Wszystkie dzieci nasze są

0
225
Jak donoszą media zza zachodniej granicy, na niemieckich amatorów skoków w bok padł blady strach. A to za sprawą projektu uchwały, zapowiadającej, że mężatki, które urodzą dzieci z pozamałżeńskiego związku, będą musiały ujawniać nazwiska swoich kochanków.
Nowe przepisy mają podobno ułatwić mężom dochodzenie roszczeń finansowych od biologicznych ojców dzieci. Dodajmy, że mężatkom, które nie będą chciały tego zrobić, ma grozić kara grzywny lub więzienie. Zdawać by się mogło, że ów przepis jest całkiem logiczny. Jednak patrząc na historię Niemiec, mamy do czynienia z rewolucją. Tym bardziej, że od tej pory nasi zachodni sąsiedzi szczycili się swoją swobodą seksualną. Która została prawnie usankcjonowana w 1936 roku. Wtedy to powołano do życia Lebensborn (Źródło życia), czyli sieć ośrodków do „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi” poprzez odpowiednią selekcję kobiet i mężczyzn przeznaczonych do rozmnażania w ramach nazistowskiej polityki rasowej. Dodatkowo przy okazji wprowadzono zapisy, które nakładały np. na członków SS miesięczne kary pieniężne za brak dzieci. Niemieckie przepisy i tak należy uznać za dość łagodne w porównaniu z tymi, jakie po II wojnie wprowadzono w niektórych republikach byłej Jugosławii. Tam kary były nakładane na wszystkich mężczyzn, jeżeli choć jedna kobieta w danej wsi nie miała dziecka.
Ale z dziećmi mają kłopot nie tylko Niemcy, ale także niektórzy nasi politycy, a dokładnie byli opozycjoniści. Weźmy chociażby Zbigniewa Janasa, byłego przewodniczącego strajku w Ursusie w 1980 roku. Otóż ma on pretensję do prezydenta Andrzeja Dudy, że to prezydent, a nie on przemawiał podczas uroczystości z okazji rocznicy podpisania Porozumień Gdańskich. A to dlatego, jak stwierdził: „Ja byłem – w odróżnieniu od obu panów Dudów – przy podpisywaniu porozumień w sali BHP”. Co, jak należy rozumieć, ma sugerować, że Andrzej Duda zamiast stanąć do walki z komunistycznym reżimem, wolał się chować pod matczyną spódnicę. Oczywiście, patrząc na to z historycznego punktu widzenia, trzeba się z Janasem zgodzić. Problem polega jednak na tym, że – jako przeciwnik polityczny prezydenta – pominął jeden istotny szczegół. Otóż Andrzej Duda nie mógł być 31 sierpnia 1980 roku w stoczni im. Lenina, ponieważ urodził się 16 maja 1972 r. A tym samym tego dnia, gdy powstała Solidarność, miał zaledwie 8 lat. No chyba, że Janas jest wielbicielem Kim Ir Sena, a ten podobno w wieku 13 lat miał jakoby dowodzić Antyjapońską Armią Partyzancką. Parząc jednak na kwestię z drugiej strony – tak bardziej po ludzku – to jest mi Janasa żal. Gdyż chyba nie rozumie, że w Andrzeju Dudzie – a dokładnie w jego wyborze na prezydenta – dokonała się zmiana pokoleniowa w polskiej polityce. A to oznacza, że podobnie jak pokolenie II wojny światowej, tak i pokolenie Solidarności powoli, ale nieubłaganie odchodzi do historii. A to miejsce zajmują jego dzieci. Kto nie potrafi tego zrozumieć – nawet w przypadku tak zasłużonego opozycjonisty, jakim był Zbigniew Janas – wystawia siebie na śmieszność.
Jerzy Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ