W czasach mojego dzieciństwa tereny nad Bzurą w Sochaczewie były swoistą Mekką dla osób spragnionych wypoczynku. Przed laty było tu gwarno i wesoło, a przystań i jej okolice żyły swoim, jakże dla mnie ciekawym życiem. Przez lata miejsce to było martwe i cokolwiek ponure. Dziś stopniowo przywracane jest do życia. Coraz liczniej nad rzekę zaglądają mieszkańcy Sochaczewa.
Kilkadziesiąt lat temu codziennie pojawiały się tu dziesiątki osób korzystających ze sprzętu pływającego. Były nie tylko kajaki, ale i łodzie wiosłowe a także motorówki. Jako dziecko pamiętam, jak wpadliśmy z ojcem motorówką na mieliznę i jak ratował nas z opresji pan Stanisław Janota, pracujący na przystani, którą w tamtym czasie zajmowała się Liga Obrony Kraju. W związku z tym w hangarze magazynowano także karabinki sportowe i inne sprzęty do ćwiczeń obronnych.
Rzeka dzieciństwa
Z wielkim zainteresowaniem obserwowałem młodych ludzi remontujących łódki i kajaki. Bardzo lubiłem przychodzić w to miejsce, które, jak i całe nabrzeże Bzury, tętniło w owym czasie życiem. Nad rzekę ściągały wypoczywać całe rodziny. W pogodne dni miejsce to zamieniało się w jeden, wielki piknik. Utkwiły mi szczególnie w pamięci tłumy wypoczywających sochaczewian po pierwszomajowych pochodach. Wówczas nad rzeką tworzyły się swoiste klimaty biesiadno - rozrywkowe.
Swój niepowtarzalny klimat miały także ciepłe, majowe i czerwcowe wieczory, gdy nad Bzurą zatrzymywały się cygańskie tabory. Nad rzeką – w miejscu dzisiejszego toru motocrossowego lub na kircholu - rozbijano namioty, które wieczorem oświetlano lampami naftowymi. Wokół nich stały cygańskie wozy. Były one pięknie zdobione, bajkowe, niczym z opowieści Szecherezady. Cyganki zajmowały się tradycyjnie przepowiadaniem przyszłości, a Cyganie zarabiali na handlu i produkcji kotłów oraz patelni. Pamiętam, że zawsze mieli jakieś zlecenia z ówczesnej masarni przy ulicy 1 Maja. Można ich było też spotkać na ulicach, gdy handlowali swoimi wyrobami.
Wieczorami chodziliśmy do nich, a oni byli przyjaźnie do nas nastawieni. Zapraszali do ogniska, przy którym piekliśmy ziemniaki i słuchaliśmy ich nostalgicznych pieśni. Z wypiekami na twarzach śledziliśmy ich ekspresyjne i barwne strojami tańce. Z tamtych lat zapamiętałem też scenę, gdy jeden z naszych sąsiadów, który pracował w UB, z klatki schodowej naszej kamienicy wyciągnął siłą Cygankę. W ręce miał pistolet i strasznie przeklinał. To jedno z mniej radosnych wspomnień.
Nad rzekę warto było przyjść, aby obserwować pracę piaskarzy, w piosence Ireny Jarockiej nazwanych „gondolierami znad Wisły”. Nasi - znad Bzury - też pewnie zasłużyli na piosenkę, może kiedyś ktoś ją napisze. Póki co, chciałbym wymienić tych, którzy przed laty wydobywali z dna rzeki piasek: Władysława Stawczyka, Kazimierza Tandeckiego, panów Duklewskich i Mroczkowskiego.
U nich można było dorobić przy rozładunku piachu z łodzi. Nie było to jednak lekkie zajęcie, a i wynagrodzenie niezbyt wygórowane (5 złotych za pół łodzi). Jednak nigdy nie brakowało chętnych do tej pracy.
Chłopcy z miasta niekiedy robili piaskarzom przykre niespodzianki. Niemal regularnie, w noc świętojańską, urządzane były nieformalne „Wianki”. Bez wiedzy właścicieli, ferajna użyczała sobie piaskarskich łodzi i płynęła nimi, ile się dało, w dół rzeki. Czasami, przy pochodniach zrobionych ze słomy, dryfowało nawet 200 osób. Niestety, łodziami piaskarzy nie sposób było płynąć pod prąd, dlatego porzucano je na brzegach rzeki i do miasta wracano pieszo.
Zapach czerwcowej nocy
Na co dzień jednak, zamiast kraść łodzie piaskarzom, sochaczewska młodzież korzystała z wypożyczalni na przystani. Można tu było wypożyczyć za 2,5 złotego kajak lub ponton. Trzeba było mieć tylko dowód osobisty lub legitymację.
Na przystani działo się w owych czasach bardzo wiele. Szczególnie atrakcyjnie było w czasie Dni Morza, co prawda morza w Sochaczewie nie mieliśmy, ale jego święto było zawsze obchodzone hucznie. Z tej okazji, na przystani puszczano w powietrze race, a do tańca grały orkiestry. Przytulone do siebie pary śledziły migotliwe światła lampionów, odbijające się w nocnej toni Bzury. Na spragnionych czekało w bufecie wino na szklanki, zakąski i ciastka. Potem towarzystwo, kontynuując zawarte znajomości, rozpierzchało się po kircholu, okolicznych zaroślach czy zamkowej fosie.
Pamiętam doskonale taras rozświecony lampionami, tańczące na nim pary, zapach ciepłej, gwiaździstej, czerwcowej nocy i świerszcze próbujące zagłuszyć rock and rolla. Potem jako mniej lub bardziej dorosły człowiek widziałem setki zabaw, dyskotek, dancingów i innych imprez. Żadne jednak nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak owe potańcówki na przystani, gdy miałem zaledwie kilka lat. Ich unikalny klimat zapamiętałem doskonale do dziś.
Niedługo potem przeżyłem straszny dramat. Ojciec powiedział mi, że ktoś podpalił przystań. Spłonął drewniany budynek na tarasie, ogień strawił łodzie. Gdy poszedłem z ojcem w to miejsce dzień po pożarze, było mi bardzo smutno, czułem się jakbym stracił kogoś bliskiego. Do dziś czuję się tam, jak na cmentarzu wspomnień z dzieciństwa. I wkrótce potem zniknęły radosne obrazki ludzi odpoczywających nad brzegami, nikt nie kąpał się w rzece, nikt nie pływał kajakami. Piękna rzeka stała się kanałem ściekowym, którym płynęły całe ławice śniętych ryb. A potem nawet ich nie było. Życie biologiczne w Bzurze stopniowo przestało istnieć.
Dziś wracamy nad rzekę, coraz częściej szukamy nad nią wypoczynku. Wiele pozytywnego dzieje się na jej brzegu. Miną zapewne jeszcze lata, zanim Bzura odzyska swój dawny blask i będziemy w pełni mogli z niej korzystać. Wiele w niej wody upłynie, nim odwrócona zostanie degradacja tej rzeki. Ale to jesteśmy jej winni.
Janusz Szostak









































