BONO I TINA TURNER ZNALEŹLI DLA MNIE CZAS

0
490
Z Leszkiem Głowackim, pasjonatem kolekcjonowania autografów znanych ludzi z Polski i ze świata, rozmawia Bogumiła Nowak
Jak to się stało, że zajął się Pan kolekcjonowaniem autografów, i od jak dawna ta pasja Pana zajmuje?
Mówiąc szczerze, ja tego nie planowałem. To był zupełny przypadek, że zacząłem zbierać autografy. Pamiętam, że pierwszy, który zdobyłem osobiście, a wszystkie zbieram na zasadzie osobistego kontaktu z daną osobą, to był podpis Ireny Szewińskiej na Memoriale Janusza Kusocińskiego na Stadionie Skry w Warszawie, która jeszcze wtedy w 1973 roku podpisywała się jako Kirszenstein. Wtedy też zdobyłem podpisy Kazimierza Górskiego, Bronisława Malinowskiego, Władysława Komara, Grażyny Rabsztyn oraz Lucjana Treli. To był właśnie początek mojej kolekcji i pierwsze autografy. Od nich się zaczęło ich zbieranie.
Czy Pańska kolekcja jest usystematyzowana?
Mam wszystko poukładane w albumach z podziałem na kategorie: film, estrada, sport, politycy. No i dział, który nazywam „varia”, a obejmuje znane osobistości na przykład dziennikarzy, kosmonautów, wojskowych. To osoby, które nie wpisują się w inne kategorie. Osobno mam albumy zatytułowane – „odeszli na zawsze”. Smutne, bo one rosną w objętości z roku na rok, ale taka kolej rzeczy, to niezależne od nas. Mam odmienną metodę zbierania niż inni kolekcjonerzy. Każdy autograf osobiście odbieram wraz z dedykacją od danej osoby. Jeśli nie dostanę, to trudno, może dostanę później, nie mam parcia na to, że bezwzględnie muszę go mieć.
Czy ta pasja zajmuje Panu dużo czasu?
W tej chwili to już nie tak wiele. Wcześniej pochłaniała go znacznie więcej, gdyż było trochę zabiegania o te autografy. Nie będę tu oszukiwał, ale szczerze wyznam, że w tym polowaniu na autografy znanych ludzi pomagała mi trochę moja praca. Pracowałem na lotnisku Okęcie. Tyle tylko, że trzeba było nieustannie śledzić media, sprawdzać informacje, kiedy i jakim lotem przyleci ta, czy inna gwiazda muzyki, czy filmu. I musiałem starać się być wtedy na lotnisku. Ludzie pracujący wtedy mi pomagali, a jeśli nawet nie pomagali, to nie przeszkadzali. Miało miejsce takie zdarzenie w czasie przyjazdu do Polski Petera André, brytyjskiego wokalisty i autora piosenek popowych. W jednym z wywiadów powiedział później, że zaskoczyło go w Polsce, że żołnierz podszedł do niego na lotnisku i poprosił o autograf. On nie sądził, że w czasie pierwszej wizyty w nieznanym sobie kraju ktoś go rozpozna. Mam też bardzo miłe wspomnienia z kontaktu z irlandzkim zespołem rockowym U2. To wspaniali ludzie. Mam nawet prywatne, przyjacielskie zdjęcie z wokalistą tego zespołu, Bono. Byłem też na lotnisku, gdy po raz pierwszy przyleciał do Polski Michael Jackson. Mam z nim zdjęcie, kiedy wychodzi z samolotu. Robiłem wtedy za tak zwane „plecy”. Michael to był bardzo miły i sympatyczny człowiek i bez problemu dał mi od razu autograf. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Sting, człowiek o wielkiej kulturze i życzliwości do ludzi.
Właśnie, czy łatwo było zdobywać te autografy?
Raczej udawało mi się, choć mój angielski jest taki, że czasem ręce bolą. Jednak zawsze się jakoś lepiej lub gorzej dogadywałem. Przecież gwiazdy, jak przyjeżdżają do Polski, to doskonale wiedzą, że nie wszyscy w naszym kraju znają angielski czy inny język. Ja ze swej strony przygotowałem sobie typową rozmowę i wykułem ją na pamięć. Zresztą to nie jest takie trudne. Kiedy podchodziłem pytałem o „signature” i było wiadomo, o co chodzi. Tu przypominam sobie ostatni koncert Tiny Turner na stadionie Gwardii, kiedy była na tournee na zakończenie swojej kariery estradowej. Była krótko w Polsce. Zaraz po koncercie spieszyła się i wyjechała na lotnisko. To był występ, gdzie chyba wtedy nikomu nie dała autografu. Mnie jednak wtedy się udało. Zacząłem rozmowę od jej menadżerki, której wspomniałem, że byłem na pierwszym koncercie Tiny w Sali Kongresowej, kiedy nie była jeszcze taką gwiazdą i zaczynała karierę międzynarodową. Pochwaliłem się jej, że mam jej płytę z tego czasu i wspomniałem, że bardzo mi zależy na autografie. Menadżerka jej to powtórzyła i Tina Turner dała mi swój autograf. Podejrzewam, że był to chyba wtedy jedyny autograf przez nią wykonany. Tym większa dla mnie duma.
Jakie są najcenniejsze nabytki w Pana zbiorach, z którymi czuje się Pan emocjonalnie związany?
Bardzo mi trudno na to pytanie odpowiedzieć, tym bardziej, że każdy z autografów jest dla mnie bardzo cenny. Nie zabiegam co prawda bardzo intensywnie o nie. Nie staram się i nie twierdzę, że każdy muszę mieć. Jestem cierpliwy. Jeśli dziś mi się nie uda, to może jutro. Autografy nie mają dla mnie wartości materialnej. Nie są towarem, dla mnie liczy się kontakt z człowiekiem i to, że podpisze się dla mnie.
Jednak chyba najbardziej emocjonalnie podchodzę do autografu Matki Teresy z Kalkuty, z którą osobiście się spotkałem, i która wywarła na mnie ogromne wrażenie. To niesamowita osoba była, niezwykła, promieniująca miłością. Na pewno bardzo cenię sobie autografy pilotów z Dywizjonu 303, którzy walczyli w Bitwie o Anglię. To byli ludzie, którzy w pewnym sensie odwrócili historię, obronili świat przed faszyzmem. Ich koleje losu były różne potem. Nie zawsze ich doceniano, choć byli to jednak wspaniali ludzie. Do dziś z sentymentem wspominam Hankę Bielicką. Kiedy już była starsza, to zwykle, gdy gdzieś leciała na występy, ktoś jej pomagał dotrzeć na lotnisko, przy bagażach. Bywało tak, że kiedy mnie dostrzegła, odprawiała pomocnika słowami: „Dziękuję, nie jesteś już potrzebny. Jest pan Leszek i on wszystkim się zajmie”. To było dla mnie bardzo miłe, że taka osoba, wielka gwiazda miała do mnie zaufanie.
Który autograf było najtrudniej uzyskać, wymagał najwięcej zachodu i starań?
Właściwie żaden, bo ja nie podchodzę do tego zadaniowo, jak inni kolekcjonerzy. Nie staram się na siłę. Każdy autograf, jak wspomniałem, ma dla mnie taką samą wartość. Zdobyłem go i przy okazji poznałem i miałem możliwość porozmawiać z osobą mi go dającą. To jest duże przeżycie. Owszem trafiały się mi też osoby, które czasem dawały autografy jakby z łaski, niechętnie. Nie chcę wspominać ich z nazwiska, ale powiem krótko, to osoby mocno zdystansowane do ludzi. Jeden nawet taki celebryta, gdy podbiegły do niego dzieci po autografy, a byłem tego świadkiem, potraktował je dość obcesowo i przegonił. To niezbyt sympatyczne. Też nie powiem, kto to był, ale bardzo znana osoba. Zdarza mi się też czasem pomylić kogoś z gwiazdą. Kiedyś wziąłem jedną panią za Anetę Kręglicką. Bardzo była do niej podobna. Śmiała się i powiedziała, że nawet pokaże mi dowód, aby udowodnić, że nią nie jest. Innym razem dziennikarze czekali na słynną gwiazdę muzyki. On wysiadł, ja zagadnąłem, dostałem autograf a dziennikarze go nie poznali i nadal czekali, aż wysiądzie. Dopiero im wskazałem, że gwiazda stoi obok mnie. Ale takie wpadki czasem się zdarzają. Często inaczej wygląda się na scenie, a inaczej w codziennym życiu i dotyczy to też gwiazd. Stąd więc, każdy autograf ma dla mnie wielką wartość.
Czym się Pan kieruje, wzbogacając i rozbudowując swą kolekcję?
Najpierw to był przypadek. Potem to już plan i przemyślany sposób lokowania autografów w poszczególne kategorie. Trzeba to było wszystko jakoś ogarnąć, by nie było bałaganu. Wszystkie autografy mam skatalogowane i starannie opisane, zwłaszcza te, które dotyczą tych, co odeszli na zawsze. Może to trochę niesłuszne, ale na przykład aktorów ustawiłem sobie od najwyższej półki: Kobuszewski, Bardini, Bielicka, średnie: Linda, Kondrat i najniższej: osoby, które zaczynają robić karierę. Nie tak dawno stwierdziłem, że na dobrą sprawę nie mam już od kogo zdobywać autografów i dedykacji, bowiem praktycznie mam już wszystkie, które chciałem mieć. Więc wpadłem na pomysł nowej kolekcji. Zbieram odręczne pisma. Kartki pocztowe, stare listy z ubiegłego wieku i jeszcze wcześniejsze z XIX wieku. To fascynujące pisma – kaligraficzne, dopracowane. Mam akty zgonów, ślubów, japońskie kartki pocztowe z lat 40. ubiegłego wieku, akty notarialne z Indii też z tego okresu. Szukam tego na aukcjach. Te dokumenty nie mają większej wartości, jak np. prywatny list jakieś kobiety z 1870 roku, który napisała do innej kobiety. Tu raczej chodzi o kaligrafię i poznanie historii. Z listu można określić, z jakiego on pochodzi okresu, o czym ludzie do siebie pisali, jakie mieli pasje i zainteresowania. Mnie zastanawia to, że zwykle na kartkach z początku XX wieku pisano ołówkiem, a mimo to pismo nie blednie. I tak powoli powstaje nowa kolekcja.
A wracając do autografów, to ile udało się Panu ich dotąd zebrać?
Grubo ponad 3 tysiące. Trudno je zliczyć. Kolekcja cały czas rośnie. Może już nie tak szybko, jak wcześniej. Ale cały czas temat jest otwarty.
Trzy tysiące autografów, to trzy tysiące Pana osobistych spotkań ze znanymi ludźmi.
Faktycznie. Nawet o tym nie pomyślałem w ten sposób. To jest ich istotnie aż tyle. Dopiero Pani mi to uzmysłowiła. Dla mnie kolekcja to codzienność i radość z każdego nabytku. Na co dzień nie liczę, ile mi przybyło eksponatów.Poza autografami i pismami ma Pan też inne kolekcjonerskie pasje. I nie tylko, bo z Pana taki niespokojny duch, co to nie usiedzi, by czegoś nie robić.
Ależ nie. Jestem bardzo spokojny. Tyle, że mam sporo zainteresowań. Zbieram też monety i banknoty obiegowe ze świata. To znacznie mniejsza kolekcja. Wzięła się stąd, że jako młody człowiek zbierałem monety. Dawniej zbierało się, co było można. Przyszedł czas, że trzeba było te zbiory usystematyzować i pokazać dzieciom i wnukom, jakie były wcześniej pieniądze. Cały PRL mam, jeśli chodzi o monety obiegowe. To już inny typ zbierania. Poszukiwania w katalogach, dobierania, wymiana. No i to bardziej materialne zbiory. Poza tym trochę sobie dłubię w drewnie. Chcę cały czas coś robić.
Z tej aktywności też wyszło i to, że jest Pan autorem logo, pieczęci i pamiątkowej kartki z ostatniego Koncertu Papieskiego.
Tak to prawda. Zaprojektowałem i wykonałem logo i pieczęć pamiątkową na tegoroczny Koncert Papieski upamiętniający papieża Jana Pawła II, które były na pamiątkowych kartkach. Od początku do końca to mój pomysł. Teraz myślę już o kolejnym koncercie i też o stworzeniu tych elementów. Jeszcze sporo czasu, ale ja już rozpocząłem przygotowania, aby powstało nowe logo i pieczęcie.
Jak Pana rodzina zapatruje się na pańską kolekcjonerską pasję? Nie narzeka, że za ciasno w domu?
Ta pasja nie koliduje w najmniejszym stopniu z moim życiem rodzinnym. To normalne, że zajmuje to nieco miejsca, ale znowu nie tak wiele. Choć z drugiej strony staram się wszystko tak popakować i ulokować w domu, żeby nie było ciasno. Wszystko jest w albumach, posegregowane i usystematyzowane. Bałaganu nie ma.
Czy zagląda Pan tam czasem i wspomina?
Nieraz tam zajrzę i powspominam sobie te spotkania. Najsmutniejsze to przenoszenie tych osób do katalogu „odeszli na zawsze”. Robię te przenosiny bardzo wolno. Umieszczam autograf, zdjęcie i opis – życiorys. Jeśli ktoś, kiedyś tu zaglądnie i przeczyta, kto to był. Dziś wiele zapewne osób nie kojarzy, mam na myśli młodych, kto to był Bardini, czy Bielicka. Więc życiorys jest dla przypomnienie i przybliżenie tych postaci, które już odeszły.
Zbiór Pana jest ogromny, jakie ma Pan plany względem niego? Komuś go przekaże? Czy Pana rodzina ma też kolekcjonerskie pasje?
Nie widać po nich tego, choć starsza córka ma jakieś skłonności do kolekcjonowania i być może odziedziczy po mnie kolekcję. Może ktoś z rodziny ją przejmie. Niech moi bliscy o to się martwią. To ich problem. Jednak nie sądziłem, że te moje zbiory urosną do takiej ilości. Kolekcja nie jest zamknięta, ona cały czas się rozwija. W ostatnich dniach wzbogaciłem się o autografy muzyka Grzegorza Kloca i piłkarza Marka Sokołowskiego. Mam nadzieję, że kolekcja nie skończy się i będzie nadal rosła.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ