Nie dali dziecku szans na życie

0
1663
Kornelka w ramionach mamy

Święta Wielkanocne w rodzinie Katarzyny Malińskiej miały być w tym roku wyjątkowo piękne, w otoczeniu rodziny i nowonarodzonej córeczki. Niestety upłynęły w smutku. Córeczka pani Katarzyny zmarła w czasie porodu. Kto ponosi winę za to, że zdrowa ciąża zakończyła się śmiercią dziecka? Rodzina pani Katarzyny wini za to Szpital Powiatowy w Sochaczewie, który jej zdaniem nie dołożył starań, aby poród zakończył się szczęśliwie. Sprawą zajmuje się prokuratura.

Ciąża była zdrowa, wszystko przebiegało prawidłowo bez najmniejszych zakłóceń. Szczęśliwie z mężem oczekiwaliśmy terminu narodzin córeczki. Od początku wiedzieliśmy, że będzie to dziewczynka. Jest już dwóch chłopców w wieku 7 i 10 lat. Czekaliśmy na dziewczynkę, wymarzoną i wytęsknioną. Wyniki były bardzo dobre. Termin porodu wyznaczony na 10 marca – wspomina pani Katarzyna.

Pech za pechem

Młoda kobieta dzień przed wyznaczonym terminem, w czwartek 9 marca, pojechała na badania do szpitala. Wykonano jej badanie KTG (zapis skurczy i tętna płodu). Wszystko było w porządku. Lekarz zalecił, aby w zbliżający się weekend wybrała się na spacery, bo to przyspieszy poród i będzie on bardziej łagodny. Minął wyznaczony termin, i w nocy z 11 na 12 marca pani Katarzyna poczuła pierwsze skurcze. Rodzina zaczęła ją pośpieszać, aby nie czekać i szybko jechać do szpitala. Rano, tuż po 8.00 przyjechała z mężem do Szpitala Powiatowego w Sochaczewie.

Już od wejścia zaczęły się problemy. W szkole rodzenia, w której byłam, radzili mi, aby nie iść od razu na oddział, ale na SOR. A tam okazało się, że winda nieczynna. Panie tam pracujące zaczęły się zastanawiać, kto ma iść po wózek dla mnie. W końcu poszłam na pierwsze piętro po schodach. Pojawiła się położna i zaczęły badania – opowiada.

Podłączyły ją do KTG i wszystko było nadal w porządku. Gdy zaczęły badać ciśnienie, okazało się, że w aparacie są rozładowane baterie. Pomiaru udało się dokonać dopiero za trzecim razem. Następnie pacjentkę skierowano na salę porodów rodzinnych, do sali Lawendowej. Pani Katarzyna z mężem zdecydowali, że poród odbędzie się wspólnie.

Brak decyzji o cesarce

Po ponownym podłączeniu KTG – o godzinie 11.20 – zostali sami. W razie potrzeby, czyli nasilonych skurczy, mieli wzywać położne. 30 minut później (o 11.50) nastąpił gwałtowny skok tętna dziecka i pani Katarzyna poczuła niesamowity ból. Na wykresie z badania widoczne są skoki i zaniki tętna dziecka.

Mąż pani Katarzyny wezwał położne, a o godzinie 12.00 dołączyła do nich lekarka, która pełniła tego dnia dyżur. Czas upływał. Nasilał się ból, a decyzja nie zapadała.

Okazało się, że potrzebna jest moja zgoda i zaczęli robić ze mną wywiad anestezjologiczny na temat mego zdrowia. A przecież wszystko było podane przy przyjęciu do porodu, i wszystkie wstępne dane mieli. Dopiero o 12.15, czyli 25 minut od wahnięcia tętna dziecka, podjęli decyzję o cesarskim cięciu. Cały czas miałam bardzo silne, wręcz potworne bóle. Okazało się, że muszę wstać i o własnych siłach przejść na salę, na zabieg. Minuty uciekały, a mnie pod ręce prowadzono na salę cięć. Potem musiałam się wdrapać na łóżko po schodkach i zrobili mi znieczulenie w kręgosłup – podpajęczynówkowe. Musieli się wkłuwać aż dwa razy, bo za pierwszym razem nie wyszło. W następstwie wystąpił u mnie zespół popunkcyjny z potwornym bólem głowy i sztywnością karku, trwający kilka dni. A przecież są inne, szybsze metody znieczulenia, które działają szybciej – mówi pani Katarzyna.

Dziecko z brzucha zostało wyjęte o godzinie 12.35, czyli po 45 minutach od pojawienia się zakłóceń w tętnie i silnego bólu skurczowego u pacjentki. Prawdopodobnie odkleiło się łożysko i prawdopodobnie dziecko zadusiło się.

Byłam cały czas pod opieką lekarzy i nie potrafili nic zrobić. Przeciągały się decyzje i procedury, a czas uciekał. Nie dali mojemu dziecku szans na przeżycie. W trakcie zabiegu panowała straszna cisza. Nikt nic mi nie mówił. Po wykonaniu cięcia przełożyli mnie na drugie łóżko i zawieźli na salę, w której czekał mój mąż. Pytałam go, co z małą, ale on też tego nie wiedział. Nikt nas o niczym nie informował – żali się kobieta.

Bez oznak życia

Nikt z rodziny nie spodziewał się najgorszego. Po godzinie od zabiegu małżonkowie Malińscy dowiedzieli się, że dziecko urodziło się w wyniku cesarskiego cięcia bez oznak życia. Reanimacja oraz adrenalina i tlen nic nie dały. Dziewczynka miała 3,43 kg i 56 cm długości.

Grób małej Korneli obsypany kwiatami
Grób małej Korneli obsypany kwiatami

Tak bardzo chcieliśmy mieć córkę. Taka była wyczekana. Świat zawalił nam się kompletnie – mówi ze łzami w oczach młoda mama – Tyle innych mam pojawiło się na pogrzebie. My zaś mamy żal do szpitala, bo to ewidentne ich zaniedbanie. My zbyt im zawierzyliśmy. Mam wrażenie, że położne podeszły do nas zbyt rutynowo. To dziecko będzie zawsze obecne w moim życiu. Ten ból nigdy nie minie. Zawsze będę się zastanawiać, jaka by była. Nie chcemy, aby taka historia przytrafiła się innej rodzinie, i dlatego nasza rodzina zgłosiła sprawę do prokuratury – stwierdza pani Katarzyna.

Sprawa dotycząca śmierci noworodka trafiła do Prokuratury Rejonowej w Sochaczewie. W tej chwili trwa oczekiwanie na wyniki sekcji zwłok. Jakie będzie dalsze działanie prokuratury i kto poprowadzi sprawę? To pytanie skierowaliśmy do prokuratora rejonowego w Sochaczewie. Tuż przed świętami otrzymaliśmy odpowiedź: „W odpowiedzi na pismo uprzejmie informuję, iż we wskazanej sprawie Prokuratura Rejonowa w Sochaczewie wszczęła śledztwo, które jest prowadzone w przedmiocie czynu z artykułu 160 paragraf 2 kodeksu karnego w zbieżności z artykułem 155 kodeksu karnego w związku z artykułem 11 paragraf 2 kodeksu karnego. Postępowanie w celu dalszego prowadzenia zostało przekazane do Prokuratury Regionalnej w Łodzinapisała Joanna Szymaniak, Prokurator Rejonowy w Sochaczewie.  

Kto zaniedbał sprawę porodu, czy Szpital poniesie jakieś konsekwencje swego niedopełnienia obowiązków i kto bezpośrednio ponosi winę za niedbalstwo? – zapytaliśmy Piotra Szenka, dyrektora Szpitala Powiatowego w Sochaczewie. Cierpliwie czekamy na odpowiedź. Jak na razie bezskutecznie, choć pismo zostało odebrane, na co mamy potwierdzenie.

Bogumiła Nowak

Fot. archiwum rodzinne p. Malińskich

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ