SPORTOWE ŻYCIE GANGSTERÓW

1

 Wielu polskich gangsterów ma w swoich życiorysach epizody związane ze sportem. Bywa też, że sportowcy stają się gangsterami. Takich historii można by przytoczyć wiele.   Najlepszym tego przykładem jest Jarosław Sokołowski. Osławiony „Masa” trenował w swoim życiu: zapasy, boks, judo, karate, hokej i kulturystykę.

 Tuż przed swoim aresztowaniem Jarosław Sokołowski zapewniał mnie: – Wkrótce usłyszysz, że pobiłem rekord świata.

Ponad 40 lat podnoszenia ciężarów sprawiło, że w wieku 55 lat „Masa” był  w stanie pochwalić się nieoficjalnym (jeszcze) rekordem świata w wyciskaniu sztangi leżąc wynoszącym 270 kilogramów.

Czy kiedykolwiek chciałeś się sprawdzić w sportach siłowych? Czujesz się w tym najlepszy – drążyłem temat.

– Raz przygotowywałem się do mistrzostw świata. Wycisnąłem wtedy 270 kilogramów – na tamten moment przebijałoby to rekord świata o 40 kilogramów. Problemem było jednak to, że nie dostałem karty zawodniczej, a wyciskacze, którzy polecieli na te mistrzostwa, zostali zdyskwalifikowani, przez co rok później nie startowali w ogóle. Obecnie mam człowieka, który zadeklarował się, że mnie w to wprowadzi i wystąpię na najbliższych zawodach. Pobicie obecnego rekordu to dla mnie tylko i wyłącznie kwestia dopuszczenia do startu. Ponieważ ciężar, który jest rekordem w mojej kategorii, jest ciężarem o 20 kilogramów niższym niż ten, z którym ćwiczę na co dzień. Wkrótce usłyszysz, że pobiłem oficjalny rekord świata, to niewątpliwie nastąpi – zapewniał „Masa”.

Bokserzy i gangsterzy

 Gdy przed laty Jarosław Sokołowski stanął przed sądem, sędzia zapytała go: – Skąd u pana taki dziwny pseudonim, „Masa”?

– Ze sportu, z trenowania na siłowni – wyjaśnił rzeczowo podsądny – Bo ja nigdy w życiu nie robiłem rzeźby, wyłącznie masę.

Od młodych lat Sokołowskiemu imponowali pruszkowscy zakapiorzy.

– Choćby „Barabas”, to był niesamowicie wielki i silny facet. Ja obserwowałem go z podziwem i widziałem, że dziewczyny tylko się oblizują na jego widok. Nic dziwnego, że też chciałem być taki jak on: wielki i umięśniony. Mieć pieniądze i dziewczyny. Mogłem do tego dojść przez sport, solidnie trenując.

Nie jest przypadkiem, że gangsterów ciągnęło do sportu, a sportowców do gangów. W latach dziewięćdziesiątych te dwa środowiska nawzajem się przenikały.

Jednym z najsłynniejszych sportowców uwikłanych w relacje z gangsterami miał być rzekomo Andrzej Gołota. Tak między innymi zeznał Masa: „Pershing miał wtedy grupę, która ściągała haracze z agencji towarzyskich, pubów, komisów samochodowych i kantorów. W skład grupy wchodził także Andrzej Gołota”. Gołota miał ponoć być przyjacielem Andrzeja K. pseudonim „Pershinga”, który często gościł na walkach w USA, rzekomo niektóre z nich były ustawiane. Tak przynajmniej zasugerował „Masa”, i w efekcie bokser wytoczył mu proces, który były gangster przegrał.

Andrzej Gołota zaprzecza, aby z „Pershingiem” łączyły go przyjacielskie relacje. „Znaliśmy się i tyle. Był kibicem. Bardzo wiernym. Bywał na moich walkach. Miałem wielu takich. Nikogo nie pytałem, czym zajmuje się w życiu” – stwierdził bokser w rozmowie z Robertem Małolepszym z Polska The Time.

Gdy pytam „Masę”, którzy sportowcy pracowali dla Pruszkowa, stara się unikać nazwisk, choć nie brakowało podobno wśród nich medalistów nie tylko Polski, Europy ale i olimpiad.

– Latali dla nas choćby rugbiści Skry Warszawa, potem ich postawiliśmy na bramce Pod Sosnami. Byli też zapaśnicy z kadry Polski, czy utytułowani bokserzy. Sporo utalentowanej młodzieży sportowej otoczyliśmy opieką – śmieje się.

Mafia zapaśników

 Jak się wydaje „Pruszków” od początku swej działalności mocno zapatrzył się w podmoskiewski „Sołncew”, skąd wywodzi się jedna z najsilniejszych w świecie organizacji przestępczych nazywana Sołncewską Bracią. Powstała przy udziale byłych funkcjonariuszy KGB wspieranych kadrą GRU. Tam też na czele mafii stanęli byli sportowcy.

W późnych latach osiemdziesiątych Sołncewem rządziły rywalizujące ze sobą grupy przestępcze. W przestępczym półświatku dochodziło wówczas do krwawych potyczek. Zwycięsko z tych starć wyszli byli zapaśnicy: Siergiej Michajłow pseudonim „Michaś” oraz Wiktor Awerin o ksywie „Awera”. Obaj panowie zaprzyjaźnili się jeszcze w szkole sportowej. Po jakimś czasie do „zarządu” gangu dołączył kolejny utytułowany zapaśnik – Wiaczesław Iwankow, znany szerzej jako Japończyk. To głównie jemu, pomijając udział służb, mafia sołncewska zawdzięczała swoją sławę i potęgę.

Oczywiście w pewnym momencie drogi „Sołncewa” i „Pruszkowa” musiały się skrzyżować. Do zawarcia umowy o współpracy między obiema organizacjami przestępczymi doszło w kwietniu 1992 roku w warszawskim hotelu Marriott. Rosjan reprezentowali gangsterzy o ksywach: „Dima”, „Rusłan” i „Atarik”, zaś ze strony „Pruszkowa” porozumienie parafowali: „Kajtek”, „Kiełbasa”  oraz „Żaba”.

Zawarte wówczas przymierze nie przewidywało niestety wymiany sportowej między „Pruszkowem” a „Sołncewem”. Zatem nie będziemy się w nie wgłębiać. Warto jednak na chwilę zatrzymać się przy jednym z rosyjskich uczestników tego spotkania.

– „Atarik”, to bardzo barwna postać – stwierdza „Masa” – Przez długi czas zbierał haracze od rosyjskich hokeistów, których najpierw sam sprzedał do najlepszej ligi świata NHL. To działo się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Kandydował nawet na ministra sportu Rosji. Jego przypadek dobrze ilustruje pozycję rosyjskiej mafii w tamtejszym społeczeństwie. Tam gangster mógł zostać ministrem.

– A u nas nie było podobnie? Przypadek ministra sportu Jacka Dębskiego potwierdza związki gangsterów i polityków – zauważam.

– Ale on nie tyle był gangsterem, co czerpał z gangsterskich pieniędzy i interesy z nami robił – wyjaśnia „Masa”.

Kulturyści i rugbiści

Wiele wspólnego ze sportem miał także Nikodem S., znany jako „Nikoś”. Dla nikogo nie było tajemnicą, że „Nikoś” ma wpływowych przyjaciół także w milicji i prokuraturze. Tak doskonałe układy wyrobił sobie, będąc sponsorem i działaczem Lechii Gdańsk.

Sport i dobre samochody, to były jego największe pasje. Jako kilkunastoletni chłopak kopał piłkę w gdańskim Stoczniowcu, jego trenerem był wówczas Wojciech Łazarek. Namiętnie grywał także w ping-ponga. Brał nawet prywatne lekcje u jednego z najwybitniejszych polskich tenisistów stołowych.

Później w życiorysie sportowym „Nikosia” pojawiło się rugby, przez pewien czas grał w drużynie Lechii. Nie był jednak wybijającym się zawodnikiem. W końcu został kierownikiem sekcji piłki nożnej Lechii.

Dla swojego klubu był gotów zrobić wiele. Według relacji osób związanych ze sportem rozdawał działaczom i piłkarzom drogie samochody. Taki miał gest. Zwykle jednak sponsorował łapówki dla zawodników przeciwnych drużyn. Ponoć, gdy pewien bramkarz sam sobie strzelił gola, to dostał za to od Nikodema S. premię. Ale przed wypłatą musiał go pocałować w sygnet. „Nikosia” wyraźnie kręciły klimaty z „Ojca chrzestnego”. Zresztą nie jego jednego w tym środowisku.

Po wejściu Lechii do pierwszej ligi i rozegraniu meczu z Juventusem Turyn w Pucharze Zdobywców Pucharów, „Nikoś” chodził w glorii i chwale. Wówczas otrzymał tytuł i odznakę „Zasłużony dla Gdańska”.

Znacznie lepiej od niego radził sobie na boisku z jajowatą piłką Andrzej J., bardziej znany pod pseudonimem „Holland”. To były filar reprezentacji Polski w rugby oraz Lechii Gdańsk.

Jego błyskotliwa kariera sportowa zakończyła się latem 1999 roku. Wówczas policja zatrzymała go w jego pubie „Holland” w Gdańsku Wrzeszczu. Był zamieszany w gigantyczny przemyt narkotyków, chodziło o 111 kilogramów kolumbijskiej kokainy.

Imprezy rugbistów Lechii – za czasów Hollanda – obrastały w legendy. Ponoć duża część drużyny ostro wciągała kokę, a po ich imprezach w miejscowych knajpach trzeba było solidnie czyścić stoły z białego proszku.

Niektórzy gdańscy rugbiści zajmowali się w latach 90. kradzieżą samochodów na Zachodzie i przemycaniem ich do Polski.

Z zamiłowania do sportu słynął Wiesław K., znany szerzej jako Schwarzenegger lub Arni. Był jednym z najbardziej znanych w latach dziewięćdziesiątych gangsterów w Trójmieście. Wysoki, muskularny, stały bywalec siłowni, ćwiczył także karate. Jednak jego pasją była kulturystyka, której zawdzięczał swój przydomek. Słynął też z niesłychanej brutalności, gdyż łatwo i często sięgał po broń. Ogólnie miał opinię niebezpiecznego wariata.

Swoją karierę zawdzięczał „Nikosiowi”, który najpierw zrobił go swoim ochroniarzem, a potem człowiekiem do specjalnych zadań. Jednak Arni zapragnął się usamodzielnić, co nie trwało jednak zbyt długo. Gdy go zastrzelono, nie miał jeszcze trzydziestki. W maju 1997 roku siedemnaście kul z pistoletu maszynowego podziurawiło jego ciało, przed blokiem na gdańskiej Żabiance. Mówiło się, że za zleceniem zabójstwa stał „Nikoś”, który zginął w niespełna rok później.

Sportowe epizody

 Sportowe epizody pojawiły się też w życiu Andrzeja K., pseudonim „Pershing”, który w młodości był zapaśnikiem i piłkarzem „Ożarowianki” w Ożarowie Mazowieckim. Ale sukcesów, jak wiadomo, w sporcie nie osiągnął.

Podobnie jak Marek Cz., znany bardziej jako „Rympałek”, który jak wielu innych chłopaków z Pragi Południe szukał swojej drogi życiowej na salach treningowych. „Rympałek” uprawiał zapasy i boks, to sprawiło, że trafił na bramki do warszawskich klubów. Chociaż jako sportowiec zapowiadał się ponoć dobrze, to doskwierał mu notoryczny brak pieniędzy. Zatem szukał alternatywnych źródeł zarobkowania. W końcu stworzył własną bandycką ekipę, która w efekcie dobiła do pruszkowskich. W strukturach pruszkowskiej mafii osiągnął więcej niż w sporcie.

Sportowe epizody mieli w swoich życiorysach także pomniejsi watażkowie grup podlegających pruszkowskiej mafii. „Gąsior”, stojący na czele sochaczewskiej delegatury „Pruszkowa”, był utytułowanym judoką, między innymi mistrzem Polski,

Ciekawą postacią był „Łysy” z Żyrardowa. Ten utalentowany bokser zawiadywał grupą przestępczą w tym mieście, a jednocześnie był prezesem miejscowego klubu sportowego. Zetknąłem się z nim w 1996 roku. Wówczas w Expressie Wieczornym opisałem najazd, jakiego banda „Łysego” miała dokonać na jeden z barów w Mszczonowie. W dniu publikacji do redakcji zadzwoń „Łysy” i zaprosił mnie do Żyrardowa, aby przedstawić swój punkt widzenia. Spotkanie miało miejsce w barze, który wcześniej rzekomo najechano. Wraz z „Łysym” pojawiło się tam około 20 młodych mężczyzn, w tym osławiony „Spławik”, ważący blisko 300 kilogramów. To miała być swego rodzaju konferencja prasowa, w czasie której wyraźnie zastraszeni właściciele lokalu stwierdzili, że żadnego najścia i wymuszenia haraczu nie było. Gdy o tym rozmawialiśmy, w drzwiach knajpy pojawili się prokuratorzy ze Skierniewic, którzy przyjechali prowadzić śledztwo w tej właśnie sprawie. Jednak Łysy na moich oczach po prostu ich wygonił, a śledczy grzecznie go posłuchali i odjechali. Bokser starał się mnie przekonać, że ma swoistą misję do spełnienia i robi wiele pożytecznego dla lokalnego społeczeństwa.

– Wyciągam chłopaków z patologii i zachęcam ich do uprawiania sportu – mówił, oprowadzając po swojej willi, w której wybudował salę do koszykówki i profesjonalny ring bokserski. – Gdyby tylko policja chciała ze mną współpracować, to szybko zaprowadzilibyśmy porządek w Żyrardowie – snuł marzenia.

 Policja miała jednak inny punkt widzenia na działalność „Łysego”, i ten wkrótce wylądował w więzieniu. Swoje odsiedział, i dziś, o ile wiem nadal zajmuje się trenowaniem bokserskich talentów. Jest legendą Żyrardowa.

„Łysy” ma w swoim dorobku także rolę w filmie „Klincz” z 1979 roku. Zagrał tam oczywiście boksera. Rzecz dzieje się w klubie Znicz, w miasteczku, które nieco przypominało Pruszków (…)

Takich postaci wśród polskich gangsterów było jeszcze wielu. Do niektórych z nich jeszcze wrócę w „Reporterze”.

Janusz Szostak

Jest to fragment  książki „Masa. Jak zostałem bestią. Od pakera do gangstera”, która jest do nabycia w księgarniach i Empikach KSIĄŻKA TU DO KUPIENIA

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ