Powalił go widok nieboszczyka

0
Rok 1957 rozpoczął nowy rozdział w działalności kryminalnej w polskim półświatku. Wszystko zaczęło się od porwania dla okupu syna Bolesława Piaseckiego, założyciela stowarzyszenia PAX. 22 stycznia 1957 roku dwaj mężczyźni, legitymujący się fałszywymi legitymacjami milicyjnymi, uprowadzili Bohdana Piaseckiego. Jeszcze tego samego dnia zażądali okupu. Dzwonili co jakiś czas zmieniając miejsce przekazania pieniędzy, tym samym wciągając w grę zrozpaczonego ojca. 8 grudnia 1958 roku znaleziono zwłoki Bohdana Piaseckiego.
Od tej pory w całym kraju ruszyła lawina „porwań dla okupu”. Nowa „moda” dotarła również w karkonoskie progi.
– Zgłosiła się do nas kobieta, której wysłano list z żądaniem okupu.- wspomina ówczesny naczelnik Wydziału Kryminalnego Jeleniej Góry, kapitan Stanisław Bryndza, dziś podinspektor policji na emeryturze List był napisany odręcznie, z błędami ortograficznymi. Aby podkreślić powagę sytuacji, opatrzono go rysunkiem czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami.
1
Porywacze musieli już wcześniej obserwować  swoją ofiarę, gdyż w liście podkreślali wiedzę o stanie jej majątku. Żądali 500 złotych w zamian za jej życie. Miejsce przekazania okupu wyznaczyli na cmentarzu w Karpaczu, przy grobie Jagodowskiego.  Pieniądze miały zostać pozostawione na grobie.
Powagi sytuacji dodawał fakt, że w tym czasie kobietę odwiedziła siostrzenica z córeczką. Obie przyjechały z RFN-u w odwiedziny do ciotki. Matka pozostawiła wówczas 8-letnią Gertrudę pod opieką ciotki, a sama pojechała na Śląsk w poszukiwaniu rodziny. Życie dziewczynki również zostało zagrożone.
Milicjanci przystąpili do akcji. Przez parę dni obserwowali miejsce przekazania okupu, robili plany, przygotowywali kryjówki.
 – Cały problem polegał na tym, że cmentarz był nieosłonięty drzewami, nie miał też alejek porośniętych krzewami. – wspomina kapitan Bryndza – Wszystko było widoczne jak na dłoni. Utrudniało to bezpośrednią obserwację grobu oraz przygotowanie zasadzki.
Parę kroków od miejsca przekazania okupu, odbył się pogrzeb. Jak się okazało, świeży grób był świetnym miejscem obserwacyjnym.
– Ukryłem się pod wieńcami – opowiada kpt. Bryndza – Pamiętam, że jeden z nich był wykonany z metalowych blaszek, które pod każdym moim oddechem dzwoniły.  W nocy wydaje się, że wszystkie szelesty, które słychać, są dwa razy głośniejsze niż w rzeczywistości.
Kapitan bał się zdemaskowania, więc odgryzł kawałek gałązki i podparł nią ów wieniec. – Zdałem sobie sprawę, że przecież, gdy porywacze zorientują się, że jestem pod wieńcami, to nie mam szans obrony – zaznacza – Przecież nie zobaczę, co się dzieje za moimi plecami. Z chłopakami byłem umówiony na sygnał. Gdy porywacze podejmą pieniądze, wstanę i krzyknę „stój milicja”.
 Naczelnik, z pistoletem skierowanym w stronę grobu czekał na sprawców.
Noc była pogodna, akurat była pełnia. Około 1. w nocy na cmentarzu pojawiło się trzech mężczyzn. Dwóch ruszyło w kierunku grobu, jeden został przy bramie głównej na czatach. Nie od razu podeszli do miejsca przekazania okupu. Wpierw obeszli alejką cmentarz, aby sprawdzić, czy nikt ich nie obserwuje.
– Gdy usłyszałem za sobą ich kroki, chciałem dać już sygnał. Nerwy dawały znać o sobie. Pistolet w dłoni zapewnił mi odrobinę poczucia bezpieczeństwa – mówi kapitan Bryndza – Chciałem mieć niezbity dowód na to, że przyszli po pieniądze. Na komendzie koperta z pieniędzmi została nasączona bezbarwnym proszkiem fluorescencyjnym, który barwił ręce. Pod wpływem specjalistycznej lampy, ujawniał on kolor.
W końcu porywacze podjęli okup: – Gdy wzięli tylko kopertę do ręki, wstałem i krzyknąłem „stój milicja”- wspomina Bryndza. Efekt zaskoczenia był bardzo skuteczny. Stojący na czatach i mężczyzna z kopertą, zaczęli uciekać.
– Trzeci z porywaczy po prostu się złożył – mówi były milicjant – Tak, jak stał przy grobie, tak upadł. Pierwszy raz widziałem, żeby człowiek złożył się jak harmonijka. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy któryś z moich chłopców wystrzelił, a ja nie słyszałem strzału.

Na szczęście okazało się, że tylko zemdlał. Do radiowozu wsiadał już przytomny. – Na przesłuchaniu, zadałem mu pytanie, czy ten okrzyk „stój milicja” tak na niego zadziałał, że aż zemdlał? – opowiada naczelnik Stanisław Bryndza. Okazało się, że nie słyszał on żadnego okrzyku. Zeznał, że podziałał na niego sam widok nieboszczyka wstającego z grobu, rozrzucającego wokoło wieńce. – Wszyscy byliśmy zaskoczeni, a jednocześnie rozbawieni taką reakcją – wspomina kapitan – W całym planie operacyjnym nie wzięliśmy pod uwagę czynnika ludzkiego – nocnej wyobraźni.

Sprawcami okazali się chłopcy w wieku 17-18 lat, którzy dotychczas nie byli karani. Oskarżeni przyznali się do winy i wyrazili skruchę. Sąd zastosował wobec nich nadzwyczajne złagodzenie kary.

Justyna Bryndza – Bielewicz

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ