O prezesie Olsztyńskiej Korporacji Budowlanej mówiło się na mieście, że to mocny człowiek z układami. I nagle policja poprowadziła go w kajdankach przez osiedle, gdzie mieszkał i które postawiła jego firma. Potem musiał długo walczyć o odzyskanie dobrego imienia.
 To zdarzenie było konsekwencją wcześniejszego, związanego z  transakcją, która do dzisiaj śni się prezesowi po nocach.
Oto przed południem – 23 października 2001 roku – Jerzy Jabłoński, pojechał w sprawach służbowych na jedno z osiedli w Olsztynie. W tym czasie jego żona Krystyna szykowała się do wyjścia. Wkładała czapkę, gdy usłyszała dzwonek domofonu.
– Poczta – przedstawił się mężczyzna. Otworzyła mu drzwi do bloku i po chwili posłaniec stanął w progu mieszkania. Nie znała go, a on wydawał się speszony. Powiedział tylko, że ma paczkę do pana Jabłońskiego i prosi o pokwitowanie.
Narkotykowa prowokacja
 – Zobaczyłam, że to przesyłka z warszawskiej firmy „Chemia”. Sądziłam, że mąż zamówił jakiś preparat do robót budowlanych, więc podpisałam kwit i położyłam paczkę na półce. Listonosz wyszedł, a po kilku sekundach znowu ktoś zadzwonił do drzwi – wspomina pani Krystyna. Kobieta sądziła, że listonosz o czymś zapomniał, ale zamiast niego zobaczyła przez wizjer czterech mężczyzn. Przemknęło jej przez myśl, że to napad. Była gotowa się bronić. Ale nieznajomi przedstawili się jako policja. Wpuściła ich dopiero, gdy zadzwoniła pod podany numer na komendę i uzyskała potwierdzenie, że to stróże prawa. Ich uwagę od razu zwrócił pakunek. Jeden z nich zapytał: Czy to pani paczka? Proszę otworzyć.

Gospodyni zachowała zimną krew: – Otwórzcie sami. Tam może być bomba – odparła. Policjanci wyjęli z paczki woreczek z białym proszkiem: Pani wie, co to jest? – zapytał któryś.

Nie wiedziała. Wtedy funkcjonariusz wykonał kilka prostych czynności i już miał pewność, że to amfetamina. Blisko 1,5 kg! Jej wartość w hurcie określono później na 40 tysięcy złotych, ale w detalu mogła kosztować dziesięć razy więcej. W środku paczki były dwie kartki. Na jednej napisano, że paczka została przesłana na żądanie, a na drugiej było zamówienie na towar z podpisem Jerzego Jabłońskiego.

Policjanci zaczęli szczegółową rewizję mieszkania. W tym czasie w drugim końcu Olsztyna, do wysiadającego z samochodu Jabłońskiego podeszło czterech innych policjantów prosząc, aby pojechał z nimi. W policyjnej celi przesiedział całą noc razem z pospolitymi przestępcami. Dawano mu do zrozumienia, że sprawa jest poważna.

– Rano dowiedziałem się, że chodzi o narkotyki. Wystraszyłem się, że to może moja osiemnastoletnia córka wzięła od kolegów jakiś pakunek na przechowanie. Nie wiedząc, co się w nim znajduje – wspomina Jabłoński. Ale gdy to on dostał zarzut rozprowadzania narkotyków, odetchnął z ulgą, bo o siebie był spokojny. Jednak pewność siebie stracił nazajutrz po lekturze lokalnej gazety, która ogłosiła kolejny sukces policji: zatrzymanie dilera narkotykowego Jerzego J.

Dopiero po długim śledztwie okazało się, że paczka była prowokacją, a podpis Jabłońskiego na zamówieniu został zeskanowany. Prawdopodobnie z firmowego dokumentu Olsztyńskiej Korporacji Budowlanej, znajdującego się w warszawskiej spółce konsultingowej zajmującej się pomocą w zarządzaniu i prowadzeniu interesów.

Milion za hektar

 Aby wyjaśnić, jak wszedł z kontakt z tą spółką, trzeba dodać, że w tym czasie budownictwo przeżywało poważny kryzys. Dosięgnął on również Olsztyńską Korporację Budowlaną, której prezes jako obrotny człowiek próbował ucieczki do przodu. I to prosto do stolicy. Oto dostał poufną wiadomość, że w gminie Warszawa Włochy znajduje się atrakcyjny teren, na którym chciał wybudować osiedle na 1300 mieszkań. Co prawda licząca 7,5 ha działka należała do ZPC „Ursus” i była przeznaczona pod inwestycje przemysłowe, ale można było to zmienić. Mieli mu w tym pomóc szefowie wspomnianej spółki konsultingowej, z którymi Jabłońskiego skontaktował znajomy.

Prezes tej spółki Robert B. i jego zastępca Ryszard T. zapewnili, że z przekwalifikowaniem terenu na cele mieszkaniowe nie będzie problemu. Podobnie jak z przetargiem. Ale postawili warunek: sprawą zajmie się ich firma, a Jabłoński nie będzie szukał kontaktu ani z gminą Warszawa Włochy, ani z kierownictwem „Ursusa”, który akurat znajdował się w fazie bankructwa. Prezesi spółki konsultingowej chcieli za pośrednictwo 7,5 mln zł. Czyli milion za hektar.

Jerzy Jabłoński przyjął warunki, bo obliczył, że i tak mu się opłaca. Cena wywoławcza gruntu ledwo przekraczała 9 mln zł. Po wybudowaniu mieszkań, OKB miała zarobić w sumie około 20 mln dolarów. Jednak najpierw trzeba było wygrać przetarg, na co konsultanci też mieli patent. Zdobyli pełnomocnictwo „Ursusa”, a gdy w maju 2000 roku w prasie ogłoszono przetarg, jako jedyny oferent zgłosiła się olsztyńska firma.

Wszyscy byli zadowoleni: OKB kupiła grunty, pośrednicy otrzymali 7,5 mln zł, a „Ursus” miał dostać pieniądze w dwóch ratach. Pierwszą – w wysokości 3 mln – korporacja zapłaciła po zaciągnięciu kredytu. Ale na drugą już zabrakło, gdyż bank nie chciał dać nowej pożyczki. Co gorsza, wkrótce kontrola skarbowa stwierdziła zaległości OKB wobec Skarbu Państwa.

I wtedy z pomocą znów pospieszył Robert B. Powołał się na swoje rozległe wpływy, tym razem u wojewody warmińsko-mazurskiego, który miałby wstrzymać egzekucję należności. Potrzebne było tylko formalne upoważnienie OKB. Warszawiak poprosił o pusty blankiet papieru firmowego, aby w razie potrzeby przeredagować pismo. Ucieszony prezes Jabłoński podpisał się na nim w ciemno. Ale gdy sprawa ugrzęzła w martwym punkcie, coś go tknęło i przeczucie kazało mu zweryfikować transakcję. Zajechał więc do Urzędu Gminy Warszawa Włochy, gdzie dowiedział się, że na zakupionym terenie ma przebiegać… trasa szybkiego ruchu! Nie mógł pojąć, co właściwie się stało. Przecież Robert B. przekazał mu kopię uchwały radnych gminy, w której o żadnej przelotowej trasie nie było wzmianki. Dopiero w trakcie późniejszego śledztwa wyszło na jaw, że ten fragment protokołu – dzięki użyciu nowoczesnej technologii – został perfekcyjnie wykasowany.

Jablonski3

Chciałem się szybko pozbyć tych trefnych gruntów, ale nie znalazłem kupca – wspomina. Tymczasem grunt zaczął się obsuwać pod całą korporacją. Urząd Skarbowy upomniał się o ponad 1,5 mln zł zaległych odsetek, a po należności zgłaszali się inni wierzyciele. Prezes poczuł się osaczony, zwłaszcza gdy jeden z banków nasłał na OKB komornika. W tej sytuacji Jabłoński złożył w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości.

 Przelotny smak wygranej

 Ale najgorsze było jeszcze przed nim. Olsztyńska prokuratura zarzuciła mu podejmowanie niekorzystnych dla firmy decyzji i sporządziła przeciw niemu akt oskarżenia, którego głównym wątkiem była  transakcja z „Ursusem”. Początkowo wydawało się, że spółka z Warszawy jest w porządku, bo Robert B. przedstawił pokwitowanie odbioru 6 mln 950 tys. zł, podpisane przez Jabłońskiego i jego zastępczynię. Twierdził na dodatek, że taką kwotę oddał Jabłońskiemu, który pieniądze wyniósł z siedziby ich spółki „w torbie po garniturze”. Ale szef Korporacji stanowczo zaprzeczył, by wystawiał takie pokwitowanie.

Dopiero w czasie konfrontacji Jabłoński doszedł do wniosku, że oszuści z Warszawy posłużyli się jego pokwitowaniem in blanco, przygotowanym rzekomo dla zredagowania pisma do wojewody. Intryga wyszła na jaw i prokuratura oskarżyła właścicieli spółki konsultingowej o wyłudzenie z korporacji blisko 7,5 mln zł. Warszawiaków aresztowano, lecz wkrótce wyszli na wolność po wpłaceniu 100 tys. zł kaucji. Natomiast nie udowodniono im, że stali za aferą narkotykową, która wybuchła dwa miesiące wcześniej.

Ale kto inny miał interes w przygotowaniu prowokacji? Już samo postawienie Jabłońskiemu zarzutu o handel narkotykami podważało jego wiarygodność, jako świadka oskarżenia szefów tej spółki. Po drugie – gdy w grę wchodzi posiadanie ponad 1,2 kg trefnego towaru, wobec dilera stosuje się bezwzględny areszt aż do procesu, w którym grozi mu kilka lat więzienia. Jaki byłby to wtedy świadek?

Na szczęście, ekspertyza podpisu wykazała, że jest skopiowany i prezes OKB  mógł wrócić do domu. Potem w tym wątku śledztwa został uznany za pokrzywdzonego. Sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

Niby wszystko się wyjaśniło, lecz wieść gmina już rozeszła się po całym regionie: oto prezes-aferzysta, który co chwila jest ciągany na policję. Gdy obrabowano w jego bloku pokątnego handlarza złotem, na komendę wzywano mieszkańców, aby zapoznali się ze zdjęciami podejrzanych. Jabłoński przeglądając kartotekę doznał szoku, gdy wśród nich zobaczył swoją podobiznę. Została tam umieszczona po aferze z narkotykami, powinna być usunięta po wyjaśnieniu prowokacji, ale nikt tego nie dopilnował.

Paradoksalnie, ta sama sytuacja z fotografią powtórzyła się rok później, gdy w osiedlowym sklepie z narzędziami jacyś menele ukradli wiertarkę. Jednemu z pracowników, wezwanemu na świadka, pokazano w komendzie zdjęcia różnych złodziejaszków. Wskazał na… prezesa OKB. Prokurator wydała decyzję o doprowadzeniu podejrzanego. Nastąpiła powtórka z afery narkotykowej. Policjanci przedstawili się przez domofon jako „poczta”. Tym razem córka Jabłońskich otworzyła im drzwi do klatki schodowej, a gdy zastukali do drzwi od mieszkania podeszła do nich pani Krystyna. Dowiedziała się, że policja przyszła po jej męża. Za jakiś czas nadjechał pan Jerzy, którego na oczach sąsiadów zakuto w kajdanki i przez całe osiedle poprowadzono na komisariat.

Trzy miesiące zajęło mu uzyskanie oficjalnych przeprosin z komendy. Z kolei wobec pani prokurator wyciągnięto ponoć konsekwencje dyscyplinarne, które jednak nie nadwerężyły jej kariery. W tym czasie majątkiem OKB zarządzała już pani syndyk masy upadłościowej. Za honorarium wynoszące 400 tysięcy złotych. Głównym jej zmartwieniem było zarobienie tej kwoty, a nie zaspokojenie roszczeń wierzycieli. Większość maszyn i budynków sprzedała za grosze i wtedy  Jabłoński znów podjął walkę, tym razem o odzyskanie reszty majątku. Uznał, że nawet po jego częściowej likwidacji jest w stanie spłacić wierzycieli i wrócić na rynek. Tym bardziej, że spisał z nimi ugodę, która zapewniała im 100 procent zwrotu należności. Sąd wstrzymał likwidację majątku OKB.

Oskarżeni o sfałszowanie podpisu Jabłońskiego szefowie spółki konsultingowej przebrnęli proces z wolnej stopy i nie ponieśli dużego uszczerbku, bo wyrok na nich był symboliczny, w zawieszeniu.

To raczej Jabłoński czuje się człowiekiem przegranym. Co prawda odzyskał część majątku i nawet jakiś czas jego firma działała na olsztyńskim rynku, ale dziś pozostały po niej tylko wspomnienia. Nadal walczy o odzyskanie pieniędzy włożonych w warszawską transakcję, ponosząc konsekwencję niefortunnej decyzji sprzed lat.

Marek Książek

Fot. Marek Książek

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ