Coraz więcej szczegółów tzw. afery reprywatyzacyjnej w Warszawie wychodzi na światło dzienne. Poprzednia ekipa, która dość skutecznie chroniła swoją wiceprzewodniczącą partii, dziś straciła wpływy i dalej chronić nie może. Nie na próżno więc Hanna Gronkiewicz-Waltz rozpoczęła histeryczną krucjatę w sprzyjających mediach, że PiS zrobi z nią to samo, co z Barbarą Blidą. Typowa zasłona dymna w stylu „łapać złodzieja” – gdy nie ma się czystych rąk.

Działania ekipy związanej z obecną prezydent Warszawy mogły doprowadzić do strat miasta na miliardy złotych. Oprócz jednak szkody dla Warszawy, ogromną krzywdę przyniosły jej mieszkańcom, którzy mają nieszczęście mieszkać w „reprywatyzowanych” budynkach.

Na czym w skrócie polega przekręt? Oto zgłasza się do miasta kancelaria adwokacka z roszczeniem w imieniu rzekomego właściciela jakiegoś gruntu lub kamienicy w bardzo atrakcyjnej lokalizacji. Urzędnik wyraża zgodę i nieruchomość jest zwracana. To nic, że zdarzały się przypadki, gdy rzekomy właściciel musiałby mieć 120 lat. Odpowiednik polskiego notariusza w Urugwaju potwierdził jego wiarygodność, albo że Polska dawno już zapłaciła odszkodowanie – jak było w przypadku pewnego Duńczyka.

Cóż, pani prezydent Warszawy dokładnie realizuje hasło swojej partii „by żyło się lepiej”. A komu, to już niech Państwo sami sobie odpowiedzą.

Tomasz Połeć