GEHENNA MAŁEGO ANIOŁKA

0
2773
 Śliczna jak aniołek, 2,5 roczna dziewczynka, przeszła piekło. Najprawdopodobniej została zgwałcona, miała popękany i opuchnięty odbyt. Ewidentnie dziewczynka była też bita. Przeszła gehennę.
 Kasia piszczała przez sen. Tak było każdej nocy, którą spędziła u mnie. Czuwałam przy niej, aby od razu, gdy tylko zapłacze wziąć ją w ramiona i ukoić – opowiada zdruzgotana matka chrzestna dziewczynki. Jaka bestia mogła się czegoś tak potwornego dopuścić?

Opowiadał o pożyciu z młódką

 Mała popegeerowska wioska pod Hrubieszowem, przy granicy polsko – ukraińskiej. Zofia J., 32 –letnia upośledzona umysłowo kobieta, bez środków do życia, kilka lat temu wprowadziła się do domu starszego od niej o 45 lat Kazimierza B.

Mężczyzna za Polski Ludowej przyjechał z Podkarpacia pod Hrubieszów i rozpoczął tam pracę w PGR. Zofia chodziła do specjalnej szkoły ogrodniczej, ale nie potrafi czytać ani pisać. Jest niewydolna życiowo. Poznali się podczas podróży autobusem i ponoć zakochali. Publicznie opowiadali o swojej wielkiej miłości, której owocem miał być pierworodny syn.

Gdy w 2005 roku na świat przyszedł malutki Zenio, gazety rozpisywały się o tej specyficznej parze. Szczęśliwy, 69–letni wówczas, tatuś z dumą i bez skrępowania opowiadał o swoim pożyciu z młódką. Kobieta nie potrafiła powiedzieć, co ją tak ujęło w mężczyźnie, który mógłby być jej dziadkiem. Pewnie szukała innego życia, z dala od rodziców i rodzeństwa. Przypadek sprawił, że znalazła Kazimierza.

Od tamtego czasu niemal co dwa lata na świat przychodziło kolejne dziecko (do czasu opisywanych przez nas zdarzeń wychowywali dwójkę: 2,5-letnią Kasię i 9-miesięcznego Franka, trójka starszych jest w rodzinach zastępczych lub w adopcji). Formalnie do ojcostwa przyznawał się 77 – letni dziś Kazimierz B., dając maluchom swoje nazwisko.

Teraz jednak wątpliwości co do tego, kto jest ojcem, ma nie tylko sam zainteresowany. Kobieta bowiem nie stroniła od innych mężczyzn. A ci dobrodusznie opowiadali staruszkowi o poczynaniach jego konkubiny. Ten w nerwach – a jest pomimo wieku i choroby nóg bardzo porywczy – nie raz zamachnął się na Zofię.

– Ale cóż mu się dziwić – mówią na wsi – Ta Zośka to nierób jest. Nawet nie potrafi gotować, kąpać i karmić dzieci. Tylko za chłopami się ugania.

Ale on też nie lepszy. Na wsi ma prawie samych wrogów. Chyba z wszystkimi się już zwaśnił. Jest agresywny, strzeże domu jak twierdzy. Poza kompanami od kieliszka, nikogo tam nie wpuszcza. Wyjątkiem jest matka chrzestna Kasi, która pomaga rodzinie finansowo, no i opieka społeczna.

Uciekła do kochanka

1

 Najprawdopodobniej tragedia rozegrała się w połowie maja. Wówczas Zofia wzięła dzieci i wyprowadziła się do najbliższego sąsiada Adama W., starego kawalera mieszkającego tylko z matką.

– Powiedziała mi, że już mnie nie chce, bo zakochała się w Adamie – żali się Kazimierz B., który pomimo wszystko nadal darzy konkubinę silnym uczuciem.

– Zośka chodź do domu! – krzyczał za nią, gdy odeszła do kochanka. Ale ona ani myślała wracać. To na dobre rozsierdziło i tak wyrywnego Kazimierza. Na podwórku przed domem Adama W. rozpętał awanturę. Ktoś zadzwonił na policję. Na miejsce przyjechali mundurowi razem z pracownicami Gminnego Ośrodka Opieki Społecznej z Dołhobyczowa.

Pomimo, że warunki w domu W. były straszne, opieka społeczna nie zrobiła nic. Pracownice GOPS uznały, że nic złego się nie dzieje, zostawiły zaniedbane dzieci na pastwę wyrodnej matki, i sobie poszły.

Po dwóch dniach Teresa L., matka chrzestna malutkiej Kasi, która ma dom w pobliżu zabudowań Kazimierza B., wzięła dziewczynkę do siebie.

– W niedzielę, w zielone świątki (19 maja) raniutko przyszedł do mnie Kazik. Mówił, że Zośka uciekła z dziećmi do Adama i że nie wie, co się z dziećmi dzieje. Poszłam więc do Adama i zamarłam. Smród, bród. Zobaczyłam Kasię w brudnej koszulinie, pampersiku, ważącym może ze 2 kilogramy. Powiedziałam do Zośki, że wezmę dziewczynkę na jakiś czas do siebie, aż uporządkują swoje sprawy. Zgodziła się od razu. Powiedziała mi, że Kazik uderzył ją w buzię i dlatego uciekła – relacjonuje Teresa L., z zawodu bioenergoterapeutka, na stałe mieszkająca w Jarosławiu.

Kobieta wzięła maleństwo tak jak było – w tym mokrym pampersie, zawinęła w koc i zawiozła do siebie do Jarosławia. Dziewczynka była strasznie zapuszczona.

– Pupinę miała czerwoną, opuchniętą, odparzoną, odbyt popękany. Robiłam okłady z oleju rycynowego. Początkowo nie zorientowałam się, że coś tam mogło być robione. Dopiero córka, gdy zobaczyła tą pupinę, zwróciła mi uwagę, że Kasieńka prawdopodobnie została zgwałcona – opowiada zdruzgotana kobieta.

Na tą okoliczność może wskazywać również ogromny lęk dziewczynki przed mężczyznami.

– Co noc budził mnie jej przeraźliwy pisk „Nie bubu, nie bubu”. Kasia przez sen krzyczała. Czuwałam przy niej całą noc, a gdy tylko zapłakała, brałam ją od razu na ręce, tuliłam do serca. Po godzinie było to samo. Koszmar wracał. I tak 3-4 razy w nocy – Teresa L. ze łzami w oczach opowiada o horrorze, jaki przeżywało to dziecko. – Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś mógł coś tak potwornego zrobić.

Panicznie boi się mężczyzn

 Teresa L. ruszyła niebo i ziemię. Dzwoniła na Niebieską Linię, prosiła „zadzwońcie do Dołhobyczowa, chociaż ich postraszcie. Tam przecież zostało maleńkie dziecko, 9 –miesięczny chłopczyk”.

W końcu dodzwoniła się też do GOPS w Dołhobyczowie.

– Mówię, zostawiliście dziecko w tych slamsach na cały weekend. Jak można, już taka znieczulica tu panuje? Gdy powiedziałam, że zgłosiłam to gdzie trzeba, to dopiero się obudzili z tej bezczynności i pojechali na miejsce – dodaje.

Co by było, gdyby nie interwencja Teresy L.? Czy dzieci przebywałyby nadal w tym brudzie, narażone na „zły dotyk”? Nie wiadomo.

W każdym bądź razie, Zofia – razem z 9 -miesięcznym synkiem – trafiła do Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia w Tyszowcach, który poinformował Prokuraturę Rejonową w Hrubieszowie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zofia przebywała tam od 22 do 31 maja. W tym czasie Teresa L. oddała dziewczynkę matce. Kasia spędziła ponad tydzień w Jarosławiu. Wyciszyła się, poznała co to miłość, czułość i opieka.

Teraz dzieci przebywają w rodzinie zastępczej o charakterze Pogotowia Opiekuńczego w Alojzowie.

– Ewidentnie dziewczynka była bita. Przeszła gehennę. Gdy zobaczyła mojego męża, doznała spazmów, prawie że weszła w ścianę, tak się go przestraszyła. Przeraźliwie boi się mężczyzn. Przez tydzień nie mogła spać. Wybudzała się, krzyczała. Ta trauma zostanie jej na lata – załamuje ręce Izabela Mendoń, prowadząca rodzinne Pogotowie Opiekuńcze – Dlaczego nikt do tej pory nie interweniował. Przecież w tej rodzinie były już sygnały, że może być coś nie tak.

Sąd Rodzinny w Hrubieszowie ma zdecydować o dalszym losie dzieci.

– Sprawa toczy się z urzędu w przedmiocie ograniczenia lub pozbawienia rodziców praw do dzieci. W 2011 r. sąd już orzekł ograniczenie ich władzy rodzicielskiej nad córką (Kasią). Wówczas został ustanowiony kurator sądowy  – tłumaczy Andrzej Lachowski, prezes Sądu Rejonowego w Hrubieszowie.

A Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie wszczęła śledztwo w kierunku art. 200 i 207 Kk (obcowanie płciowe z małoletnim i znęcanie się fizyczne i psychiczne nad rodziną).

– Zofia J. złożyła pismo do GOPS, że doznaje przemocy ze strony konkubenta. Twierdzi, że dziewczynka była krzywdzona przez 77 – letniego ojca poruszającego się o kuli. Nie wspomina nic o innym mężczyźnie. Ale oczywiście będziemy brać pod uwagę również ten wątek – wyjaśnia Artur Kubik, szef Prokuratury Rejonowej w Hrubieszowie. Wcześniej Zofia J. nigdy nie skarżyła się na przemoc ze strony konkubenta. Dziewczynka ma 2,5 roku. Na razie nie zdecydowaliśmy się na jej przesłuchanie. Będziemy wnioskować o opinie biegłych psychologów. Obecnie zeznają świadkowie, którzy przebywali w domu tej rodziny.

W związku z zaburzeniami zachowania, Zofia J. przebywa na leczeniu psychiatrycznym w szpitalu w Radecznicy.

Opieka zawiodła

 Od kilku lat było wiadomo, że rodzina ta jest niewydolna wychowawczo, że prędzej czy później może tam dojść do tragedii. Bezduszni urzędnicy z opieki społecznej nie zrobili nic, by pomóc maleńkim dzieciom. Gdyby nie interwencja Teresy J., maleństwa pewnie nadal tkwiłyby w brudzie i nędzy – skazane na wegetację i zły dotyk. Dlaczego, gdy dzieciom działa się krzywda, nikt nie reagował?

Zofia i jej konkubent mieli ograniczone prawa rodzicielskie w stosunku do dziewczynki. Kilka lat wcześniej sąd pozbawił ich praw do trójki starszych dzieci, które trafiły do adopcji lub rodzin zastępczych.

– Rodzina była monitorowana przez kilka instytucji ze względu na pewne dysfunkcje. Rodzice starali się jak umieli sprostać zadaniu, nie chcieli żadnej pomocy. Poza tym nikt nie wnosił, że dzieciom dzieje się krzywda. Matka i ojciec w naszej ocenie mieli pozytywny stosunek do dzieci – odpiera zarzuty Maria Staszczuk, kierownik GOPS – Uważam, że dobro dzieci nie było zagrożone. Dziewczynka była czysta, spokojnie spała. A każdy ma prawo mieszkać, jak chce. Jest to prywatna sprawa każdej osoby. O ,,chorobie” dziewczynki poinformował pracownika socjalnego ojciec dziecka.

Co ciekawe, kierowniczka GOPS stoi na stanowisku, że „życie poszczególnych ludzi nie powinno być przedmiotem publicznego zainteresowania”: Nie jest w interesie społecznym informowanie o ludzkich ułomnościach z chęci wywołania skandalu czy afery.

Najwidoczniej urzędnikom zabrakło nie tylko empatii ale również …pamięci. Otóż w 2005 r. rodzina miała sprawę karną w sądzie, zakończoną wyrokiem skazującym w zawieszeniu. Gdy ich pierworodny syn miał cztery miesiące, w ciężkim stanie (z urazem czaszki, krwiakiem mózgu oraz złamanym podudziem) został przewieziony do Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Zofia J. twierdziła, że obrażenia chłopca są wynikiem tego, iż dziecko wypadło jej z rąk, gdy zahaczyła rękawem o klamkę. Obrażenia u dziecka zostały wykryte dzięki czujności sąsiadki. Kobietę zaniepokoił fakt, że chłopiec ciągle śpi. Zadzwoniła więc na pogotowie do Hrubieszowa. Gdy lekarze przyjechali na miejsce, dziecko było w głębokiej śpiączce. Natychmiast trafiło do szpitala w Hrubieszowie, a po przeprowadzeniu szczegółowych badań, zostało przewiezione na oddział intensywnej terapii do Lublina. Lekarze zaniepokojeni stanem chłopca, zawiadomili prokuraturę w Hrubieszowie, która wszczęła śledztwo.

Po takich zdarzeniach, rodzina powinna – właśnie w interesie społecznym – być pod ścisłym nadzorem odpowiednich służb, w tym opieki społecznej.

Aneta Urbanowicz

 Dla dobra małoletnich dzieci, personalia rodziny oraz jej sąsiada zostały zmienione.

 

fot. archiwum autorki

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ