Dożywocie dla kozła ofiarnego

1
2515

Mijają kolejne  lat od skazania Jana Ptaszyńskiego, mieszkańca wsi Michnówka na Białostocczyźnie, na dożywocie. Ptaszyński miał jakoby zamordować w Białymstoku swoją partnerkę i jej malutką córeczkę. Wszystko jednak wskazuje na to, że stał się typowy kozłem ofiarnym. Trochę w myśl stalinowskiej zasady: – Dajcie mi człowieka, a znajdzie się paragraf.

Śledczy – pod obstrzałem opinii publicznej – musieli szybko się wykazać. Tym bardziej, że w tym czasie w Białymstoku zamordowano inną młodą kobietę, dochodziło do niewyjaśnionych napadów na tle seksualnym, a poza tym nic tak nie wyzwala społecznego gniewu, jak zamordowanie 2,5 -letniego dziecka.

Efekt w zatrzymaniu potencjalnego sprawcy musiał być natychmiastowy. I był. Tego samego dnia – po odnalezieniu zwłok Marioli i Klaudii S. – 1 grudnia 2001 roku aresztowano w rodzinnej wsi Jana Ptaszyńskiego. Od kilku dni, pod nieobecność hospitalizowanego w Białymstoku ojca, pomagał matce w gospodarce. Pojechał tam na prośbę, choć wcześniej był umówiony z Mariolą i jej przyjaciółmi na zabawę andrzejkową.

Zwłoki w wannie

W sobotę, 1 grudnia 2001 roku, ojciec Marioli wraz z jej siostrą, zaniepokojeni brakiem – od czwartku 29 listopada – kontaktu z nią, pojawili się rano w bloku na ulicy Jurowieckiej. Drzwi od mieszkania były zamknięte i nikt nie odpowiadał na pukanie.

Do środka mężczyzna dostał się przez balkon, sąsiadujący z balkonem wynajmowanego przez córkę mieszkania. W korytarzu była krew. W łazience w wannie leżały zwłoki córki i wnuczki. Sprawę na początku przejęła Prokuratura Rejonowa w Białymstoku i wydała nakaz aresztowania Ptaszyńskiego. Od kilku miesięcy utrzymywał bowiem z Mariolą S. bliskie stosunki i według pierwszych zebranych informacji mógł być ostatnią osobą, która krytycznego dnia widziała Mariolę i Klaudię.

Podstawa zarzutu podwójnego zabójstwa była kuriozalna: dziecko nie akceptowało przyjaciela swojej mamy, a Jan uchodził w towarzystwie przyjaciół Marioli za dziwaka, bo… nie pił alkoholu, kawy i herbaty.

 – W dalszym ciągu pozostałem abstynentem. Kawy i herbaty też nie piję. Lubię za to słodycze – mówi mi podczas widzenia Ptaszyński.

Sprawę po dwóch tygodniach przejęła Prokuratura Okręgowa w Białymstoku. W tym czasie śledczy z komendy wojewódzkiej policji biorą się ostro za oskarżonego. Jan Ptaszyński: – Mówili mi, żebym się przyznał. A ja do nich, że jak mam się przyznać do czegoś, czego nie zrobiłem? I tak przez kilka przesłuchań. Potem zmienili front i w inny sposób próbowali mnie podejść: „Pojedziemy na wizję lokalną i spróbujemy zrekonstruować fakty”, proponowali. Przecież mnie tam w tym czasie nie było i nie wiem, co się wydarzyło, próbowałem protestować. „Nie szkodzi, pokażemy ci co masz robić”, przekonywali. Mieli mnie za kompletnego durnia. Kusili niższym ewentualnym wyrokiem.

Prokurator umarza

Ptaszyński miał początkowo szczęście. Prokurator Marek Żendzian z Prokuratury Okręgowej w Białymstoku natrafił na szereg wątpliwości w toku prowadzonego postępowania i nie znalazł żadnych twardych dowodów przesądzających o winie oskarżonego.

Postanowieniem z 22 kwietnia 2002 roku uchylił mu areszt. Zaś w uzasadnieniu umorzenia śledztwa z 13 marca 2003 roku napisał m.in.: „Dotychczasowe czynności – zarówno procesowe, jak i operacyjne nie pozwalają na przyjęcie, iż sprawcą zbrodni jest Jan Ptaszyński. Wprawdzie jego alibi sprowadzające się do tego, że po odwiezieniu Marioli i Klaudii S. pojechał do siebie na wieś, nie do końca było realnie sprawdzalne, ale brak jest wyraźnego ewentualnego motywu działania. W tej sytuacji negatywne opinie biegłych dotyczące pozostawionych przez sprawcę śladów linii papilarnych i DNA włosa pozwalają na przyjęcie, iż Jan Ptaszyński nie popełnił zarzucanych mu zbrodni. Przeprowadzone do chwili obecnej czynności nie pozwoliły jednak na wytypowanie innej osoby, której można by przypisać popełnienie zabójstwa Marioli i Klaudii S. Dalsze czynności byłyby powieleniem poprzednich, gdyż wszystkie dotychczas ujawnione poszlaki sprawdzono. Dlatego umorzenie śledztwa po ponad 15 miesiącach od jego wszczęcia jest zasadne. Mimo umorzenia śledztwa sprawa nadal pozostaje w zainteresowaniu organów ścigania do czasu wykrycia sprawców lub przedawnienia”.

Zatrzymajmy się na moment przy zabezpieczonych na miejscu przestępstwa śladach. Ekspertyzy dotyczące krwawego śladu linii papilarnych oraz DNA włosa wyjętego z ręki dziecka, jednoznacznie potwierdzały, iż nie należą one do Jana Ptaszyńskiego, ale do zupełnie innego mężczyzny!

Naciski na biegłą

Jan Ptaszyński cieszył się wolnością. Nie ukrywał się, nie wyjechał za granicę, opiekował się matką. Sprawcy podwójnego morderstwa nadal pozostawali nieznani. Ojciec Marioli był jednak ciągle przekonany o winie niedoszłego zięcia. Zaskarżył skutecznie decyzję o umorzeniu śledztwa, do akcji wkroczył nowy prokurator i 6 czerwca 2004 roku pojawił się akt oskarżenia.

Wcześniej Ptaszyński ponowne ląduje w areszcie tymczasowym, ale Sąd Apelacyjny w Białymstoku nakazuje natychmiastowe zwolnienie. Rusza ponowny proces. Ptaszyński stawia się na każdej rozprawie i cały czas odpowiada z wolnej stopy.

– Nie pojawiły się żadne nowe okoliczności, nie odkryto nowych dowodów, poza wziętymi z sufitu opiniami biegłych, że mam jakoby zaburzoną osobowość i że nadmiernie pociąga mnie płeć przeciwna. Nie badano mnie, do tych wątpliwych wniosków doszli po kilku rozmowach ze mną – żali się Ptaszyński Ale jakie to dowody na moją winę? Że zabiłem kobietę, z którą planowałem przyszłość?

Proces toczył się ekspresowo, jak na polskie warunki i przy takim ciężarze gatunkowym. 19 września 2005 roku zapadł wyrok dożywotniego pozbawienia wolności. Opinia publiczna jest żądna krwi.

 – Gdyby nie zamordowano dziecka, nie byłoby takiej presji, ani na sąd, ani na policję – mówi Ptaszyński – Musieli kogoś znaleźć i znaleźli, rujnując mi życie.

Mecenas Iwona Zielinko, która od kilku lat bezpłatnie broni Ptaszyńskiego, przypomina jeden znamienny fakt tuż przed wydaniem wyroku: – Na panią doktor Marię Rydzewską-Dudek, biegłą sądową, próbowano wywierać naciski. Dała temu wyraz w specjalnym oświadczeniu. O fakcie wyznaczenia jej w charakterze biegłej, dowiedziała się w formie telefonicznej od pracownicy sekretariatu Sądu Okręgowego w Białymstoku. Podczas tej rozmowy dowiedziała się, że sprawa dobiega końca i, że „dobrze by było, gdyby to były trzy dni wstecz przed znalezieniem zwłok”. Chodziło jej o czas popełnienia zbrodni. Na uwagę biegłej, że najpierw chyba powinna zapoznać się z aktami, a potem dopiero wydać opinię, usłyszała, że „mamy do czynienia z człowiekiem bardzo niebezpiecznym, którego profil psychologiczny wskazuje, że to sadystyczny zabójca na tle seksualnym”.

Ta sama biegła potem stwierdziła, że w przypadku denatek nie mogło być mowy o utopieniu, a to znalazło się w akcie oskarżenia i że na dodatek morderstwa mogły być popełnione zaledwie dzień przed odnalezieniem zwłok! W tym czasie Ptaszyński od kilku dni przebywał w Michnówce i między innymi oddawał mleko do skupu, na co są oświadczenia sąsiadów i spółdzielni mleczarskiej.

Jak zamykam oczy, to czasami myślę, że dobrze by było w ogóle się nie obudzić./ fot. Arkadiusz Panasiuk

Zimą w łazienkach kaloryfery grzeją non-stop i tym samym proces rozkładu zwłok następuje bardzo szybko. Doktor Rydzewska-Dudek miała jeszcze jedną wątpliwość. Po analizie akt doszła do wniosku, że sprawców mogło być dwóch. Co ciekawe, gdyby jednak stanęło na jednym mordercy, to z obrażeń Marioli S. wynikało, że oprawca musiał być leworęczny. Jan Ptaszyński jest praworęczny.

 Inni mężczyźni

Żeby opowiedzieć o wszystkich błędach w tym śledztwie, zlekceważonych wątkach, powierzchownych opiniach biegłych, nie starczyłoby miejsca nawet w kilku „Reporterach”. Mnie, np. bardzo zaciekawili inni mężczyźni w życiu Marioli S. To zarówno jej były mąż i ojciec dziecka, były, nieżyjący już narzeczony, który ożenił się z jej siostrą (zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w Niemczech). I wreszcie Wojciech R., chłopak jej serdecznej przyjaciółki, oraz mężczyźni, przełożeni i koledzy z banku, w którym pracowała.

Zacznijmy od Wojciecha R. Mariola bardzo go nie lubiła. Odradzała ten związek swojej przyjaciółce. R. nadużywał alkoholu, miał opinię furiata, zdradzał. Bywał w jej wynajmowanym mieszkaniu.

Po morderstwie w jego portfelu narzeczona odkryła karteczkę, w której opisywał ze szczegółami, co  robił trzy dni przed tragedią. Jak jej tłumaczył, musiał mieć alibi na wypadek zatrzymania przez policję!

Mało tego, awanturował się i wzbraniał przed pobraniem odcisków palców. Kilka miesięcy potem – nie mówiąc nic nikomu – opuścił kraj i zerwał wszelkie kontakty. Prawdopodobnie do dziś przebywa w Belgii. Prokuratura nigdy nie wydała za nim listu gończego. R. nigdy nie pojawił się na żadnej rozprawie przed sądem, który skazał Ptaszyńskiego. To pewnie drobiazg, ale na miejscu zbrodni, na stole policja zabezpieczyła butelkę po wódce. To był ulubiony gatunek Wojciecha R.

Mariolę i Klaudię wspierała matka pracująca w Belgii. Od niej miała pieniądze na czynsz, dostawała też paczki. Mimo to nie na wszystko starczało, zwłaszcza na lekarstwa dla siebie i dziecka. Obie chorowały. Mariola na zaawansowaną cukrzycę, u Klaudii zaś zdiagnozowano padaczkę.

Od jakiegoś czasu pracowała w niedużym banku. Według zeznań jej kolegów z pracy, ciągle prosiła ich o pożyczki. Dwaj z nich, dyrektorzy firmy, chętnie dawali pieniądze. Tyle że pojawiły się niezweryfikowane informacje, iż nie czynili tego bezinteresownie, że mogło za tym iść świadczenie usług seksualnych.

Ptaszyński twierdzi, że słyszał takie plotki, a nawet raz widział, jak spod banku wyjeżdżała samochodem z nieznanym mężczyzną. – Rozmawiał pan z nią potem o tym? – pytam.

– A po co miałem pytać? Nie jestem typem zazdrośnika – odpowiada pewnie Ptaszyński.

Czy mogło dojść do kłótni z nieznanymi kochankami? Czy w jej rezultacie doszło do nieplanowanej zbrodni? Ani na zabezpieczonym ubraniu Ptaszyńskiego, ani w jego własnościowym mieszkaniu nie znaleziono najmniejszych śladów krwi denatek. Przypomnijmy, że inna krew znaleziona na miejscu zbrodni należała do nieznanego mężczyzny. Kto zatem zabił i dlaczego?

Noce bez snów

 Warto też wspomnieć o kompletnie zignorowanym zeznaniu sąsiadki, z 2 grudnia 2001 roku, mieszkającej „drzwi w drzwi” z Mariolą S. Do protokołu powiedziała ona m.in.: „Początkowo, gdy paliłam papierosa, na klatce i w ogóle w bloku było cicho. Po jakimś czasie, a tego jestem pewna – w tym mieszkaniu numer 11 usłyszałam hałas, tak jakby coś upadło na podłogę, był to krótki huk. Instynktownie pomyślałam, że to chyba upadł taboret, hałas był podobny do upadającego taboretu. Natychmiast po tym huku usłyszałam nagły płacz dziecka, dobiegał on spod 11. Było to dosłownie świszczenie, zanoszenie się, był to gwałtowny wybuch płaczu. Poznałam po głosie, że jest to na pewno dziecko tej lokatorki spod 11. Gdy to dziecko płakało, to zdziwiłam się, bo nie usłyszałam głosu matki, która powinna uspokoić dziecko. Pomyślałam sobie: Boże, mogłaby ona wziąć na ręce to dziecko, je przytulić, uspokoić”.

Według kobiety, a tego była pewna, krzyk dziecka usłyszała wieczorem 29 listopada. Przypomnijmy raz jeszcze, że Ptaszyński był w tym czasie w swojej rodzinnej wsi.

Jan Ptaszyński wyczerpał wszystkie sądowe ścieżki odwoławcze. W tej chwili tylko prezydent RP mógłby go ułaskawić. Chyba, że pojawiłyby się jakieś nowe okoliczności w tej sprawie, albo sumienie nie dałoby spokoju nieznanemu sprawcy lub sprawcom.

– Co panu się śni, panie Janku? – pytam.

 – Nic. Jak zamykam oczy, to czasami myślę, że dobrze by było w ogóle się nie obudzić. Szkoda mi tylko matki. Pewnie tylko  dzięki niej jeszcze żyję.

Arkadiusz Panasiuk

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ