydarzeniach w kraju w tym o relacjach polsko – ukraińskich. Były szef SLD zachował trzeźwy ogląd sytuacji, stwierdzając, że nie można budować dobrych stosunków z sąsiadem, jeżeli ten nie zrozumie, że rzeź polskiej ludności przez UPA na Wołyniu to było ludobójstwo. Odpowiedź, jaką usłyszał Miller od Komorowskiego nie tylko przeraża, ale rodzi pytanie, czy na sali jest lekarz. Otóż były prezydent wypalił, że: „Ale to było dawno temu”.
Jest to tym bardziej przerażające, że mówi to była głowa państwa, które podczas II Wojny Światowej straciło co szóstego obywatela. A trauma tych, którzy przeżyli niemiecką i ukraińską rzeź, a następnie komunistyczną okupację, położyła się głębokim cieniem na następne pokolenia. Słuchając słów Komorowskiego rodzi się jeszcze jedna refleksja. Otóż, jeżeli były prezydent RP wypowiada takie słowa, to trudno się dziwić sformułowaniom „polskie obozy koncentracyjne” – pojawiającym się w zachodnich mediach.
A te mają problem nie tylko z tym. W zakłopotanie, aby nie powiedzieć w stan histerii, wprowadził je w ostatnim tygodniu prezydent Donald Trump, wydając dekret o wstrzymaniu wiz dla obywateli siedmiu państw, które nie radzą sobie ze zwalczaniem terroryzmu. Część zachodnich mediów, i polityków podniosło larum o prześladowaniach, łamaniu demokracji, praworządności itd. Ów lament zagłuszył inny dekret Trumpa. Mówiący o tym, że członkowie jego administracji pięć lat po zakończeniu pracy w Białym Domu mają zakaz pracowania w prywatnym biznesie i lobbowaniu na jego rzecz.
Trudno się dziwić politykom europejskim, że ci woleli skupiać się na dekrecie o wizach niż o zakazie pracy. Gdyż sami mają sporo za uszami, i wolą na ten temat milczeć. Także u nas ów dekret pominięto milczeniem, a szkoda, bo takie przepisy warto byłoby wprowadzić nad Wisłą. Być może wtedy np. były przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego nie pracowałby dla niemieckiego banku. Banku, na rzecz którego wydał swego czasu opinię, że ulżenie doli milionom Polaków, którzy wpadli w pułapkę kredytów zaciągniętych w frankach szwajcarskich, doprowadziłoby do krachu systemu bankowego w Polsce.
Jerzy Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ