Przed Sądem Rejonowym w Giżycku rozpoczął się w środę proces trzech oficerów WP oskarżonych m.in. o znieważenie i naruszenie nietykalności policjantów wezwanych do awantury w miejscowym hotelu. Sprawa toczy się za zamkniętymi drzwiami. - poinformowała Polska Agencja Prasowa.
Rozprawa trwała trzy godziny. Sprawa odbywa się z wyłączoną jawnością, ponieważ część zarzutów dotyczy zniesławienia i pomówienia. Takie procesy są jawne tylko na wniosek pokrzywdzonych, a w tym przypadku takiego wniosku nie złożyli.
Według prokuratury we wrześniu ub. roku trzej oficerowie 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej wywołali awanturę w miejscowym hotelu. Gdy jeden z nich zaatakował barmana, obsługa wezwała patrol złożony z policjantki i strażnika miejskiego. Żołnierze byli agresywni i stawiali opór, więc wezwano na pomoc drugi patrol - policjanta i policjantkę.
Podczas wyprowadzania awanturujących się mężczyzn, na korytarzu zaatakowali oni policjantów. Funkcjonariusze użyli gazu i zakuli awanturujących się w kajdanki. W czasie interwencji policjanci doznali urazów kończyn i żeber; trafili na zwolnienia lekarskie.
W czasie incydentu w hotelu żołnierze byli ubrani po cywilnemu, wszyscy byli pijani, mieli od 1,2 do 2 promili alkoholu w wydychanym powietrzu.
Kolejna rozprawa 20 kwietnia.
Tu nasz artykuł na ten temat
Pijackie manewry komandosów
Trzej wysocy rangą oficerowie Wojska Polskiego z Giżycka jedną pijacką awanturą zniszczyli swój żołnierski dorobek i przyszłość w służbie dla ojczyzny. Wśród nich jest syn generała Mieczysława B., dowódcy zasłużonego podczas międzynarodowej interwencji wojskowej w Iraku. Niewiele brakowało a sam zostałby generałem.
Przyjacielskie spotkanie trzech oficerów w luksusowym hotelu St. Bruno w Giżycku, w czwartkowy wieczór 15 września, nie zapowiadało skandalu. Czy to jednak bojowy duch unoszący się w krzyżackim zamku, gdzie mieści się hotelowa restauracja, czy też nadmierna ilość alkoholu tak pobudzały dzielnych wojaków, że w miarę opróżnianych kieliszków zaczęła się z nich wylewać żołdacka agresja.
Krewcy wojskowi
A nie byli to byle jacy oficerowie, jakich możemy jeszcze spotkać w polskich miasteczkach. 42-letni pułkownik Piotr B. był zastępcą dowódcy 15 Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej im. Zawiszy Czarnego, krew z żołnierskiej krwi, syn generała, który dowodził międzynarodową dywizją podczas interwencji wojskowej w Iraku. Wychowany w żołnierskim duchu Piotr B. sam już odbywał służbę w zagranicznych misjach, przeszedł szkolenie w Stanach Zjednoczonych i jego pierś zdobiły liczne medale. Niewiele brakowało, aby zdobył generalskie lampasy i godnie zastąpił znanego ojca. Pozostali dwaj uczestnicy biesiady też pełnili odpowiedzialne obowiązki w brygadzie; ppłk Arkadiusz K. był dowódcą 1 batalionu zmechanizowanego z Orzysza, zaś mjr Robert J. jego zastępcą.
Spotkanie oficerów w hotelowej restauracji zaczęło się niewinnie, od wypicia pół litra wódki. Dla mocnych żołnierskich głów to żadne wyzwanie. Zamawiali kolejne kieliszki, stając się coraz bardziej agresywni i uciążliwi dla gości oraz personelu lokalu. Gdy jeden z żołnierzy zaczepił barmana, obsługa chciała ich wyprosić, ale nie zaryzykowała straceńczej misji, bo panowie w mundurach wyglądali na wyszkolonych, rosłych komandosów.
Potrzebna była profesjonalna interwencja.
Oficerowie w kajdankach
Jednak zamiast Żandarmerii Wojskowej powiadomiono policję, a na miejsce przyjechał tzw. patrol mieszany – policjantka ze strażnikiem miejskim. Na widok trzech awanturników w mundurach, funkcjonariuszka wezwała posiłki, które dotarły w dwuosobowym składzie: policjanta i drugiej policjantki. Podczas wyprowadzania pijanych mężczyzn z sali oficerowie zaatakowali policjantów, którzy musieli użyć gazu i zakuć żołnierzy w kajdanki. Sami jednak doznali w tej akcji obrażeń, w tym urazów kończyn i żeber. Nie ucierpiał jedynie strażnik miejski, który podobno podczas interwencji dyskretnie usunął się w cień (niektórzy twierdzą, że zwyczajnie uciekł).
Policyjny patrol doholował oficerów do wojskowego aresztu w Bemowie Piskim. We krwi wszystkich trzech wykryto znacznie ilości alkoholu: od 1,2 do 2 promili. Następnego dnia zostali przewiezieni do giżyckiej prokuratury, która postawiła im zarzuty znieważenia i naruszenia nietykalności cielesnej policjantów i barmana, za co grozi im do 3 lat więzienia.
Skandal stał się głośny w całej Polsce, a stacje telewizyjne pokazały oficerów zasłaniających wstydliwie twarze przed kamerami. Natychmiast zareagowało dowództwo wojskowe na szczeblu krajowym i lokalnym. Krewcy „komandosi” zostali zawieszeni w pełnieniu służby, a płk Jarosław Gromadziński, dowódca 15 Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej opublikował oświadczenie potępiające ich zachowanie. Wszyscy przestali być żołnierzami macierzystej jednostki i zostali przeniesieni do „rezerwy kadrowej”. Wszczęto też procedurę wydalenia ich ze służby.
Za to pięć minut sławy miała ekipa policyjna interweniująca w hotelu. Z poszkodowanymi spotkał się wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński, dziękując im za odważną, pełną poświęcenia służbę. W obecności dowódcy 15 Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej zapewnił, że mimo tego incydentu współpraca policji z wojskiem układa się wzorowo. Jedni nadal będą polegać na drugich jak na Zawiszy i odwrotnie.
Tymczasem Prokuratura Rejonowa w Giżycku, co potwierdził nam jej szef Grzegorz Ryński, nie chciała się narażać na zarzuty stronniczości i wnioskowała o przekazanie postępowania do innej jednostki. Sprawa trafiła więc do Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, która – jak usłyszeliśmy od jej szefa Marka Czeszkiewicza – dopiero zapoznaje się z aktami.
Problemy z alkoholem miała także ojciec Piotra B. o czym pisaliśmy w ubiegłym roku. 3 marca 2015 roku generał Mieczysław B. prowadził samochód po pijanemu. W wydychanym powietrzu miał 1,3 promila alkoholu. Przyznał się do winy i złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze. Prokurator wnioskował o wymierzenie generałowi grzywny w wysokości 8,5 tysiąca złotych i zakaz prowadzenia samochodu na rok. Sąd przychylił się do tego wniosku.
Jak kara czeka jego syna, dowiemy się pewnie w tym roku.
Marek Książek













