Diabeł kazał mu zabić swoją dziewczynę

0

Usłyszał głos diabła, aby zabić Dominikę. Chwycił więc drewniany kołek, kilkakrotnie uderzył nim w głowę dziewczyny i zostawił ją na leśnej ścieżce pokrytej świeżym śniegiem. Wcześniej zażył środek psychoaktywny zwany dopalaczem.

Tragedia w małym Bisztynku, na wschodnim obrzeżu Warmii, stała się sensacją nudnej jesieni. Była sobota, 3 grudnia, gdy do mieszkańców dotarły wieści o zabójstwie 19-letniej Dominiki. Dziewczyna na stałe mieszkała w nieodległej wsi Paluzy, do szkoły podstawowej chodziła w sąsiedniej Grzędzie, a potem do bisztyneckiego gimnazjum.

Miała zacząć nowe życie

– Była średnią uczennicą, ale odnosiła sukcesy w biegach przełajowych. W holu gimnazjum nadal wisi jej zdjęcie na podium obok koleżanek – opowiada Andrzej Grabowski, dziennikarz „Gońca Bartoszyckiego”.

fot 2
Tak wyglądała Dominika niedługo przed śmiercią/ fot. archiwum rodzinne

W czerwcu 2016 roku ukończyła szkołę zawodową w Bartoszycach i miała pracować w piekarni, ale ostatecznie wyszło tak, że podjęła pracę w bisztyneckiej firmie produkującej opakowania kartonowe. Miała tam się zgłosić w poniedziałek, 5 grudnia. W sobotę pojechała do swego chłopaka w Bisztynku, starszego od niej o sześć lat Pawła S. Od pewnego czasu byli parą, choć ojciec dziewczyny nie widział go nawet na oczy.

– Wcześniej córka miała chłopaka w Lidzbarku Warmińskim, bywała u niego i on przyjeżdżał do nas. Ale zostawiła go, bo był dzieciaty – wspomina Piotr Wróblewski, ojciec Dominiki. Nie ma pojęcia, jak i dlaczego jego jedynaczka złączyła się z Pawłem, którego nigdy nie przywiozła do rodzinnego domu, za to jeździła do niego w weekendy.

Zmarnowany talent piłkarski

Paweł nie cieszył się dobrą opinią w miasteczku, choć w podstawówce był prawdziwym talentem piłkarskim. Grał w młodzieżowej drużynie Reduty Bisztynek, a potem zaproponowano mu naukę w jednym z olsztyńskich gimnazjów o profilu futbolowym. Niestety, zmarnował swoją szansę, zaczął sprawiać problemy wychowawcze i po dwóch latach nauki wrócił do Bisztynka. Zapewne miała na to wpływ przedwczesna śmierć jego ojca, który powiesił się 12 lat temu. Paweł zaczął pić, a w 2008 roku zasłynął wybrykiem pod plebanią.

fot 3
Zatrzymanie podejrzanego o zabójstwo/ fot. KWP Olsztyn

– Nocą, pijany przyszedł do księdza, aby wypisać się z Kościoła – wspomina Andrzej Grabowski  – Kapłan nie wpuścił go na plebanię, więc Paweł spalił dwie flagi państwowe wiszące na budynku. Odpowiadał za to karnie, ale wyrok był łagodny, bo proboszcz wybaczył siedemnastolatkowi.

Nadal grał w drużynie Reduty, już jako senior, ale zabrakło mu samodyscypliny, zaniedbywał treningi, a na dodatek nabawił się kontuzji, więc szybko wypadł z boiska. Zaczął pracować dorywczo, ale jak znalazł jakieś zajęcie, to równie szybko je zostawiał. Zaczął pić alkohol i – jak potem się okazało – brać środki odurzające, co zepsuło mu całkiem opinię. Widywany był z butelką piwa w parku, czasami był opryskliwy, ale na ogół wobec starszych zachowywał się poprawnie. Mieszkał z matką i siostrą (brat jest za granicą) na skraju miasteczka, skąd miał niedaleko do lasu, gdzie 3 grudnia doszło do tragedii.

Tragedia na leśnej drodze

Jak potem wyznał w prokuraturze, tego dnia wspólnie z Dominiką zażyli dopalacze w postaci białego proszku. Paweł zaczął odczuwać jakieś lęki i przed godziną 14 wyszedł z domu, aby się przewietrzyć. Powędrował drogą w stronę lasu, a za chwilę wybiegła za nim Dominika, zaniepokojona stanem psychicznym partnera. Dogoniła go, ale nie zdołała namówić do powrotu. W jakimś szale mężczyzna chwycił leżący przy drodze gruby kij i zaczął uderzać nim w głowę dziewczyny. Krwawiąca zaczęła uciekać, przebiegła blisko 200 metrów, zanim upadła w śniegu.

W Bisztynku znajduje się legendarny Kamień Diabelski/ fot. Marek Książek)

Paweł krążył jakiś czas po okolicy, ale około 17., z krwawiącą raną na głowie dotarł wreszcie do domostwa na kolonii Bisztynek. Wyznał właścicielowi: – Chyba zabiłem dziewczynę.

Pytany jak to się stało, odpowiedział, że słyszał głos diabła, który kazał mu to zrobić. Gospodarz razem z drugim mężczyzną pobiegli do lasu, a że już była szarówka, z pomocą latarki szukali śladów, które powoli zakrywał padający śnieg. W końcu na leśnej drodze trafili na leżącą twarzą do ziemi, wyziębioną Dominikę. Jeszcze oddychała, choć co chwila traciła przytomność. Mężczyźni wezwali karetkę pogotowia, a jeden z nich wyszedł do szosy, aby wskazać, jak dojechać na miejsce zdarzenia. Ratownicy medyczni przybyli tam radiowozem wraz z policjantem, przenieśli dziewczynę do samochodu, gdzie zatamowali krwotok i podjęli próbę przywrócenia jej świadomości. Na chwilę odzyskała przytomność, więc przewieziono ją do karetki, gdzie ponowiono reanimację. Żywą dowieziono do szpitala w Bartoszycach, lecz tam zmarła.

Przyjmujcie Jezusa, nie dopalacze

Zatrzymany przez policję Paweł S. długo nie mógł dojść do siebie. Co chwila miał ataki agresji. Na drugi dzień rozpoczęło się przesłuchanie, ale podejrzany odpowiadał tylko na niektóre pytania. Następnego dnia już zaczął sobie coś przypominać. Pamiętał, że w sobotę brał dopalacze, ale nie wie, jak się znalazł w lesie. Dopiero później uświadomił sobie, że przedziera się po ciemku przez zarośla, drapiąc nimi twarz, aż dotarł do gospodarstwa na kolonii miasteczka. Czy diabeł mu podpowiedział, że ma zabić dziewczynę? – na tak postawione pytanie sprawca nie odpowiedział. Prokuratura postawiła mu zarzut zabójstwa, a sąd wydał nakaz trzymiesięcznego aresztowania.

fot 4
Ojciec ofiary na tle rodzinnego domu w Paluzach/ fot. Marek Książek)

Rodzina Pawła mieszka w bloku nieopodal stacji benzynowej, ale kilka dni po zdarzeniu nikt nie chce otworzyć drzwi dziennikarzowi. Ze środka odzywa się tylko młody głos kobiecy, zaprzeczający, że to mieszkanie rodziny S. Nie dziwi się temu jedna z sąsiadek, bo to tragedia także dla tej rodziny, a ostatnio po Bisztynku krążyło wielu reporterów. Tak samo, jak w pobliskich Paluzach, gdzie odbył się pogrzeb dziewiętnastolatki. Ludzie płakali w żalu za spokojną, sympatyczną dziewczyną. A podczas uroczystości ksiądz proboszcz zaapelował do młodych, by przyjmowali Pana Jezusa, nie dopalacze.

Wiedział co robi

Kilka miesięcy temu, stając przed Sądem Okręgowym w Olsztynie, nie wyglądał szczególnie rogato. Odstawiony od używek, odkarmiony na aresztanckim chlebie prezentował się wręcz kwitnąco, choć początkowo, nim się oswoił z życiem za kratkami, był nawet bliski samobójstwa. Teraz żył. O Dominice prawie zapomniał.

Prokurator uparcie oskarżał go jednak o jej zabójstwo, a Paweł S. nie mógł bez końca mówić, że niczego nie pamięta i odmawia wyjaśnień. Zwalić wszystkiego na diabła też się nie dało. Psychiatrzy długo badali oskarżonego i choć zgodzili się, że zwidy rzeczywiście mogły go męczyć uznali, że tamtej nocy był zdolny rozpoznać znaczenie własnych czynów. Nie do końca jednak pojmował, ile złego uczynił.

Jego obrońca zaczął go pod koniec procesu przedstawić, jako samotnego, zagubionego, mającego całe życie pod górkę człowieka. A gdy powiedział, że oskarżony na prawdę kochał Dominikę i obraz tego, co między nimi wydarzyło się w śnieżnej zadymce, towarzyszyć będzie mu przez resztę życia, Paweł S. rozpłakał się.

Uzyskał tyle, że wydając 23 października 2018 roku wyrok Sąd Okręgowy w Olsztynie skazał go nie na 25 lat, jak chciał prokurator, lecz na 15 lat pozbawienia wolności. Sąd w wyroku zmienił kwalifikację czynu, przyjmując, że zamiar zabójstwa nie był bezpośredni, a tylko ewentualny. Że nawet jeśli potem sp

rawca mówił, że nie chciał Dominiki zabić, to fakt, że zostawiał ją ranną, krwawiącą i nieprzytomną na mrozie, świadczy o tym, że tak naprawdę godził się na jej śmierć. I to on jest zabójcą, a nie diabeł i dopalacze. Wyrok nie jest prawomocny.

Sąd nakazał, że karę więzienia Paweł S. ma odbywać w zakładzie, gdzie jest możliwa terapia od uzależnień. Pytanie, czy można tam leczyć również opętanie?

Marek Książek

Stanisław Brzozowski

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ