ZBRODNIA W NOC WESELNĄ

0

Leżeli na rozłożonej wersalce, głowa przy głowie. Ich odświętne ubrania były zbroczone krwią. Mirek miał otwarte oczy, zastygłe bardziej w zdziwieniu niż przerażeniu. Spoglądał gdzieś w dal. Twarz Bożeny wykrzywiał grymas cierpienia. Ich martwe ciała spowijał mrok nocy. Jedynie księżycowa poświata delikatnie rozświetlała pokój, świadka tej mrocznej historii. A miał to być tak uroczy czerwcowy wieczór.  Wesele, tańce, śpiew…

Małżonkowie Ż. byli w separacji. Stanisław Ż., 37-letni policjant z KPP w Krasnymstawie, przed czterema laty związał się z Justyną B., młodszą od niego o 6 lat przedszkolanką. Mieli nieco ponad rocznego synka. Ten romans stał się gwoździem do trumny dla jego małżeństwa. Stasiek pod koniec stycznia 2000 roku wyprowadził się z domu i zamieszkał u kochanki. Bożena Ż., jego 33-letnia żona została sama z dwójką dzieci w wieku 10 i 15 lat w piętrowym domu, który wspólnie wybudowali.

Wesele i zbrodnia

Była upalna sobota, 24 czerwca 2000 roku. Właśnie zaczynały się wakacje. Tego dnia w Izbicy (województwo lubelskie) było wesele. Państwo młodzi zaprosili na imprezę swoich sąsiadów z ul. Słoneczny Stok – Bożenę i Stanisława Ż. z osobami towarzyszącymi.

Na wesele Stanisław przyszedł ze swoją konkubiną. Bożena zaś, zaprosiła na imprezę Mirka J., 37 – latka z podzamojskiego Sitańca. Będąc dziećmi mieszkali po sąsiedzku. Chodzili razem do podstawówki. Weselisko zorganizowano w byłej restauracji Padwa przy ul. Cichej.

Małżonkowie z osobami towarzyszącymi, siedzieli po przeciwległych stronach stołu. Stasiek nie wylewał za kołnierz. Nie ominęła go ani jedna kolejka. Jego przyjaciółka piła symbolicznie. Na pół godziny przed północą, Bożena i jej kolega opuścili imprezę. Do domu na Słoneczny Stok zawiózł ich brat pana młodego. Zaraz po nich – tuż przed oczepinami z wesela wyszli Stasiek i Justyna. Kobieta niepokoiła się o synka, którego przed imprezą zostawili pod opieką mieszkającej w pobliżu babci. Postanowili wyjść na chwilę z przyjęcia i sprawdzić, czy nic mu nie jest. Do przejścia mieli kilkaset metrów. Gdy byli już na miejscu, do mieszkania weszła tylko Justyna. Bogdan został na zewnątrz. Niebo przeszywały złowieszcze błyskawice, zapowiadające ulewę. Czy wtedy wpadł na szatański pomysł pozbycia się żony?

Udał się na ul. Słoneczny Stok do swojego rodzinnego domu. Później zeznał, że chciał tylko sprawdzić, czy w mieszkaniu jest jego 10-letnia córka, czy ma zapewnioną opiekę. Poszedł na skróty, ścieżką biegnącą przez pola. Dotarł na tył swojej nieogrodzonej posesji. Droga zajęła mu może 5 minut. Zobaczył zaparkowanego obok domu zielonego fiata 126p. Domyślił się, że należy do Mirka J. Wszędzie było ciemno. Drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz. Wszedł do przedpokoju i zapalił światło. Z głębi domu dobiegały ciche głosy. W pokoju po prawej stronie drzwi wejściowych zobaczył dwie siedzące na kanapie osoby. Była to Bożena i Mirek.

Przyślijcie patrol

 Była godzina 2.45, gdy dyżurny KPP w Krasnymstawie odebrał dziwny telefon od swojego kolegi Stanisława Ż.

– Przyślij do mnie do dochodzeniowców. Po weselu zostałem zaatakowany i ugodzony nożem. To przez moją żonę. Nie pozwolę sobie, aby ktoś mną pomiatał. Koniecznie zanotuj, że to ja zadzwoniłem do dyżurnego KPP – mówił głos w słuchawce.

– Wiesz, kto to był? – dopytywał dyżurny.

– Miał zabandażowaną rękę. Mniej więcej wiem, kto to.

– Jedź najpierw do lekarza, może ci się wdać zakażenie.

– To nic. Czekam w domu…

– Już wysyłam patrol – dyżurny odłożył słuchawkę i wszczął procedury.

Po kilku minutach Ż. zadzwonił ponownie. Niecierpliwił się. Dopytywał, czy dochodzeniowcy już do niego jadą, bo chciałby jeszcze wrócić na wesele. Dopiero po tym telefonie patrol został wysłany do odległej o 4 km od Izbicy miejscowości, gdzie Ż. mieszkał z konkubiną.

Gdy mundurowi przyjechali na miejsce, ranny kolega opowiedział im o zajściu, jakie miało mieć miejsce obok budynku, w którym odbywało się wesele. Na pytanie policjantów, czy zna sprawcę, odparł, że tak i podał jego nazwisko.

– To sprawka mojej żony. Ona go nasłała, bo chce mnie zniszczyć. Za co?  – mówił łamiącym się głosem.

Policjanci widząc, że ich kolega jest pijany, poprosili jego konkubinę, aby potwierdziła fakty, o których mówił. Kobieta przyznała, że na własne oczy widziała, jak napastnik przewrócił Stanisława na ziemię. Nie widziała noża, ale po zajściu zwróciła uwagę na krwawiącą dłoń. Policjanci spisali notatkę służbową i mieli zawieźć rannego kolegę do lekarza.

Tymczasem dyżurny KPP odebrał telefon od innego kolegi po fachu, mieszkającego również w Izbicy na Słonecznym Stoku. Wiadomość, którą usłyszał, zmroziła mu krew.

Mamo obudź się!

 Po godz. 3 nad ranem 14-letni Łukasz Ż., uczeń II klasy gimnazjum, wrócił z dyskoteki, gdzie bawił się ze swoimi kumplami. Na schodach zobaczył jakieś brunatne ślady. Drzwi były otwarte, klucz tkwił w zamku Wszedł do domu. Na podłodze w przedpokoju były liczne krople krwi. Pierwsza myśl, jaka mu przyszła do głowy to, że ojciec pobił się z mamą i jej znajomym. Poszedł po śladach krwi. Prowadziły do jego pokoju. Bał się iść dalej. Ale ciekawość wzięła górę. Gdy przekroczył prób pokoju, zamarł z przerażenia. Nie na taki widok się nastawiał. Na wersalce na wznak leżały dwa zbroczone krwią ciała.

– Mamo! – krzyknął, szturchając bladą jak ściana rodzicielkę. Ciało ani drgnęło. Było już zimne i zesztywniałe. Kobieta nie żyła od ponad 3 godzin. Domyślił się, że za zbrodnią stoi jego ojciec.

Nie wiedział, co robić. Bił się z myślami, czy dzwonić na policję. Bał się, że mu nie uwierzą, bo jest nieletni. Zdecydował pójść do sąsiada – policjanta, byłego komendanta komisariatu w Izbicy.

– Proszę pana, ojciec zabił mamę – świtało już, gdy chłopak stanął u drzwi sąsiada. Był roztrzęsiony. Płakał.

Sąsiad zatelefonował do dyżurnego KPP, a ten przeczuwając najgorsze drogą radiową powiadomił funkcjonariuszy, których niecałą godzinę wcześniej wysłał do Stanisława Ż.

Akurat siedzieli w samochodzie, gdy dostali polecenie udania się do Izbicy na ul. Słoneczny Stok, gdzie w jednym z mieszkań ujawniono zwłoki dwóch osób. Polecenie słyszał siedzący z tyłu Ż. Nie zareagował.

– Staniek mieszkałeś w Izbicy, to pewnie wiesz, gdzie jest ul. Słoneczny Stok? – spytał aspirant sztabowy K.

– Pewnie, jestem tam zameldowany. Wskażę wam drogę – beznamiętnie odparł.

Gdy byli już na miejscu, zobaczyli stojącego przy jednym z domów znajomego starszego policjanta i nastoletniego chłopca.

– Coś ty narobił chłopie?! – krzyknął były komendant komisariatu na widok Ż.

– Znowu ja? – odparł zdenerwowany Stanisław Ż. W tym czasie funkcjonariusze wysiedli z samochodu i poszli za starszym kolegą.

– Załóżcie mu kajdanki i zawieźcie na komendę. On chyba zabił żonę i tego faceta – wyszeptał były komendant.

W tym czasie przyjechał oznakowany radiowóz. Ż. został zatrzymany i przewieziony do KPP. Poddano go badaniu na zawartość alkoholu. O godzinie 4:40 miał 2,48 promila.

– To był przypadek. Zraniłem ich nieumyślnie, podczas szarpaniny. Nie było to zamierzone – próbował się tłumaczyć.

Miejsce zbrodni zostało poddane oględzinom. Do Izbicy przyjechała ekipa dochodzeniowo – śledcza i lekarz z Krasnegostawu.

Ciała leżały nienaturalnie, jakby zostały przemieszczone. W pokoju panował porządek, nic nie wskazywało na to, by parę godzin wcześniej była tam jakaś szarpanina. Żadne sprzęty nie były poprzewracane.

Biegły patolog – wykonujący sekcję zwłok – stwierdził, że w obu przypadkach przyczyną zgonu było wykrwawienie. Denatka miała 17 ran kłutych, w tym 4 w serce i 3 w szyję. Poza tym liczne rany głowy i kończyn. W chwili śmierci była trzeźwa. Mirosław J. został ugodzony nożem sześć razy – w okolice szyi, barku lewego, ramienia oraz klatki piersiowej. Miał też stłuczenia grzbietu i pachy – co mogło wskazywać że był ciągnięty. Miał 0,8 prom. alkoholu we krwi.

Wersja mordercy

 – Gdy Bożena zapytała, czego chcę, zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że przyszedłem sprawdzić, co się dzieje z córką, gdyż nie wiedziałem, kto się nią opiekuje. Wtedy żona powiedziała do Mirka „idź przynieś siekierę to mu opierdolę łeb, albo daj nóż to mu wsadzę w bebechy”. Mirek bez słowa wstał, przeszedł koło mnie do przedpokoju i udał się do kuchni. Myślałem, że wyszedł, by uniknąć awantury. Usłyszałem brzęk metalu dobywający się z kuchni. Zapytałem żonę, dlaczego nie wzięła dzieci na wesele. W tym czasie do pokoju wszedł Mirek. Miał rękę w gipsie. W drugiej trzymał nóż. Ostrze miało 10-15 cm długości. Zbliżał się w moją stronę nic nie mówiąc. Zacząłem się bać, że żona nie żartuje. Ze strachu chwyciłem go za rękę, w której miał nóż i mocno szarpiąc rzuciłem go na wersalkę. Upadł na żonę, po czym wstał i rzucił się na mnie z nożem. Zaczęliśmy się szarpać. Udało mi się wyrwać mu nóż. Nie wiem, jak to się stało, ale złamało się ostrze. Trzymałem je w prawej ręce. Poczułem silny ból. Znowu zaczęliśmy się szarpać. Po kolejnym popchnięciu już nie wstał. Bożena też leżała nieruchomo. Miała zakrwawioną sukienkę. Nie sprawdzałem, czy żyje. Wyszedłem z domu gasząc światło. Złamane ostrze wyrzuciłem – wyjaśnienia Stanisława składane przed prokuratorem parę godzin po zbrodni, były mało wiarygodne. Wybielał siebie, a żonę oczerniał, przy czym bardzo „naginał” fakty.

Do domu rodziców swojej konkubiny wrócił tą samą drogą. Kobieta na jego widok aż zaniemówiła. Miał zakrwawioną koszulę i zranioną dłoń.

– Gdy dopytywała, co się stało, powiedziałem, że miałem starcie ze „szwagrem”, że zostałem poczęstowany kosą. Poprosiłem, aby zawiozła mnie do domu. Umyłem się i chciałem wrócić na przyjęcie. Justyna uprała mi koszulę, wysuszyła żelazkiem i pojechaliśmy z powrotem do Izbicy. Ręka nadal mi krwawiła, dlatego nie wszedłem na salę. Justyna tylko poszła po moją marynarkę. Wtedy spotkałem syna, przechodził obok samochodu, w którym czekałem (chłopak bawił się tej nocy na dyskotece). Dałem mu pieniądze. Gdy wróciliśmy do domu, postanowiłem zadzwonić do dyżurnego KPP w Krasnymstawie. Przedstawiłem mu nieco inny obraz wydarzeń. Nie chciałem mieć problemów. Wcześniej Justynie powiedziałem, co ma mówić, jak ją będą maglować. Miała zeznać, że po wyjściu z wesela zostałem zaatakowany przez jakiegoś mężczyznę, który zranił mnie nożem w rękę. Powiedziałem, że taki przebieg zdarzenia przedstawię na komendzie. W ten sposób chciałem stworzyć sobie alibi.  W tym czasie nie wiedziałem, jak skończyło się zajście w moim domu. Nie wiedziałem, że oni nie żyją – wyjaśniał parę godzin późnej na komendzie.

Życie z oprawcą

Małżeństwo Ż. nie należało do udanych. W ich domu często dochodziło do awantur. Bożena wielokrotnie wzywała na interwencję policję. Stanisław znęcał się na nią i dziećmi psychicznie i fizycznie. Bardzo często dochodziło między małżonkami do bójek, których świadkami były dzieci.  Kobieta wnosiła zawiadomienia o znęcanie się nad nią i dziećmi przez męża. Niektóre doniesienia wycofywała, najprawdopodobniej na skutek szantażu lub gróźb ze strony męża – oprawcy, który w przypadku skazującego wyroku musiałby pożegnać się z policyjnym mundurem.

Ale nie wszystkie sprawy wycofała. W kwietniu 1999 roku, po jej zawiadomieniu, Ż. został oskarżony i musiał się ostro tłumaczyć przed sądem. Prokurator zarzucił mu, że w okresie od 1990 do 1999 roku wszczynał domowe awantury, podczas których bił ślubną, powodując stłuczenia brzucha, głowy, kończyn, szarpał ją, wykręcał ręce, i wyzywał od najgorszych. Po jednej takiej awanturze, kobieta uciekła do sąsiadki.

Ż. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Zaprzeczył, jakoby miał ją bić i wyzywać. Szarpał? Owszem, ale tylko dlatego, że nie chciała wydać mu jego osobistych rzeczy. W trakcie śledztwa komendant KPP w Krasnymstawie zawiesił go w czynnościach służbowych (młodszy aspirant Stanisław Ż. służył w plutonie patrolowo – interwencyjnym KPP). Wyrok zapadł w czerwcu 1999 roku. Sąd Rejonowy w Zamościu potraktował go bardzo łagodnie, warunkowo umarzając postępowanie karne na okres roku.

– Odkąd zięć związał się z tą przedszkolanką, zaczął znęcać się nad córką i jej dziećmi. Wielokrotnie widziałem Bożenę pobitą. Miała kilka obdukcji sądowo-lekarskich określających obrażenia, jakich doznała ze strony męża. Zięć jest dobrze zbudowanym, bardzo wysokim (185 cm) mężczyzną. Wszyscy się go boją. Na blisko dwa tygodnie przed tą  tragedią, zięć co chwilę wydzwaniał do córki i groził jej zabójstwem. Bożena była przerażona do nieprzytomności. Zatelefonowała wtedy do mnie, prosząc o pomoc. „Co ja mam robić” – pytała szlochając. Wszyscy byliśmy załamani tą sytuacją – zeznawał na policji ojciec zamordowanej.

20 czerwca – na cztery dni przed swoją śmiercią – Bożena Ż. po raz kolejny i już ostatni, złożyła skargę na męża i wniosek o ściganie.

– Mąż od kwietnia telefonuje do mojego domu i mi grozi. Mówi, że zniszczy moje pokolenie lub plemię. Nie mówi konkretnie. Jest policjantem. Wyzywa mnie od k… i dziwek. Podejrzewa o utrzymywanie kontaktów seksualnych z innymi mężczyznami – mówiła.

Policja nie zdążyła wszcząć kolejnego postępowania o znęcanie się nad Bożeną Ż. Musieli zająć się jej zabójstwem.

Będzie masakra

W piątek, dzień przed weselem, Bożena Ż.  przyjechała do dyżurnego KPP w Krasnymstawie. Prosiła go o zmianę terminu służby jej męża. Bardzo zależało jej na tym, aby z soboty na niedzielę miał nockę. Nie chciała, żeby przyszedł na przyjęcie weselne. Tego dnia zadzwoniła też do Mirka J. i zaprosiła go na wesele. Mężczyzna długo zastanawiał się, dlaczego akurat jego zaprosiła.

To był czysty przypadek, jakże brzemienny w skutkach.

Fakt, że Mirek J. był u Bożeny po raz pierwszy w życiu, potwierdził mieszkający po sąsiedzku policjant: – Dzień przed tym weselem, jakiś mężczyzna przyjechał na ulicę Słoneczny Stok i pytał o Bożenę. Przyjechał zielonym „maluchem”. Teraz wiem, że był to Mirosław J. – zeznawał.

Również dzień przed tragedią, kolegę mamy po raz pierwszy zobaczył Łukasz Ż. – Mama poprosiła go, by poszedł z nią na wesele sąsiada. Mówiła mi, że jest to jej znajomy ze szkoły. Mama wcześniej chciała, żebym poszedł z nią na przyjęcie, ale ja miałem inne plany. Zaprosiła tego pana, bo nie chciała być sama. Tym bardziej, że wiedziała, że spotka tam ojca z konkubiną. Około godziny 2:00 poszedłem na dyskotekę. Przechodziłem koło domu weselnego, spotkałem tam sąsiada i poprosiłem, by wywołał z przyjęcia ojca albo mamę. Chciałem, żeby mi dali trochę pieniędzy. Wyszedł ojciec. Interesowało go, dlaczego nie jestem na weselu, to mu odpowiedziałem, że mi się nie chciało iść. Dał mi 20 złotych na dyskotekę i powiedział, żebym w poniedziałek pojechał z nim do Krasnegostawu. Mówił, że mama złożyła na niego skargę, że jej grozi. Chciał, żebym temu zaprzeczył. Powiedział, że jeśli nie pojadę, to będzie masakra. Odebrałem to jako groźbę zabicia mamy. Zgodziłem się pojechać. Ojciec wielokrotnie mamie groził, często ją bił nawet po tym, jak się od nas wyprowadził. Ja zawsze stawałem w jej obronie, przytrzymywałem ojca, by mama mogła uciec – wyjaśniał nastolatek.

Kiedyś był u niego w domu kumpel. Oglądali telewizję i w pewnym momencie usłyszeli pisk dobiegający z sąsiedniego pokoju. Pobiegli i zobaczyli Ż. bijącego po twarzy i głowie swoją żonę. Kobieta leżała na łóżku. Ślubny bił ją tylko dlatego, że nie chciała z nim rozmawiać. A ona się po prostu bała. Wiedziała, że jak mąż jest pijany, to lepiej nie wchodzić mu w drogę, bo zaraz będzie awantura. Kolega Łukasza próbował odciągnąć Ż. od żony i wtedy dostał pięścią tak mocno, że poleciał na szafkę. Oberwało się też siostrze Łukasza za to, że stanęła w obronie matki: – Chciała zadzwonić na policję, ale ojciec wyrwał jej telefon i rozbił o podłogę, a córkę podniósł do góry i puścił. Dziewczynka przewróciła się. Wtedy on do niej powiedział, by więcej tego nie robiła – zeznał kolega Łukasza.

Z policyjnego rejestru wynikało, że w domu Ż. było aż sześć interwencji policyjnych. Pięć miało miejsce w 1999 roku, a jedna w styczniu 2000. Zgłaszającą była Bożena Ż.

– Pracowałem z Ż. na równorzędnych stanowiskach, na komisariacie w Izbicy. Byłem trzykrotnie na interwencji u niego. Raz zdenerwował się, bo żona nie chciała wycofać zeznań przeciwko niemu. Wtedy go zatrzymaliśmy, bo był nietrzeźwy i zawieźliśmy do aresztu  w Krasnymstawie. Nawet w naszej obecności próbował uderzyć żonę. Musieliśmy mu założyć kajdanki – zeznawał policjant z Izbicy.

Ówczesny przełożony Ż. a zarazem sąsiad – były komendant komisariatu w Izbicy – prowadził nawet zeszyt z rozmowami dyscyplinującymi, jakie przeprowadzał z Ż. W związku z tymi niepokojącymi sytuacjami rodzinnymi, wnioskował o przeniesienie podwładnego do pracy w KPP w Krasnymstawie.

Zbrodnia ukarana

Akt oskarżenia przeciwko policjantowi, trafił do Sądu Okręgowego w Zamościu w grudniu 2000 roku. Śledczy postawili mu zarzuty zabójstwa oraz nakłaniania konkubiny do składania fałszywych zeznań. A Justynę B. oskarżyli o to, że składała fałszywe zeznania. Już na pierwszej rozprawie kobieta oświadczyła, że zamierza dobrowolnie poddać się karze. Sąd skazał ją na rok więzienia, w zawieszeniu na 3 lata, oraz wymierzył jej grzywnę w wysokości 800 zł.

W trakcie procesu policjant zasłaniał się niepamięcią. Twierdził, że od momentu zranienia się nożem do wyjścia z domu, ma w głowie pustkę.

 – Wpadłem w furię, nie wiem, co się ze mną działo – wyjaśniał.

Ale biegli medycyny sądowej w swojej opinii stwierdzili, że ciosy nie były zadawane chaotycznie (co przeczyło rzekomej furii), a wręcz przeciwnie – były zadawane w tzw. „wrażliwe okolice ciała”, jak szyja i klatka piersiowa. Poza tym, rana na dłoni Ż. nie mogła powstać w wyniku chwycenia przez niego za ostrze noża trzymanego przez  Mirka J. Przyczyną powstania tego typu rany, mogło być – według biegłych – zsunięcie się dłoni Ż. z rękojeści trzymanego przez niego noża przy zadawaniu ciosu.

Stanisław Ż. w mowie końcowej oświadczył, że żałuje tego, co zrobił, prosił rodziców zamordowanych o wybaczenie, a sąd o najłagodniejszy wyrok.

12 listopada 2001 roku policjant został skazany na najwyższy wymiar kary – dożywocie. W uzasadnieniu wyroku czytamy: „Oskarżony zabił, jak się wydaje, z dwóch powodów. Po pierwsze, obawiał się, że jego żona nie wycofa kolejnej wniesionej przeciwko niemu sprawy karnej. Zdawał sobie sprawę, że wydanie wobec niego ewentualnego wyroku skazującego spowoduje, że nie będzie mógł wykonywać zawodu policjanta. Nie chciał przyznać, że rozkład pożycia małżeńskiego nastąpił wyłącznie z jego winy. To on związał się z inną kobietą, ze związku tego ma dziecko, to on znęcał się nad żoną. Drugim powodem była zazdrość. Po jego odejściu, pokrzywdzona nie spotykała się z żadnymi mężczyznami, nie uczestniczyła w uroczystościach, zajęła się wychowywaniem dzieci i prowadzeniem domu. Gdy oskarżony zobaczył, że jego żona bawi się, tańczy ze swoim kolegą, pojawiła się zazdrość (…). Brak jest podstaw do twierdzenia, że oskarżony działał pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami”.

Obrońca oskarżonego (z urzędu) wniósł apelację. W kwietniu 2002 roku Sąd Apelacyjny w Lublinie utrzymał wyrok w mocy. Policjant – morderca trafił do ZK w Przemyślu i zajął się pisaniem rzewnych próśb o ułaskawienie. „Panie Prezydencie, po długich namysłach postanowiłem napisać do pana, bo tylko pan może zmienić moje życie. (…) W czerwcu 1989 roku rozpocząłem służbę w KWP Zamość – Komisariat Milicji w Izbicy gdzie byłem dzielnicowym do 1999 r. Za wzorową służbę awansowałem do stopnia sierżanta sztabowego. (…). Pomimo tego co zrobiłem, zasługuję na ułaskawienie. Nie jestem degeneratem, to zajście sprowokowała żona, która była bardzo konfliktową osobą. Błagam pana o zmniejszenie mi wyroku na lat 10 (zgodnie z art. 148 par 4 – zbrodnia w afekcie)”.

Każda z jego próśb, była negatywnie opiniowana przez sądy. W związku z tym, w ostatnim piśmie do prezydenta RP, były policjant prosi go o „pominięcie niezawisłego sądu” przy podejmowaniu decyzji. Do jednej z próśb dołączył nawet obrazek z Koronką do Miłosierdzia Bożego.

W 2007 roku prośbę o ułaskawienie napisał też najmłodszy syn Ż. – wówczas  8 –letni (ręczne pismo wskazywało na osobę dorosłą). „Mieszkam z babcią i chodzę do 2 klasy. Moja mama przebywa za granicą, do taty jeżdżę z babcią raz w miesiącu lub częściej, gdy mi tęskno. W przyszłym roku idę do Pierwszej Komunii Św. i bardzo chciałbym, żeby na Komunii byli moi rodzice. Bardzo proszę o spełnienie mojego marzenia. Mój tata to dobry człowiek i bardzo kocha swoje dzieci”.

Aneta Urbanowicz

fot.2

Do tragedii doszło w domu przy ulicy Słoneczny Stok. Szkic sytuacyjny miejsca zbrodni sporządzili policjanci

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ