Zabójstwo po dancingu

0

Najpierw obserwowała gości w restauracyjnym barze, potem wybrała ofiarę. Udawała, że uwodzi, gdy tymczasem spokojnie przyglądał się temu jej narzeczony. Gdy orkiestra przestała grać, mężczyzna zabrał ich do swojego mieszkania. Tym samym podpisał na siebie wyrok.

– Do tego zdarzenia doszło jesienią 1985 roku, w Piekarach Śląskich – relacjonuje tamte wydarzenia Roman Hula, obecnie podinspektor w stanie spoczynku, były Komendant Wojewódzki Policji w Katowicach i Komendant Główny Policji w Warszawie. – Pracowałem wtedy w katowickiej milicji, w sekcji zabójstw i włamań. W godzinach przedpołudniowych zadzwonił do mnie kolega z kryminalnego w Piekarach Śląskich, abym jak najszybciej przyjechał, gdyż do komisariatu III w Bytomiu przy ul. Rostka zgłosił się do dyżurnego jakiś siedemnastolatek i opowiadał, że jego siostra zamordowała kogoś w Piekarach Śląskich. I, że ma zamiar jeszcze zabić teściową oraz kogoś innego z rodziny.

 Gryzło go sumienie

 17-letni Janusz W., uczeń zawodówki, który zjawił się na komisariacie w Bytomiu, przyznał dyżurnemu, że był świadkiem  zabójstwa i wszystkiego, co się potem wydarzyło.

– Chłopak sprawiał wrażenie przerażonego. Gdy o tym opowiadał, trząsł się ze strachu, co było po nim widać – wspominał dyżurny – A potem dodał jeszcze, że dlatego zgłosił się sam na milicję, gdyż gryzło go sumienie i nie chciał już, aby jego siostra kogokolwiek więcej zamordowała.

Milicyjna ekipa ruszyła z 17-latkiem w kierunku Piekar Śląskich, pod wskazany przez chłopaka adres. Na miejscu był już Roman Hula.

– W samym centrum Brzezin, dzielnicy Piekar Śląskich, znaleźliśmy się w dwupiętrowej, starej, przedwojennej kamienicy. Na piętrze było mieszkanie, w którym miało dojść do zabójstwa.

Drzwi nie były zamknięte. Gdy milicjanci weszli do środka, na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało, że mogło tam dojść do mordu.

– Sporej wielkości pokój z kuchnią, zdawał się czysty. Meble były odkurzone, wyczyszczony dywan, zaścielona wersalka, stół przykryty  czystą  ceratą. Także w kuchni był porządek, wszystko  umyte, poukładane, w szafce czyste naczynia –  wspomina Hula.

Milicjanci spojrzeli na 17-latka, a ten podszedł od razu do wersalki i ją otworzył. W miejscu przeznaczonym na pościel, leżały zwłoki 32-letniego Zbigniewa Z., górnika z kopalni „Andaluzja” w Piekarach Śląskich.

– Ciało w wersalce był słusznego wzrostu, leżało tam ponad dwa dni. Wokół było sporo zakrzepłej krwi. Głowę denat miał całą rozbitą. Okazało się, że mieszkanie wynajmował od właścicielki kamienicy. Kilkanaście miesięcy wcześniej, przyjechał z kieleckiego do pracy do kopalni.

Milicyjni technicy przystąpili do oględzin pokoju i kuchni, które już się tak czyste przestały wydawać. Funkcjonariusze nie mieli jedynie sprawczyni zbrodni i jej narzeczonego. Oboje gdzieś się zaszyli. Za to 17- letni Janusz W. zaczął opowiadać ze szczegółami o tym, co zaszło.

Noc w „Hawanie”

 – 15 października moja siostra, jak zawsze,  każdej soboty i niedzieli, wybierała się wieczorem z narzeczonym do „Hawany”. W sobotę zabrałem się razem z nimi – zeznawał chłopak.

W latach 80. ubiegłego wieku „Hawana” należała do ekskluzywnych lokali na Śląsku i była jednym z najlepszych – o ile nie jedynym – tego typu  w Bytomiu. W „Hawanie” zawsze można było zabawić się, popić i potańczyć na dancingu. Tam zawsze było tłoczno, a szczególnie w soboty i niedziele. Trudno było znaleźć wolne miejsca bez wcześniejszej rezerwacji. Kręcił się tam również lokalny półświatek, gdyż łatwo było o szybki zarobek.

 W tamtych czasach najwięcej na Śląsku zarabiali górnicy, i to oni bywali najczęstszymi gośćmi podobnych lokali. Również Zbigniew Z., górnik dołowy, potrzebował takiej rozrywki i alkoholu. Dlatego często zaglądał do „Hawany”.

Przyszedł tam także tego dnia. I jego los, na krótko, przeciął się z drogą 25- letniej Jolanty W. Ona bawiła się tu w towarzystwie Zenona K., 30-letniego narzeczonego. Towarzyszył im Janusz, brat Jolanty W.

To ze stolika, przy którym siedzieli, Jolanta przyuważyła Zbigniewa Z. Mocno wstawiony chybotał się na barowym stołku, po przeciwnej stronie sali. I fundował alkohol wszystkim znajdującym się w pobliżu kobietom.

– Moja siostra nie wytrzymała i podeszła do niego – zeznawał potem nastolatek – Ten facet siedział podparty łokciami o ladę. A  ona zaczęła go podrywać.  On nie ukrywał, że się mu spodobała, i wymachiwał pieniędzmi wyciągniętymi z portfela. Bardzo się to podobało mojej siostrze.

Narzeczonemu Jolanty W.  nie przeszkadzało, że odeszła od jego stolika. Zenon K. sam zresztą był jeszcze żonaty i dopiero szykował się do sprawy rozwodowej. Jak mówił, kochał Jolkę, a Jolka kochała jego. Co wcale nie przeszkadzało jej w nawiązywania różnych znajomości dla pieniędzy. Właśnie w bytomskiej „Hawanie”, gdzie nigdy nie miała problemu z zarezerwowaniem stolika, szło jej najlepiej. Miała specyficzny urok i nienaganną figurę. Ta szatynka mogła podobać się każdemu mężczyźnie, a szczególnie górnikowi dołowemu, gdy dobrze popił. Nie była jednak notowana w milicyjnych kartotekach. Nigdzie też nie pracowała.

– Siostra długo siedziała obok tego mężczyzny przy barze. Obserwowałem ją, jak się przymilała, ocierała o niego, kładła dłonie na jego udach. A on się śmiał, podchmielony, balansując ciałem na siedzeniu. Narzeczonemu mojej siostry, który od czasu do czasu też spoglądał w tamtą stronę, w niczym to nie przeszkadzało. Tylko popijał spokojnie wódkę z literatki i zdawało się, że czeka, co z tego wszystkiego wyniknie.

Wtedy Jolanta W. postanowiła ze Zbigniewem Z. podejść do ich stolika.

– Gadali, pili i górnik stawiał, i pili więcej, i kelner tylko zmieniał zastawę przy naszym stoliku.

Siedemnastolatek przyznawał, że dlatego tak wszystko dobrze sobie przypomina, bo tego dnia odrzucało go jakoś od wódki. Nie pił alkoholu, tylko towarzyszył w „Hawanie” siostrze i jej narzeczonemu. Za to jadł, to co Zbigniew Z. stawiał.

– Górnik trzymał jeszcze w rękach z kilka banknotów tysiączłotowych, a potem moja siostra wyciągnęła go kolejny raz na parkiet i tańczyli, przytulając się do siebie. On właściwie wisiał na siostrze, tak był zalany.

Jeszcze kilka  godzin siedzieli w „Hawanie”. Gdy tylko trzeźwieli, znowu pili. Wódka, koniaki, wina – lały się obficie, bo Zbigniew ciągle stawiał. Jolanta nie ustępowała w piciu górnikowi. A kiedy zrobiło się już dobrze po pierwszej w nocy, orkiestra przestała grać i goście zaczęli z wolna się rozchodzić,  szepnęła Zbigniewowi Z. do ucha: – To może pojedziemy do ciebie?

– Dobry pomysł – wybełkotał i jeszcze zabrał ze sobą z baru parę dodatkowych butelek markowego alkoholu. Potem, na jego koszt, ruszyli taksówką do Piekar Śląskich. Jechali z dwadzieścia minut.
Krwawa balanga
 – Po drodze, w znajomych bytomskich melinach, przed którymi zatrzymywaliśmy się, siostra zakupiła za pieniądze górnika dodatkową wódkę. No i w jego mieszkaniu impreza rozpoczęła się jakby od początku – opowiadał Janusz.
Znowu pili na umór. Z wyjątkiem nastolatka, który nadal nie czuł się zbyt dobrze i jedynie przyglądał się dalszym wydarzeniom.
Zbigniew Z. powyciągał z lodówki wszystko, co tylko miał w domu. Na stole, oprócz alkoholu znalazła się wędlina, sery i ogórki. Wszystko, co potrzebne na zagrychę było. Gospodarz nastawił adapter i rozpoczęła się balanga. Tańczyli i pili. Butelek ubywało i Jolanta W. zaczęła się nawet zastanawiać, gdzie w pobliżu jest jakaś melina, żeby dokupić wódki. Ale nie znała melin w Piekarach.
 – Wtenczas, ze zmęczenia, narzeczony siostry przysnął przy stole.
17-latek przypomniał sobie, jak jego siostra próbowała wyciągnąć od Zbigniewa Z. pieniądze, czy by jej nie dał. Ale górnik nie podejmował tego tematu, i wtedy w trakcie tańca Jolanta W. odsunęła się od Zbigniewa Z.: – Nie obmacuj mnie! – krzyknęła.
– On próbował się do niej przytulić, i zaczął się nawet do niej dobierać, kiedy go odepchnęła, wrzeszcząc, żeby dał jej spokój. Ocknął się wtedy narzeczony Joli, i rzucił się na Zbigniewa Z. Wywiązała się bójka. Właściwie nierówna walka, bo Zenon K. doszedł już do siebie i zaczął tamtego okładać pięściami. Po jednym z ciosów, górnik padł na podłogę.
Wówczas  Jolanta W. rzuciła się narzeczonemu z pomocą. Ze stojącym w kuchni przy ścianie, rozpadającym się krzesłem, ruszyła na leżącego Zbigniewa Z., który nie bardzo już wiedział, co się z nim dzieje.
Janusz W. zeznał, że jego pijana siostra rozbiła krzesło na głowie górnika, który od razu stracił przytomność. Tego było jej jednak za mało. Ze wściekłości wyrwała z krzesła nogę i tłukła nią w leżącego, aż niemal zupełnie rozwaliła mu głowę. Polała się krew, a Zbigniew Z. wyzionął ducha. Śmierć górnika nie od razu dotarła do Jolanty, trącała jeszcze nogą ciało, aby ocknął się i wstawał.
– Ja bałem się siostry i nie ruszyłem się z miejsca, patrząc jedynie, co ona wyprawia – relacjonował  milicjantom chłopak – Bo, jak wpadała w szał, po pijaku na dodatek, to lepiej się było do niej nie zbliżać.
Potem, według Janusza, jego siostra i jej narzeczony nieco doszli do siebie i wtedy dopiero się przerazili, tym co zrobili.
– To narzeczony siostry wpadł na pomysł, aby ciało ukryć w wersalce.

Było sporo krwi, znajdowała się nie tylko w kuchni, sami też roznosili ślady po posadzce, dywanie i całym mieszkaniu. Zaczęli zatem wszystko sprzątać, myć, wycierać z krwi meble, czyścić całe mieszkanie, aby wyglądało, jakby się tutaj nic nie wydarzyło. Pomagał w tym sprzątaniu mieszkania również Janusz W.

– Co miałem począć, siostra by mnie zatłukła?

Skoro już się znaleźli w mieszkaniu, to splądrowali je całe w poszukiwaniu pieniędzy: – W szafie pomiędzy bielizną znalazła ponad 5 tysięcy złotych i zabrała je, postanowiła, że skoro tak się już stało, to się zabawimy, bo nic nam innego teraz nie pozostało.

 Jolka, Jolka zapomnij

 Nad ranem, przez nikogo niezauważeni, cicho wyszli z mieszkania i pojechali tramwajem do Bytomia, a stamtąd pociągiem do Katowic, i dalej – przez Kraków – do Zakopanego. W Zakopanem spacerowali po Krupówkach i –  za pieniądze Zbigniewa Z. – wynajęli pokój, i znów pili… Odwiedzali restauracje i knajpy. Pod Giewontem pił też siedemnastoletni Janusz, bo poczuł się już lepiej. I z tego, co opowiadał potem milicji, od czasu imprezy w „Hawanie” nie było praktycznie chwili, aby trzeźwieli. Gdy trzeźwieli, to od razu pili, aby zapomnieć o zabójstwie Zbigniewa Z.

– Sumienie gryzło. Na dodatek siostra postanowiła, że zabije jeszcze teściową Zenona K., aby jej narzeczony szybciej dostał rozwód. I jeszcze planowała zabić, dodatkowo, kogoś z rodziny narzeczonego. W tym celu zakupiła nawet dwa długie noże kuchenne. Nie wytrzymywałem już tego – wyznał Janusz W.

Ze dwa dni pili w stolicy Tatr,  i co mieli, to przepili.  Trzeba było wracać, bo zostało już tyle, co na bilety powrotne do Bytomia.

– Siostra jednak wygospodarowała jeszcze trochę grosza.

I znowu pili – w pociągu do Katowic. I wyglądało na to, że nie było chwili, żeby byli trzeźwi.

roman_hula_
Roman Hula dopadł zabójców górnika/ fot Roman Roessler

Tymczasem milicjanci nie próżnowali: – Technicy milicyjni znaleźli sporo krwi w szczelinach pomiędzy meblami i w fugach kafelków pod kuchennymi szafkami w mieszkaniu Zbigniewa Z. Sporo krwi znajdowało się też w szczelinach nie do końca wymytej posadzki – przypomina Hula.

Rozpytywano także w miejscu zamieszkania zamordowanego. Zbigniew Z. nie miał jednak zbyt wielu sąsiadów. Na parterze i na drugim piętrze nikt nie mieszkał. Zaś staruszka, która miała mieszkanie naprzeciwko zamordowanego górnika, tragicznej nocy dobrze spała i nic podejrzanego nie słyszała.

Milicjanci nie zastali Jolanty i Zenona w ich mieszkaniach. Od dnia powrotu z Zakopanego nigdzie ich nie widziano.
Zadekowani na melinie
 Milicjanci penetrowali bytomskie lokale, mieli przy sobie broń. Wpadali do melin w różnych dzielnicach miasta, przeczesując je od jednej do drugiej, bez skutki jednak. Melin było w mieście mnóstwo. We wszystkich dzielnicach znajdywali podobne obrazki: – Zapłakane, brudne, pałętające się samopas dzieci. Wszędzie bród, smród i ubóstwo. Tam, gdzie wchodziliśmy, tylko seks i kopulujące ze sobą pary na brudnych tapczanach. No, i płynący wszędzie strumieniami alkohol. I „babcie”, sprzedające domowej roboty bimber.
Milicjanci w końcu otrzymali sygnał, że w rejonach Rozbarku w Bytomiu widziano dwójkę poszukiwanych: –  Około godziny 22 zapukaliśmy do meliny, w suterynie od podwórza, od strony ul. Żeromskiego. Radiowóz stał już po drugiej stronie ulicy. Paskudne miejsce, aż strach było cokolwiek dotykać. Smród i zalepione wszystko brudem, i ściany, drzwi do mieszkań. Wszędzie cuchnący zaduch i wilgoć – opowiada Roman Hula.
Nikt nie odpowiadał na pukanie milicjantów.
– Wkroczyliśmy tam, wyważając drzwi.
Drzwi wyfrunęły z futryny i ukazały się leżące na materacach pary. W różnych miejscach pokoju stały butelki z napoczętym bimbrem i po wódce. Puste butelki po alkoholu walały się po czymś, co było niegdyś posadzką. I znowu pozostawione samopas dzieci „rozrywkowych” rodziców biegały po pomieszczeniach.

Obudzone przez milicjantów towarzystwo, coś tam gadało bełkotliwie, podczas gdy Hula poszedł do kuchni. Tam, przy piecyku, pod zamkniętymi drzwiami do drugiego pokoju, z podkulonymi nogami i z głową opuszczoną na kolana siedział, jakby na czatach, brudny, brodaty jegomość. Na pytanie o Jolantę W. i Zenona K., uniósł głowę i odparł: – A kto pyta?

Milicja!

– O Boże, całe szczęście! – krzyknął z nieukrywaną radością w głosie i tym kompletnie zaskoczył milicjantów, gdyż nie spodziewali, że ktoś  może ich oczekiwać w takim miejscu. Okazało się, że Jolanta W. z narzeczonym kazali mu tych drzwi pilnować, nikogo nie wpuszczać, bo go inaczej zabiją!

– A ja chcę żyć, panie władzo!

Natychmiast wyważyli drzwi: – W środku leżała na dywanie kompletnie naga Jolanta W. – opowiada Hula – Była pijana. Upojony alkoholem, z rozłożonymi nogami leżał obok, na starej wersalce, jej narzeczony, również nagi.

Jolanta nie dała się dobudzić. Dopiero Hula nachylił się nad jej uchem i ryknął dość głośno: – Wstawaj Jola, jedziemy do „Hawany”!

Poskutkowało. Zareagowała. I się obudziła. Otworzyła oczy i uniosła głowę. Uśmiechnęła się do ubranego po cywilnemu Huli. Nie krępowała się, z wolna zaczęła się ubierać i było widać, że dochodziła do siebie. Myślała, że jacyś koledzy przyszli po nią. Dopiero na  podwórzu, gdy od lamp zrobiło się nieco jaśniej, spojrzała zdziwiona na Hulę.

 – A ty, kim właściwie jesteś?

– Z milicji, przyjechaliśmy po ciebie!

W tym samym momencie dostrzegła stojący po przeciwnej stronie oznakowany wóz milicyjny, i nogi się pod nią ugięły.

– Padła na kolana i zaczęła płakać, trzeźwiejąc do reszty.

Wyprowadzono również narzeczonego. On nie mógł tak szybko dojść do siebie.

Roman Hula nie śledził dalszych losów tych ludzi: – Dostali zapewne po 12 lat odsiadki. A brat Jolanty W.? Otrzymał na pewno mniejszy wymiar kary, gdyż się sam zgłosił, i był jedynym świadkiem oskarżenia. Z drugiej jednak strony uczestniczył w jakimś sensie w tej zbrodni, i się jej nie przeciwstawił.

Roman Roessler

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ