Zgwałcona trójmiejska Temida

0

Fotograf-gwałciciel z Sopotu, którego trzy lata temu obszernie opisaliśmy w magazynie „Reporter”, został w 2014 roku wypuszczony z tymczasowego aresztu przez gdański sąd, choć wiele wskazywało na to, że może być seryjnym przestępcą seksualnym. W 2015 roku znów trafił za kratki, ale już z innymi zarzutami. Według skierowanego niedawno do sądu aktu oskarżenia, w ciągu 14 miesięcy pomiędzy aresztami zgwałcił trzy dziewczyny. Wymiar sprawiedliwości uważa, że wypuszczono go legalnie.

To jedna z tych spraw, która do czasu wyjaśnienia będzie hańbić trójmiejskie sądownictwo, bo kolejny raz wyłożyło się ono na seryjnych przestępstwach seksualnych. Aż dziw bierze, z jaką pobłażliwością traktowani są na Wybrzeżu gwałciciele i pedofile, oraz ci, wobec których są takie podejrzenia. Gdyby nie prokuratorzy z Bydgoszczy, w Trójmieście na budynkach niektórych sądów można by już wieszać tabliczki z reklamą treści „Przestępców seksualnych wypuszczamy wolno – satysfakcja gwarantowana”.

Szokujący proceder

Byłem pierwszym dziennikarzem, który dokładnie opisał jego działalność. Wiadomość o nim gruchnęła w 2013 roku, gdy pierwszy raz trafił do aresztu i media zaczęły nieśmiało wspominać o tym, że być może mamy do czynienia z „seryjnym”. Bo, o ile 52-letni Adam S. wylądował wówczas w areszcie z podejrzeniem wielokrotnego zgwałcenia 21-latki, to szybko wyszło na jaw, że zgłoszenia do śledczych w jego sprawie napływały już wcześniej. Do zarzutów dokooptowano m.in. incydent, gdy uciekała przed nim 17-latka. Jak zeznała, fotograf ją molestował.

Dwa podejrzenia o przestępstwa seksualne nie robiły jednak aż takiego wrażenia, jak pliki, które znaleziono na jego dyskach. Według tych dowodów miał na koncie co najmniej kilkadziesiąt nagich sesji zdjęciowych wykonanych dziewczynom. Śledczy nie byli nawet pewni, czy wszystkie uwiecznione tam nastolatki miały ukończony 15. rok życia.

Wizerunku ani danych osobowych Adama S. jednak nigdy nie upowszechniono. Przez to, ani nigdy nie ustalono wszystkich widniejących na fotografiach dziewczyn, ani nie ostrzeżono potencjalnych przyszłych ofiar.

Znane były jednak jego metody. Podając się za światowej sławy fotografa zwabiał dziewczyny na zdjęciowe sesje, obiecując im karierę modelek. A potem uprawiał z nimi seks. Według zeznań nie wszystkie jednak tego chciały. Z akt sprawy wyłaniała się wersja o mężczyźnie, który po zwabieniu do siebie zabierał komórki ofiarom, wykręcał klamki i przystępował do gwałcenia. Dlatego media okrzyknęły go mianem „fotografa – gwałciciela”.

– Mówił dziewczynom, że pracuje dla „Playboya” i ich zdjęcia trafią do tego pisma. Albo, że wyśle zdjęcia z ich wizerunkami na konkurs w Hiszpanii, co było oczywiście nieprawdą. Jak dotąd nie ustalono, aby komukolwiek w ogóle zapłacił za te sesje – wyjaśniała mi wtedy Teresa Rutkowska-Szmydyńska, kierująca wówczas prokuraturą w Pruszczu Gdańskim, a dziś szefowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Jak udało mi się wtedy ustalić, Adam S. pochodził z Sopotu. Mieszkał tam przez wiele lat, z wieloletnią partnerką i czwórką dzieci. To tam rozpoczął swoją fotograficzną karierę, choć do „światowej sławy” było mu bardzo daleko. Nie szło mu.

W końcu popadł w tarapaty finansowe, z partnerką się rozstał i trafił na wieś pod Gdańsk, do bloku z mieszkaniami socjalnymi. Sopot ma tam swój budynek, do którego zsyłani są głównie ci jego mieszkańcy, którzy nie mają gdzie mieszkać. Zgodnie z prawem miasto musi zapewnić im jakieś lokum. Więc zapewniło. Na wsi.

Fotograf miał tam swoją kawalerkę bez toalety. Obskurna klitka służyła mu za prowizoryczne studio, do którego zwabiał potencjalne modelki. Jeden z jego sąsiadów zdradził mi, że widział jego zdjęcia. Jak stwierdził, to była pornografia z młodymi dziewczynami.

– Mówił, że przyjeżdżają do niego córki. Najpierw przyjechała jedna w miniówce, więc wszyscy zrobiliśmy duże oczy, że pozwala się tak małolacie ubierać, ale machnęliśmy ręką – mówił inny z mieszkańców socjalnego budynku – Ale potem następna, następna, a potem jeszcze dwie naraz. I wtedy zaczęliśmy się zastanawiać: Ile on ma tych córek?

Sprawa w 2013 roku wydawała się być oczywista. Śledczy nieoficjalnie zdradzili mi, że starają się dotrzeć do kolejnych potencjalnych ofiar fotografa. Nikt nie przypuszczał, że ktoś pozwoli mu na to, by było ich więcej. „Trudno obecnie przypuszczać, by Adam S. znalazł się na wolności w ciągu kilku najbliższych lat” – podsumowałem ich działania w reportażu trzy lata temu.

Wypuścili „seryjnego”?

W lipcu 2015 roku do gdańskich śledczych zgłosiła się młoda ukraińska studentka. Twierdziła, że została zgwałcona w parku, w owianej złą sławą dzielnicy Brzeźno. Ta sprawa nie miałaby w sobie nic aż tak nadzwyczajnego, gdyby nie szczegóły historii, które zmroziły krew w żyłach policjantów. Studentka zeznała bowiem, że mężczyzna w wieku około 50 lat zabrał ją na sesję zdjęciową i wykorzystał. Mundurowi skojarzyli niemal natychmiast, o kogo może chodzić. Gdy dziewczyna rozpoznała na zdjęciu Adama S., wszystko było już jasne.

Te informacje szybko wyciekły do prasy i wywołały wściekłość mieszkańców Trójmiasta. Bo prawie nikt nie miał pojęcia, że słynny „fotograf – gwałciciel” był na wolności. Sądy, prokuratury i policjantów zalała fala pytań: „Kto go wypuścił?”, „Czemu nikt o tym nie informował?”, „Czemu wypuszczono go przed zapadnięciem wyroku?”, „Czy weźmiecie na siebie odpowiedzialność?”.

Z niewielu informacji, które ujawniono mediom, można było tylko dowiedzieć się, że prokuratorzy walczyli o przedłużenie tymczasowego aresztu dla fotografa, ale trójmiejscy sędziowie się na to nie zgodzili. Po zeznaniach Ukrainki co prawda trafił on znów za kraty, ale okazało się, że na wolności był już od maja 2014 roku. Wtedy już pozostało mieć nadzieję, że przez 14 miesięcy przebywania na wolności zdążył zrobić „sesję zdjęciową” tylko tej jednej dziewczynie. Nadzieja po raz kolejny udowodniła jednak, że jest matką głupców i trójmiejskiej Temidy.

 Szybko nie wyjdzie

Akt oskarżenia za czyny nieobjęte wcześniej rozpoczętym procesem skierowano do sądu w połowie sierpnia 2016 roku. Fortunnym zrządzeniem losu sprawa musiała zostać przeniesiona, gdyż jedna ofiara była spokrewniona z funkcjonariuszem trójmiejskiego wymiaru sprawiedliwości. Akta trafiły do uznanych oskarżycieli z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Południe. Tam do przestępstw seksualnych podchodzi się rzetelnie. Śledczy dokładnie analizują zeznania, również pod kątem tzw. czynów ciągłych, czyli budowania pewnych relacji z ofiarami, których skutkiem mogło być popełnienie serii przestępstw.

Adam S. został przez nich oskarżony o zgwałcenie czterech kobiet. Jeden przypadek to starsza sprawa, z 2011 roku: – Do tego czynu miało dojść na terenie Sopotu, w jednym z mieszkań – mówi Włodzimierz Marszałkowski, szef prokuratury Bydgoszcz-Południe.

Kolejnych zgwałceń fotograf miał już dopuścić się po opuszczeniu aresztu. Chodzi o dwie młode kobiety, które według aktu oskarżenia miał wykorzystać w Trójmieście i jego okolicach. Je też zwabiał na „sesje zdjęciowe”. Jedną z nich miał nawet nakłonić do założenia firmy i zaciągnięcia pożyczek.

Ukrainka była jego ostatnią „modelką”. Nikt nie wie, ile „sesji” chciałby jeszcze zrobić, gdyby ta dziewczyna nie zgłosiła się na policję.

– Nie pozwolimy mu wyjść na wolność, dopóki nie zapadnie wyrok – słyszę nieoficjalnie od śledczych.

Anonimowi sędziowie

 Przy postępowaniach karnych zarzuty uprawdopodabniają podejrzenie dokonania przestępstwa. Akt oskarżenia to już wyższa półka i bardzo poważna sprawa. Śledczy powinni mieć pewność tego, co zarzucają oskarżonemu. A ci z Bydgoszczy – poza zgwałceniem z 2011 roku – zarzucają Adamowi S. również zgwałcenie trzech dziewczyn po wypuszczeniu go na wolność w 2014 roku.

Jeśli sąd potwierdzi ich podejrzenia podczas wydawania wyroku, dojdzie do kompromitacji trójmiejskiego sądownictwa. Trzeba bowiem jasno stwierdzić, że wypuszczający fotografa trójmiejscy sędziowie musieli wiedzieć o jego skłonnościach i podejrzeniu, że mogą mieć do czynienia z seryjnym przestępcą seksualnym.

Gdy pytam o nazwiska tych sędziów, nie otrzymuję żadnej odpowiedzi. Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku tłumaczy mi tylko, że w 2014 roku uznano, że dalsze stosowanie tymczasowego aresztu nie będzie konieczne.

– Sąd uznał, że z uwagi na długi okres stosowania tego środka (9 miesięcy), zaawansowanie postępowania dowodowego, a także w związku z wątpliwościami co do materiału dowodowego – nie jest konieczne dalsze stosowanie najsurowszego środka zapobiegawczego – wyjaśnia Tomasz Adamski – W ocenie sądu nie było podstaw, by uznać, że oskarżony będzie w bezprawny sposób zakłócał bieg procesu. Celem środków zapobiegawczych jest właśnie zabezpieczenie prawidłowego toku postępowania karnego. Sąd zastosował w to miejsce dozór policji, uznając, że będzie to środek wystarczający.

 Mikołaj Podolski

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ