Bandyci i celebryci

0

Jednym ze źródeł dochodu „Pruszkowa” był obrót kradzionymi samochodami. Terytorium dawnego Związku Radzieckiego wydawało się rynkiem bez dna, gdzie można było sprzedać wszystko co ukradli polscy złodzieje samochodowi. Oczywiście nikt nie ryzykował dla kradzież i przerzutu zajeżdżonych szrotów.  Chociaż, jak zobrazuje to historia pewnego znanego aktora, także auta nie pierwszej młodości cieszyły się zainteresowaniem  złodziei.

Wśród złodziei samochodów niewątpliwie największym poważeniem w tym czasie cieszyli się bracia  Dariusza i Roberta J.

Masa wspomniał o nich w swoich zeznaniach w 200 roku: „W grupie Bysia są złodzieje samochodów, są to bracia J. i ich uczniowie. Mają najnowsze patenty na kradzieże samochodów”.

– Ich grupa składała się z chłopaków z Ochoty i Woli. Zajmowali się kradzieżami luksusowych aut.  Mieli najlepsze patenty na kradzieże samochodów, pierwsi wymyślili metody na stłuczkę i koło. Ale potrafili być także bardzo brutalni – wspomina braci J. słynny świadek koronny.  – Byli na tyle bezczelni, że na przykład pod blokiem stoi mercedes złodziej siada na masce i uruchamia alarm. Samochód wyje a ten siedzi dalej na masce. W końcu leci właściciel z kluczykami, a ten na masce mówi: – Długo jeszcze kurwo będę czekał na ciebie? Facet zdębiał, a oni go za łeb, kluczyki zabrali i  „Wypierdalaj stąd!”. To były takie ekipy i taki czasy. Nie pamiętasz tego? – pyta Masa

– Pamiętam doskonale, bo na Ochocie złodziej chciał mi  ukraść audi – przypominam sobie zdarzenie z 1996 roku – Ale to musiał być jakiś plankton gangsterski, bo wrzuciłem go pod samochód i tam czekał na przyjazd policji.

Igora Ł., pseudonim Patyk, trudno było zaliczyć do złodziejskiego planktonu.  To jeden z najniebezpieczniejszych złodziei samochodowych lat 90.  w grupie braci J. Po latach był oskarżony o zabójstwo generała Marka Papały.  Ulubioną metodą Patyka i jego kumpli był patent „na pukankę”. Złodzieje sygnalizowali kierowcy, że z jego autem jest coś nie tak, a gdy ten się zatrzymał, błyskawicznie  kradli samochód i odjeżdżali. W taki sposób Igor Ł. i jego kumple okradli między innymi posłankę Barbarę Blidę oraz Krzysztofa Cugowskiego, wokalistę Budki Suflera.

– Na Rakowieckiej zrobili numer Cugowskiemu. Na pukankę, czy na koło, tego już nie pamiętam. – wspomina Masa – W każdym razie wywabili go z auta.  To było w  grudniu 1998 roku, śniegu było po kolana. A on wyszedł w koszuli z samochód, i jak  wysiadł to jego  auto odjechało. A on  tak został w koszuli na środku ulicy.

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia co słynny wokalista. Bezwzględni złodzieje nie wahali się bić kierowców, jeśli ci stawiali im opór. Tak było choćby w przypadku   ówczesnej poseł Barbary Blidy. Gang braci  J. napadła ją aż dwa razy. W październiku 1998 roku Blida jechała mercedesem, gdy dostrzegła, że  jeden z kierowców daje jej znaki, że ma uszkodzone koło. Bilda, bojąc się kradzieży auta doszła do wniosku, że bezpieczniej będzie sprawdzić domniemane uszkodzenie na stacji benzynowej.

– Byli na tyle bezczelni, że Robert J. podał się za pracownika stacji paliw, i zadeklarował, że sprawdzi stan techniczny jej mercedesa. Gdy tylko wysiadał, do auta wskoczył Darek J. Blida usiłowała go zatrzymać. Ale została dotkliwie pobita, uderzyli jej głową o maskę samochodu. Leżała potem na trawniku obok dystrybutora a chłopcy odjechali. – skruszony gangster opisuje metody działania podległych mu złodziei samochodowych.

Kolejny raz gang braci J. zaatakował Barbarę  Blidę w czerwcu 2003 roku. Tym razem jechała ona  toyotą land cruiser. Nie dała się już oszukać petentem na koło. Jednak złodzieje mieli w zanadrzu nowy sposób.  W pewnym momencie w karoserię auta Blidy zaczęło  uderzać, jakby kule.

– Byłam przerażona, kazałam kierowcy aby się zatrzymał  – opowiadała potem Blida. Bandyci tylko na to czekali: – Dawaj kurwo klucze – warknął Dariusz J. do kierowcy, a ten nie zamierzał nawet protestować. Złodzieje po chwili odjechali toyota. Jak się okazało, w auto Blidy strzelali kamieniami. Wpadli miesiąc po tej kradzieży.  Podczas procesu w 2004 roku okazało się, że  auta Cugowskiego i Blidy zostały sprzedane po 12 tysięcy dolarów za sztukę. Oczywiście trafiły za wschodnią granicę.

Przy tej okazji pojawia się pewien bardzo znany detektyw: – On i jego ludzie przerzucali dla Saida  fury z Zachodu na Wschód.  – twierdzi Masa.

Ormianin Said, był nazywany królem bazaru na Stadionie Dziesięciolecia. Przez lata siał tam terror. Podporządkował sobie wszystkich rodaków handlujących na stadionie. Porywał handlarzy, wymuszał okupy, zabijał niepokornych. W 1997 roku podporządkował sobie ormiańską mafię, zabijając  dwóch swoich konkurentów: Siergieja Mieleszko i Aleksandra Filianowa. To zapoczątkowało krwawą serię porachunków rosyjskojęzycznych gangów. W 2004 roku skazany nieprawomocnym wyrokiem za kierowanie gangiem trudniącym się porwaniami dla okupu i wymuszaniem haraczy.  Pod koniec maja 2005 roku zmarł na raka wątroby w szpitalu mokotowskiego aresztu.

Sadi co prawda miał wiele na sumieniu, ale na pewno nie miał nic wspólnego z kradzieżą samochodu Daniela Olbrychskiego.

– Olbrychskiemu zapierdolili kiedyś auto i przyszedł z tym problemem do „Pruszkowa”. Tak mu ktoś doradził, i skierowali go do Pawlika, o wdzięcznym pseudonim Krzyś. A ten, wychowany na Wołodyjowskim i Kmicicu, jak zobaczył Olbrychskiego, to mu dupa się z radości zaślimaczyła, temu staremu recydywiście. – Jarosław Sokołowski obrazowo opisuje moment poznania pruszkowskiego watażki  ze słynnym aktorem.  –  Pawlik pomógł mu odzyskać  to auto. Gdy złodzieje zadzwonili z żądaniem okupu,  zagroził im połamaniem żeber,  nakrzyczał na złodziei, popisywał się przed Olbrychskim, jaki to jest ważny. – komentuje Masa.

Już  następnego dnia wypucowane auto, i do tego z pełnym bakiem, stało przed  domem aktora w Podkowie Leśnej.

– Jak  złodzieje oddali ten samochód, to Olbrychski mało Pawlikowi w dupę nie wszedł z wdzięczności. Potem się na wódce spotykali, i koleżkami się stali. Mocno się zakumplowali. Przecież Olbrychski musiał widzieć, że to jest prymityw, człowiek który gnębił ludzi i do tego wierchuszka gangu. Mimo to sprzedał się za stary samochód? – Masa jakby nie dawał wiary.

– Pamiętasz jakie to auto było?

– A skąd,  ty myślisz, że ja sobie głowę zawracałem jakimiś szrotami, jak ja mercedesem klasy wtedy jeździłem. – Masa nie kryje pogardy dla przechodzonych aut.

– Skradziono mu dwunastoletniego terenowego nissana patrol.

– Widzisz sam, że to nie jest moja półka. Stwierdza Masa i zmienia nieco temat – Olbrychski był potem na pogrzebie Pawlika, nawet niósł trumnę.

– Skąd wiesz, że niósł? Przecież ciebie tam nie było?

– Ale byli moi znajomi taksówkarze i mi o tym opowiadali. Potem po pogrzebie to grób Pawlika był kilka razy niszczony, przez ludzi, którym  za życia dokuczył, i którzy raczej oceniali go inaczej niż odtwórca Azji Tuhajbejowicza.  – dodaje Sokołowski.

Tak natomiast relacjonował ceremonię pogrzebową w 2004 roku  Super Express: „Ryszard Pawlik, legenda gangu pruszkowskiego, nie żyje. Zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. W środę pożegnali go rodzina i znajomi. Wśród nich m.in. Daniel Olbrychski (59 l.) wraz ze swoją menedżer. Kościół św. Kazimierza i cmentarz w Pruszkowie w środę, 26 maja, wypełniły tłumy. W ostatnią drogę odprowadzili gangstera: rodzina, jego znajomi oraz dawni i obecni kompani. Zabrakło najbliższych współpracowników z zarządu „Pruszkowa” – prawie wszyscy odsiadują wyroki. Nie zjawił też Jerzy W. ps. Żaba, który teraz jest na wolności, ale – jak mówiono – przysłał swoich ludzi, którzy złożyli wieniec”. – relacjonował dziennik i zapytał   menedżer aktora – Krystynę Demską o przyczynę udziału w pogrzebie gangstera. „Byliśmy z Danielem na pogrzebie Ryszarda, którego znaliśmy  jako „Krzysia” i bardzo dobrego człowieka. Wiedzieliśmy, że był kiedyś
gangsterem, jednak z Danielem znamy też jego inne oblicze: faceta kupującego drogie leki emerytkom, ukochanego przez swoją pasierbicę i powszechnie szanowanego. I tej jego drugiej, dobrej twarzy przyszliśmy oddać hołd” – mówiła wówczas Dębska dziennikarzom Super Expressu.

Udział aktora w pogrzebie gangstera wywołał ożywioną dyskusję w mediach.  Artyści, którzy wypowiadali się na ten temat byli dość powściągliwi w ocenie tego zdarzenia. Maryla Rodowicz, Janusz Rewiński i Jan Nowicki chwalili postawę Daniela Olbrychskiego, gdyż ich zdaniem nie powinno  wypierać się znajomych w takiej chwili: „Człowiek, który umiera, jest święty. W naszej katolickiej tradycji o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale. Może to przesada w wypadku członka mafii, ale uważam, że każdego człowieka należy pożegnać i zmówić nad jego grobem Zdrowaś Mario” – tłumaczył Jan Nowicki, którego wypowiedź przytoczył Onet. Także Bożena Dykiel i Olaf Lubaszenko  poszliby na pogrzeb przyjaciela „nawet jeżeli stałaby za nim dość szemrana przeszłość”.

Masa ma jednak  na ten temat odmienne zdanie: –  Nie można sprzedać się za garść srebrników- twierdzi świadek koronny(…)

Jest to fragment książki Janusz Szostaka „Bandyci i celebryci”. KSIĄŻKĄ TU DO KUPIENIA

Janusz Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ