ZAKOPYWANIE SPRAWY OLEWNIKA

0
3346

W tej sprawie przerażające jest nie tylko samo uprowadzenie, morderstwo i zwodzenie za nos bliskich porwanego. Straszne jest też to, że żaden z policjantów i prokuratorów, którzy ewidentnie zawalili śledztwo i pośrednio przyczynili się do śmierci Krzysztofa, nie poniosą żadnej odpowiedzialności. Tak jakby Polsce śledczym wolno było wszystko. Jakby byli bezkarni. Czy będą? Wkrótce sprawa dotycząca „zaniedbań obowiązków” przez mundurowych prawdopodobnie trafi do Strasburga.

Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku wciąż bada sprawę, kontroluje, sprawdza. Ale z ostatnich jej ustaleń niewiele nowego wynika. Wydawało się niemal pewnym, że do odpowiedzialności zostaną pociągnięci przynajmniej niektórzy policjanci zajmujący się śledztwem w jego początkowej fazie. Tymczasem postępowanie umorzono ponad rok temu, a w innej sprawie dwóch z nich uniewinniono.
Przekazane Reporterowi dokumenty – dotyczące tego umorzenia – wskazują jednak, że skala naruszeń i przede wszystkim zaniechań śledczych jest jeszcze większa niż przypuszczano.
Jednak według gdańskiej prokuratury nie pozwala to na skazanie ani jednego prokuratora czy policjanta. Nawet jeśli mogli oni sprowadzić Krzysztofa do domu żywego, ale z różnych względów tego nie zrobili.
– Nikt poza „siekierą” nie poniósł odpowiedzialności. A przecież tę „siekierę” trzymała „ręka”, którą kierowała „głowa” – komentuje Włodzimierz Olewnik, ojciec zamordowanego.

Skandal goni skandal

Do najgłośniejszego uprowadzenia w historii III RP doszło w 2001 roku. Wówczas 25-letni Krzysztof Olewnik – syn płockiego przedsiębiorcy – został porwany ze swojego domu na obrzeżach Drobina. Nastąpiło to po imprezie, w której udział brało udział 7 policjantów. Dwa dni później do rodziny zgłosili się porywacze, żądając okupu w wysokości 300 tysięcy dolarów. Krótko potem przyszedł anonim, który mógł doprowadzić do uwolnienia 25-latka, ale policja nie podjęła żadnych konkretnych działań w tym kierunku. Podobnie było z informacją o osobie, która zakupiła telefon, z którego dzwonili porywacze z żądaniem okupu. Na ten sygnał policja też nie zareagowała.
Przestępcy wielokrotnie zresztą kontaktowali się z rodziną Olewników, zwodząc ich, lecz mimo licznych kontaktów policjanci nie namierzyli bandytów. Z podobnym brakiem reakcji śledczych spotkał się nawet anonimowy list, którego autor wymieniał nazwiska porywaczy.
Po częstych zmianach prokuratorów, w lipcu 2003 roku przekazano wreszcie okup, którego kwota ostatecznie wyniosła 300 tysięcy euro. Wcześniej doszło do kilkunastu bezskutecznych prób jego dostarczenia. Mimo tego – zamiast wypuścić Krzysztofa – bandyci dwa miesiące później udusili go, przypuszczalnie za pomocą foliowego worka. Jednak nikt o tym jeszcze nie wiedział. W dodatku 2004 roku policjantom ukradziono samochód z najważniejszymi dokumentami w sprawie. Przypadek, czy celowe działanie?
W 2006 roku – po aresztowaniu jednego porywaczy – wreszcie odnaleziono zwłoki uprowadzonego. Były zakopane pod Ostrołęką. Trójka porywaczy: Wojciech Franiewski, Sławomir Kościuk i Robert Pazik – zmarła rok po roku w latach 2007-2009. Według oficjalnej wersji wszyscy trzej mieli popełnić samobójstwa w więziennych celach. Czyżby działanie słynnego „seryjnego samobójcy”?
Natomiast niejaki „Skwara”, który miał być świadkiem koronnym w sprawie, zmarł na zawał serca, na kilka tygodni przed złożeniem najważniejszych zeznań.

Wszechwładny komendant

Do tego rzekomo zmarł – krótko po zamordowaniu Krzysztofa – Maciej Książkiewicz, który osobiście nadzorował pracę grupy operacyjnej namierzającej porywaczy. Do 1999 roku był on płockim komendantem policji, zaś po reformie administracyjnej, został zastępcą komendanta Mazowieckiej Komendy Policji w Radomiu. Przez pewien czas lansowano nawet jego kandydaturę na fotel komendanta głównego. Dziś nie wszyscy chcą pamiętać, że w tamtym czasie był mocno popierany przez działaczy PSL.
Książkiewicz, to najbardziej tajemnicza postać tej historii. Nie dość, że miał pod sobą tysiące policjantów, to jeszcze zaskakująco dobrze radził sobie w biznesie. Według niektórych osób żadne ważne interesy w regionie nie mogły odbywać się bez jego wiedzy. I chciał je robić również z ojcem Krzysztofa, ale ten się nie zgodził.
Podczas prac sejmowej komisji śledczej Włodzimierz Olewnik ujawnił, że Książkiewicz chciał aby pomóc mu w zakupie zakładów mięsnych m.in. w Płocku i Warszawie: – Podsunął znajomego do spółki, ale ja nie lubię spółek. Powiedział, że jak on pomoże, to cena nie będzie wysoka.
Po tej odmowie Książkiewicz miał rzekomo stwierdzić, że Olewnik gorzko tego pożałuje.
Maciej Książkiewicz mieszkał w ogromnej luksusowej posiadłości w Korzeniu Rządowym, pod Płockiem. W posiadłości, na zakup której nigdy nie starczyłoby mu policyjnych zarobków. To wskazywało, iż mógł brać łapówki. Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku oraz CBA przez dwa lata gromadziły dowody korupcyjno-biznesowych powiązań Macieja Książkiewicza. Bez efektów.
Niewykluczone, że śmierć Macieja Książkiewicza została sfingowana. Według nieoficjalnych informacji mieszka on obecnie za naszą wschodnią granicą. Gdańska prokuratura stwierdziła: „Okoliczności zgonu i kremacji ciała M. Książkiewicza mogą budzić wątpliwości”. Jak zauważa prokurator: na miejsce nagłego zgonu nie tylko nie skierowano policji, ale nawet nie została ona zawiadomiona. Nie przeprowadzono również sekcji zwłok. Zaś ciało szybko poddano kremacji, mimo, że – zdaniem przyjaciół komendanta – Książkiewicz nigdy nie mówił, że chce być skremowany. Mimo to prokurator stwierdza: „nie ujawniono żadnych wiarygodnych okoliczności potwierdzających pojawiające się plotki o spreparowaniu własnej śmierci przez M. Książkiewicza”. I śledztwo zostaje umorzone.
Maciej Książkiewicz wykazywał duże zainteresowanie śledztwem w sprawą porwania Krzysztofa Olewnika. Bardzo często kontaktował się z Remigiuszem M. – szefem grupy operacyjno-dochodzeniowej i bardzo interesował się postępami w sprawie. Jak się później okazało, Książkiewicz miał także duży wpływ na dobór członków zespołu wyjaśniającego to porwanie.
Być może to za jego sprawą nieoficjalnie próbowano przeforsować wersję o samouprowadzeniu się Olewnika. Podtrzymywali ją niektórzy członkowie grupy zajmującej się sprawą.
Włodzimierz Olewnik nie wyklucza, że za wszystkim mógł stać właśnie Maciej Książkiewicz: – On ponoć zmarł dwa tygodnie po śmierci Krzysztofa – Włodzimierz Olewnik zaznacza zbieżność dat – A właściwie „niby zmarł”, bo uważam, że ta jego śmierć była dość dziwna. W zasadzie nie wiadomo w jakich zmarł okolicznościach.
Należy tu odnotować, że Książkiewicz w aktach gdańskiej prokuratury, na których opieramy ten tekst, pojawia się rzadko i jego rola nie jest aż tak wyeksponowana, jak mogła się rzeczywiście rysować w tej sprawie. Można to jednak usprawiedliwić tym, że z racji rzekomej śmierci nie mógł być podmiotem śledztwa prokuratorów. Jego ciało miało zostać skremowane, więc nie sposób ustalić czy rzeczywiście nie żyje. Z pewnością miał tyle pieniędzy i możliwości, aby sfingować swoją śmierć i załatwić sobie drugą tożsamość.
Gdy rodzina Olewników, po kilku latach, wynajęła prywatnego detektywa, aby sprawdził, czy komendant na pewno zmarł, ów detektyw został aresztowany zanim w ogóle zaczął działać.

Akta w fekaliach

Sporo kontrowersji wzbudziło też zalanie 231 dowodów rzeczowych z tej sprawy, do którego doszło w czerwcu 2008 r. w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Wtedy miała pęknąć tam rura i zalać materiały fekaliami. Śledztwo po miesiącu umorzyła tamtejsza prokuratura, nie dopatrując się przestępstwa.
Natomiast rok później, pod koniec lipca, włamano się do domu obrońcy policjantów, z którego skradziono laptopy i dwa tomy akt z materiałami sprawy. Kilkanaście dni później okradziono asystentkę posła, który zasiadał w istniejącej już wówczas sejmowej komisji ds. zabójstwa Olewnika. Jej skradziono laptopa i dyktafon. Co ciekawe, z mieszkania nie zginęły pieniądze.
Ta szokująca sprawa obfituje również w wiele innych skandalicznych okoliczności, jednak wszyscy mieli nadzieję, że po raporcie sejmowej komisji śledczej, która w 2011 roku zakończyła prace z wieloma wnioskami dotyczącymi konieczności zmiany prawa, do odpowiedzialności zostaną pociągnięte również osoby z policji i prokuratury, przez które nie odnaleziono Olewnika. Gdyby śledztwo było prowadzone co najmniej przyzwoicie, to najprawdopodobniej Krzysztofa Olewnika udałoby się uwolnić.
Dziś wiemy, że nikt nie poniesie kary za te zaniedbania. Wiemy też – z przekazanych niedawno naszej redakcji dokumentów – że kilku policjantów i kilku prokuratorów nie przemęczało się, „wyjaśniając” tę sprawę. Wnioski płynące ze śledztwa Gdańskiej Prokuratury Apelacyjnej w wielu miejscach są szokujące.

Chaos i brak logiki

Szereg dziwnych zdarzeń rozpoczął się w sobotę 27 października 2001 roku, gdy Jacek K. rano zawiadomił policję, że w domu jego przyjaciela i jednocześnie wspólnika Krzysztofa Olewnika jest mnóstwo krwi, a mieszkanie zostało częściowo zdemolowane. Nie było też BMW Krzysztofa.
Na miejscu zjawił się – mający tego dnia dyżur – prokurator Andrzej Nowakowski, który powinien prowadzić osobiście czynności lub przynajmniej nimi kierować. To był jego obowiązek. A zbieranie dowodów trwało długo, bo aż 14 godzin. I już na tym etapie ustalanie prawdziwego przebiegu wydarzeń zaczęło się komplikować, bowiem zeznania policjantów, którzy byli tam tego dnia, są ze sobą sprzeczne. Praktycznie nie sposób ustalić, jak wyglądały te czynności ani kto je wykonywał. W dodatku część policjantów stwierdziła, że prokurator nie brał udziału w czynnościach. A ci, którzy twierdzili, że jednak brał, byli bardzo niepewni swoich zeznań. Wiele wskazuje też na to, że w przesłuchaniach uczestniczyli wyłącznie policjanci.
Prokurator nie sporządził nawet notatki. Dopiero później zeznał, że gdy przybył na miejsce, policja jak gdyby nigdy nic prowadziła już tam swoje oględziny, nie pytając go nawet o zgodę.
„Brak jakiejkolwiek aktywności śledczej i organizacyjnej prokuratora Nowakowskiego doprowadził do szeregu uchybień w realizacji czynności śledczych, które w późniejszym czasie stanowiły i nadal stanowią niezwykle poważne utrudnienie w wyjaśnieniu rzeczywistego przebiegu zdarzeń” – stwierdziła gdańska prokuratura. I dodała, że postępowanie Nowakowskiego wypełniło znamiona czynu zabronionego z art. 231 par. 1 kodeksu karnego, zgodnie z którym funkcjonariusz publiczny, który przekraczając uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do 3 lat.
Sporo nagrabili też sobie policjanci, m.in. pozwalając krzątać się po domu osobom spoza ekipy dochodzeniowo-śledczej. Część zeznających nazwało to po imieniu: „chaos”.
Na miejscu pojawili się też wysocy rangą mundurowi z komendy wojewódzkiej w Radomiu i miejskiej w Płocku. Gdańska prokuratura ów chaos podsumowała stwierdzeniem: „oględziny nie zostały przeprowadzone w oparciu o jakiekolwiek znane kryminalistyce zasady taktyczne”. Ponadto „określenie miejsca granic oględzin, zbieranie i zabezpieczenie śladów było zupełnie przypadkowe i pozbawione logicznego rozumowania”.
To wszystko doprowadziło do tego, że nie obejrzano dokładnie chryslera Olewnika, którym po imprezie rozwoził gości, nie sporządzono odlewów śladów opon przed domem, nie poddano oględzinom łazienki, garażu, ani nawet przedmiotów ze stołu biesiadnego, poza jedną butelką po alkoholu. Zabezpieczono też ledwie jeden ślad krwi, choć w domu było ich więcej. Amatorszczyzna pełną gębą. Zaniechania i zaniedbania policjantów również zostały uznane za wypełniające znamiona czynu zabronionego z art. 231 par. 1 kk.
Jednak kluczowa przy analizie tej części wniosków gdańskiej prokuratury okazuje się postać policjanta Jarosława C.: „Ewidentność naruszenia zasad kryminalistyki i pragmatyki zawodowej przy przeprowadzeniu oględzin miejsca zdarzenia wskazuje na umyślność zachowania” – czytamy w dokumencie – „Postępowanie w przedmiocie definitywnego rozstrzygnięcia o odpowiedzialności karnej Jarosława C. we wskazanym zakresie, musi jednak zostać umorzone ze względu na przedawnienie karalności czynu”.

Śledczy robili co chcieli

Do najpoważniejszych uchybień i zaniedbań doszło jednak później. Sprawa trafiła pod skrzydła prokuratora Leszka Wawrzyniaka, z prokuratury w Sierpcu, który wszczął śledztwo dwa dni po uprowadzeniu Olewnika. Jego nadzór nad sprawą został później oceniony jako słaby, zaś jego postawa jako bierna. Tak jakby zostawił mundurowym wolną rękę, nie licząc dwóch rozmów telefonicznych z nimi. A z drugiej strony szedł im na rękę, gdy chcieli zakładać podsłuchy, wykazy połączeń i przeszukania.
Cztery dni po uprowadzeniu – poprzez wydanie niejawnego dokumentu – zapadła decyzja komendanta wojewódzkiego (bezpośredniego przełożonego Książkiewicza) o powołaniu grupy operacyjno-dochodzeniowej. Ale ponieważ był on niejawny, doszło do tak absurdalnej sytuacji, że prokurator nie miał wglądu do składu osobowego współpracującej grupy funkcjonariuszy. Jej kierownikiem został Remigiusz M. z komendy wojewódzkiej, zaś jednym z członków Maciej L. Kilka dni później do tego zespołu dokooptowano Kazimierza K., który…bawił się na imprezie z Krzysztofem Olewnikiem, w noc poprzedzającą jego zniknięcie. Formalnie był więc świadkiem i nie powinien tej sprawy badać.
Ta grupa zajmowała się sprawą przez niemal trzy lata, również po przeniesieniu jej do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Dopiero w sierpniu 2004 roku jej zadania przejęło CBŚ. W tym czasie – po prokuratorze Wawrzyniaku – nadzorowało ją jeszcze trzech kolejnych prokuratorów. I już pierwszy z nich – po zapoznaniu się z aktami – starał się o zmianę jednostki policji, gdyż przydzielony zespół policyjny został oceniony bardzo negatywnie. Trudno się zresztą dziwić, skoro np. między listopadem 2002 roku (rok po uprowadzeniu) a lutym 2003 roku policjanci nie wykonali praktycznie ani jednej czynności aby wyjaśnić sprawę.
Gdy między kwietniem 2003 roku a wrześniem 2004 roku nadzorował ją prokurator Robert Skawiński z Warszawy, doszło do najważniejszych wydarzeń. W lipcu 2003 roku przekazano okup, we wrześniu zamordowano Krzysztofa Olewnika, a w czerwcu 2004 roku ukradziono radiowóz w Warszawie, w którym znajdowały się główne akta śledztwa. Zatem w kierunku tego prokuratora posypała się fala krytyki.
Trudno się temu dziwić czytając ocenę jego działań, którą nakreśliła gdańska prokuratura: był bierny, obdarzał zbyt dużym zaufaniem mundurowych i nie wykazywał się własną inicjatywą. „Wykazanie przez niego większego zaangażowania w sytuacji związanej z przekazaniem pieniędzy za uprowadzonego mogły wymusić na funkcjonariuszach bardziej efektywne działanie” – zauważa gdańska prokuratura – „Akcja zabezpieczenia i przekazania okupu przeprowadzona została nieprofesjonalnie, oględziny miejsca zdarzenia (przekazania pieniędzy – przyp. red.) przeprowadzono (dopiero) po trzech dniach w sposób niezgodny z regułami procedury karnej, osoby uczestniczące w przekazaniu okupu przesłuchano (dopiero) trzy tygodnie po zdarzeniu w sposób lakoniczny, bez ustalenia wielu istotnych szczegółów. (…) Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że (prokurator) w zupełnie bezgraniczny i bezkrytyczny sposób opierał się na ustnych relacjach, zapewnieniach, informacjach policjantów z grupy kierowanej przez Remigiusza M. Słowa samego kierownika grupy były dla prokuratora pewnikiem i nie stanowiły przedmiotu żadnej weryfikacji”.
Co warte podkreślenia, gdańska prokuratura oceniła częste zmiany prokuratorów jako szkodliwe dla sprawy. Wszystkie one znacznie odwlekały rozwiązanie zagadki uprowadzenia. Najmniej zarzutów pod tym względem wystosowano wobec działań pań prokurator, które nadzorowały śledztwo przed Skawińskim. Jak wynika z dokumentów, zmiany ich obu nie znajdują żadnego wytłumaczenia. Można nawet przypuszczać, że odsuwano je, ponieważ za dobrze im szło. Zamiast nich sprawa na najważniejszym etapie przez większość czasu była u dwójki prokuratorów, którzy byli najmniej efektywni. Broni ich tylko to, że policjanci – według treści dokumentu – przekazywali im informacje niepełne i fragmentaryczne, więc nie mieli pełnej wiedzy o postępach. A właściwie ich braku.
Z akt można również wywnioskować, że śledztwem mocno interesowała się Komenda Główna Policji – jej funkcjonariusze odwiedzali policjantów zajmujących się sprawą (choć nie każdy z grupy był tego świadomy), sprawując tzw. nadzór ogólny i udzielając niewielkiego wsparcia. Większe zainteresowanie wykazywał za to wspomniany wcześniej Maciej Książkiewicz.
„Wszystkie osoby, które mogły i powinny wpływać na jakość pracy policjantów z grupy kierowanej przez Remigiusza M. popełniły błąd, jakim było oparcie się w swoich ocenach prawie wyłącznie na stanowisku przedstawianym, najczęściej ustnie, przez nadzorowanych funkcjonariuszy” – podsumowuje ten etap gdańska prokuratura. Jest zatem jasne, że grupa policjantów miała za dużo swobody i możliwości działań. Mogła praktycznie robić co chciała.

Policjanci jak z dowcipów

W maju 2004 roku, czyli już po przekazaniu okupu i morderstwie – ale jeszcze przed ujawnieniem zwłok i kradzieżą radiowozu z najważniejszymi dokumentami – prokurator Skawiński poprosił policjantów o przedstawienie akt sprawy z analizą bilingów telefonicznych w ciągu następnych 9 dni. Jak bardzo musiał być zdziwiony, gdy już nazajutrz wpłynął wniosek Remigiusza M. o wydanie postanowień przeszukania miejsc zamieszkania Kościuka i Franiewskiego, którzy później okazali się porywaczami oraz „Skwary”, który był później świadkiem koronnym. Jak się bowiem okazało, z jednej – tej samej karty telefonicznej – wykonano telefony i do rodziny Olewników, i do mieszkania Kościuka, i do komendy w Słubicach, gdzie akurat toczyło się postępowanie przeciwko Kościukowi.
Na początku czerwca 2004 roku, gdy policjant Maciej L. odebrał wytyczne prokuratora Skawińskiego wraz z aktami sprawy, dziwnym zbiegiem okoliczności skradziono mu radiowóz, którym przyjechał z innym policjantem i w którym były dokumenty. Zniknął on bez śladu spod Dworca Centralnego w Warszawie, gdzie znajdowało się wiele kamer. Mimo to ani auta, ani akt nigdy nie odnaleziono. O wyjeździe do stolicy wiedziała ledwie garstka osób. Dzień później ojciec Krzysztofa dostał anonim o treści „Akta miały zniknąć”.

Nieznany zleceniodawca

Sprawa nabrała tempa dopiero jesienią 2004 roku, kiedy odebrano ją zespołowi Remigiusza M. Jak można wyczytać w aktach gdańskiej prokuratury, dopiero wtedy rozpoczęto szczegółową analizę zabezpieczonych śladów kryminalistycznych, powoływano biegłych celem badania tych śladów oraz wykonywano analizy danych teleinformatycznych. Nawet ślady daktyloskopijne zaczęto na poważnie badać dopiero wtedy – 3 lata po uprowadzeniu!
Znalazła się też kaseta z monitoringu z warszawskiego sklepu z 28 października 2001 roku – czyli dzień po porwaniu – na której uwieczniono zakup telefonu komórkowego przez osobę związaną z porywaczami. To z tego aparatu wykonywano później połączenia do rodziny Olewników. Ironią jest, że Remigiusz M. miał na temat tego zakupu wiedzę już kilkanaście dni po zaginięciu Olewnika, ale kobietę, która sprzedała telefon, przesłuchano w charakterze świadka pierwszy raz dopiero w maju 2005 oku.
I to był cud, który przełamał śledztwo. Bo nie da się inaczej wytłumaczyć tego, że pamiętała ona osobę, której sprzedała 4 lata wcześniej telefon. Bo wtedy wydało jej się nienormalne, że ktoś kupuje za 700 złotych telefon na kartę, który mógł nabyć za 1 zł w abonamencie. Wystarczyło z nią porozmawiać. Co prawda policjant Maciej L. zrobił to już kilkanaście dni po uprowadzeniu, ale przekazanych przez nią informacji nie wykorzystano.
Kościuka aresztowano w listopadzie 2005 roku. Rok później przyznał się on do winy i ujawnił zwłoki Krzysztofa oraz doprowadził do zatrzymania innych sprawców. Jak się okazało, porwanego przetrzymywano w szambie. Zabito go natomiast i zakopano w lesie w gminie Rzewnie. Ciało było dobrze ukryte, niemal 2 metry pod ziemią, owinięte w siatkę. Sprawa była już wówczas przeniesiona na prośbę rodziny Olewników do prokuratury w Olsztynie.
Trzeba odnotować, że tu też co prawda gdańska prokuratura miała swoje zastrzeżenia, jednak dotyczyły głównie one sposobu odnalezienia zwłok i ich identyfikacji. Kościuka prowadzono po lesie w nocy. Jak wynika z nagrania kamerą, o godzinie 3.00 – gdy wskazał jego zdaniem prawidłową lokalizację – kobiecy głos krzyknął „y, y, y” (to cytat za protokołem). Wówczas przestępca stwierdził. – Nie to miejsce – jakby ktoś mu coś podpowiedział i przez to poszedł gdzieś indziej. Nagranie z tego zdarzenia też budziło wątpliwości, bowiem w jego trakcie wyczerpała się bateria i jest niepełne.
Gorsze było jednak to, co stało się w olsztyńskim laboratorium kryminalistycznym. Gdy pod koniec 2009 roku podjęto próbę sprawdzenia, czy znajduje się tam materiał kostny pobrany z miejsca zakopania zwłok, nie natrafiono ani na ten materiał, ani na żadne dokumenty, które wskazywałyby czy tam w ogóle był i gdzie ewentualnie się znajduje. Jak się okazało, nigdy nie zarejestrowano ich w systemie. Miesiąc później zdecydowano się zatem na ekshumację. Dopiero ona potwierdziła, że to rzeczywiście zwłoki Krzysztofa Olewnika. Te zaniedbania i nieścisłości zakwalifikowano jednak jako nieposiadające znamion czynu zabronionego.
Wtedy już jednak i tak trójka porywaczy nie żyła. Ponieważ ciężko zakładać, że policjanci zajmujący się sprawą byli aż tak słabi, żeby tak spartolić tę sprawę, już wówczas wszyscy byli przekonani, że między nimi a porywaczami działał zleceniodawca porwania i morderstwa Krzysztofa, kontrolując ich poczynania. Nie ustaliła go jednak sejmowa komisja śledcza, choć bez wątpienia jej działania przyczyniły się do zmian legislacyjnych, które kiedyś może poskutkują funkcjonowaniem lepszych procedur.
– Jestem bardzo zadowolony z działań komisji śledczej – mówi Reporterowi Włodzimierz Olewnik, który długo zabiegał o rzetelne zajęcie się sprawą. – Mimo że zasiadali tam członkowie różnych partii, do tej sprawy podeszli bez zbędnych kłótni, uczciwie, mówiąc zgodnie jednym zdaniem. Nie mieszali w to polityki, tylko zależało im na prawdzie.
Ojciec zabitego 25-latka już nie odzyska syna, ale wspólnie z bliskimi walczy dalej o sprawiedliwość. Podejrzewa, że w porwaniu mógł brać udział również przyjaciel Krzysztofa.

Mistrzowie umarzania

Gdańska prokuratura apelacyjna prowadziła w sprawie Krzysztofa Olewnika kilka postępowań i prawie wszystkie już się zakończyły. To, na którym opiera się niniejszy artykuł, dotyczyło głównie działań policjantów. W umorzeniu – z 31 grudnia 2013 roku – prokuratura stwierdziła, że część funkcjonariuszy wypełniła znamiona przestępstwa z art. 231 par. 1 kk, poprzez niewykonanie obowiązków wynikających z przepisów prawa lub innych źródeł (np. polecenia). Tyle, że „genialna” polska jurysdykcja – między innymi wyrokami Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego – pozwoliła funkcjonariuszom publicznym migać się od tej odpowiedzialności: „Samo niedopełnienie obowiązków, jeżeli jest tylko nieumyślne, a nie zamierzone, nie stanowi przestępstwa, gdy jest działaniem tylko na szkodę lub szkodę powoduje, ale nie mającą cechy istotnej” – stwierdziła prokuratura.
Śledztwa względem podejrzanych śledczych umarzano zatem z powodu przedawnienia karalności (jedno śledztwo) oraz ustaleń, że czyny nie zawierają znamion czynu zabronionego (sześć śledztw).
– Postępowanie w tym zakresie jest już sądownie zakończone, prawomocnie rozstrzygnięte i w tym zakresie żadne czynności nie są już prowadzone – mówi Mariusz Marciniak, rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku. – Obecnie odnośnie tej sprawy nasza prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie udziału innych nieustalonych osób w porwaniu dla okupu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika. Mam tu na myśli na przykład ewentualny udział wspólnika Jacka K. lub lokalnych biznesmenów.
Wcześniej podobne śledztwa umorzono względem polityków, których rodzina Olewnika informowała o nieprawidłowościach i prosiła o pomoc. Zarzuty niedopełnienia obowiązków usłyszeli natomiast wcześniej Remigiusz M. i Maciej L. Uniewinnił ich jednak Sąd Okręgowy w Płocku, a jego decyzję utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny w Łodzi. Jak dowiaduję się w prokuraturze, kasacja jest już niemożliwa, gdyż po drodze sprawa się przedawniła.
– W toku jest jeszcze sprawa sfałszowania opinii lekarskiej wykonywanej przy sekcji zwłok. Podano w niej, że w próbkach pobranych do badania profilu DNA występują dwa różne profile. Podejrzewam, że przeprowadzający sekcję lekarz też mógł działać na czyjeś zlecenie. Tylko on też już nie żyje. Zmarł w 2010 roku. Zresztą w tej sprawie wiele osób jakoś dziwnie poumierało. Ja pewnie też przez to wszystko dziwnie umrę – wzdycha Włodzimierz Olewnik. – A tak to wszystko już prawie poumarzano, jakby nikt niczemu nie był winny. Tylko w sądzie cywilnym jest sprawa o odszkodowanie przeciwko policji dotycząca przekazania okupu. Pierwsza rozprawa odbędzie się prawdopodobnie jeszcze przed wakacjami.

Będę walczył do końca

Anna Orzechowska, która pomaga Włodzimierzowi Olewnikowi w kwestiach związanych z formalnościami i dokumentami, też nie ukrywa rozgoryczenia: – Na przykładzie sprawy Krzysztofa Olewnika możemy zauważyć, że występuje jakaś bliżej nieokreślona więź i solidarność we wzajemnym wspieraniu się i usprawiedliwianiu organów ścigania i organów sprawiedliwości z naruszeniem praw zwykłych obywateli. Sędzia, który w uzasadnieniu wyroku stwierdza, że ciemności nie pozwoliły na wykonanie przez policjantów czynności zabezpieczających po zrzuceniu okupu, sankcjonuje i usprawiedliwia błędy popełnione przez policję.
Włodzimierz Olewnik uważa, że sprawa jego syna skompromitowała polską policję, prokuraturę i sądy: – Sędziowie też przecież zgadzali się z decyzjami prokuratury, które moim zdaniem były błędne.
Dlatego nie wyklucza, że za kilka tygodni zaskarży decyzję łódzkiego sądu do Strasburga. Na razie konsultuje to z prawnikami.
Gdy na koniec rozmowy pytam, co trzeba zmienić, aby do tak skandalicznej, kompromitującej państwo sprawy już więcej nie doszło, odpowiada, że najważniejsze jest rozliczanie pracowników publicznych z ich czynności: – Za dobre czyny trzeba wynagradzać, a za złe karać. Jeżeli ta sprawa nie zostanie rozliczona, to będzie oznaczać, że dalej można dokonywać takich przestępstw i je później tuszować – podkreśla – Nie wiem, czy uda nam się jeszcze doprowadzić do odpowiedzialności osoby, które przyczyniły się do śmierci mojego syna, ale będę walczył do końca o sprawiedliwość.
Mikołaj Podolski

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ