Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego niektóre dziedziny życia w Polsce wciąż przypominają głęboki PRL, jesteśmy już przecież dwadzieścia siedem lat po transformacji. Choćby taki wymiar sprawiedliwości. Przykład pierwszy z brzegu: Jeśli ktoś był złym sędzią w sprawach karnych i sprzeniewierzał się zasadom obowiązującym w tym zawodzie, to jakim cudem będzie dobrze wykonywał swoją pracę, orzekając w sprawach cywilnych? Może mi to ktoś wytłumaczyć?

Mam tu na myśli sprawę słynnego już warszawskiego sędziego Wojciecha Łączewskiego. Tego samego, który skazał nieprawomocnie na 3 lata byłego szefa CBA, Mariusza Kamińskiego i uznał za winnych jego współpracowników. A potem przez pół roku pisał uzasadnienie wyroku. Tego samego, który – jak podawały media – chciał obalać obecny rząd, umawiając się na spotkanie z osobą podszywającą się na Twitterze pod Tomasza Lisa. I w końcu tego samego, który na swój własny wniosek, od początku maja nie orzeka już w procesach karnych, a ma teraz sądzić w sprawach cywilnych. Nietrudno się domyślić, iż na taką decyzję miała wpływ historia z „fałszywym Lisem”.

Sędziom nie wolno angażować się politycznie. Oczywiście, w tej sprawie trwa jeszcze postępowanie i niczego przesądzać nie można tym bardziej, że sam Łączewski uważa, iż padł on ofiarą prowokacji, bo na Twitterze ktoś się pod niego podszył. Jednak dziennikarze gotowi są zeznawać przed sądem, że konkretnego dnia o umówionej godzinie widzieli sędziego w miejscu, gdzie miał się spotkać z osobą podającą się za Tomasza Lisa. I jeśli to się potwierdzi, to wtedy nie ma przebacz.

Po prostu uważam, że do czasu wyjaśnienia sprawy Wojciech Łączewski w ogóle nie powinien orzekać. A jeżeli sędzia sprzeniewierza się zasadom obowiązującym w tym zawodzie, to powinien przestać ten zawód wykonywać.

A tak się dobrze zapowiadał. Niektóre media piały z zachwytu, kiedy sędzia Łączewski skazując kibiców piłkarskich Legii oskarżonych o antyżydowskie hasła, „zasądził im” m.in. obejrzenie filmu Izabeli Cywińskiej pt. „Cud purymowy”. To miała być dla nich taka lekcja wychowawcza. Film opowiada o trzyosobowej, antysemickiej rodzinie z Łodzi. Synek jest oczywiście kibolem propagującym antyżydowskie hasła. Pewnego dnia ojciec dowiaduje się, że jest Żydem. Dostaje spadek po wuju, jednak warunkiem jego przejęcia jest powrót rodziny do wiary swoich przodków.

Tak sobie myślę, że może sędziemu Łączewskiemu też powinno się zaaplikować do oglądania jakiś film, najlepiej dramat sądowy. Może coś z klasyki – „Dwunastu gniewnych ludzi” na przykład. Jeśli już oglądał, niech obejrzy jeszcze raz. Niech sobie przypomni, czym się zajmują  sądy, i nie uprawia więcej polityki.

Radosław Rzepka