Wojskowy zaatakował siekierą ciężarną żonę, bo tak trzeba było

0
475

Lisów koło Radomia. Żołnierz, który zaatakował siekierą swoją ciężarną żonę, usłyszał zarzuty. – Zabiłem żonę, bo tak trzeba było – miał powiedzieć.

Lisów koło Radomia. Do tragedii doszło w środę wieczorem w Lisowie niedaleko Radomia na Mazowszu. 34-letni żołnierz zawodowy zaatakował siekierą żonę będącą w 8. miesiącu ciąży.

Ciężko ranna Anita została przewieziona do jednego z radomskich szpitali. Przeszła już kilka operacji. Jest w stanie ciężkim, zagrażającym życiu. Pomimo podjętych przez lekarzy czynności nie udało się uratować dziecka – poinformował Wirtualną Polskę rzecznik prokuratury.

34-letni Paweł został zatrzymany w mieszkaniu, w którym doszło do przestępstwa. Na miejsce wezwano także Żandarmerię Wojskową. Przeprowadzone badanie alkomatem wykazało, że napastnik był trzeźwy. Od mężczyzny pobrano krew do dalszych badań, m.in. w kierunku obecności w organizmie środków odurzających. Sprawą zajmuje się prokurator z Wydziału ds. Wojskowych.

W piątek mężczyzna usłyszał zarzuty usiłowania zabójstwa żony poprzez zadanie jej ciosów siekierą w okolice głowy i ramion oraz zabójstwa dziecka. 34-latek przyznał się do zarzucanych mu czynów i odpowiadał na pytania prokuratora.

Jak informuje Fakt24, po ataku na żonę żołnierz miał powiedzieć: „Zabiłem żonę, bo tak trzeba było”. Ciosy były zadawane w twarz i głowę kobiety. Anita miała też obrażenia na plecach.

Przed tragedią mężczyzna dowiedział się, że jego żona chce od niego odejść. Nie chciał na to pozwolić. Postanowił pozbawić życia swoją partnerkę, która była w ósmym miesiącu ciąży. To dlatego przed dramatycznym wydarzeniem zaprowadził do sąsiadów syna. Zaplanował to wcześniej.

34-letni Paweł L. to weteran wojny w Afganistanie i pomocnik dowódcy ds. weteranów 1. Brygady Pancernej w Wesołej.

– Byliśmy zszokowani. Kiedy dowódca dowiedział się o tragedii, niezwłocznie udał się na miejsce zdarzenia. Generał w obecności psychologa i księdza spotkał się z rodziną poszkodowanej – powiedział Fakt24 ppor. Artur Wróbel.

Para miała już 7-letniego syna Olka. Teraz czekali na przyjście na świat drugiego dziecka. To miała być córka. Sąsiadka, która była z nimi najbliżej twierdzi, że to spokojna i zgodna rodzina.

Wcześniej pojawiły się informacje, że 34-latek był na misji. – Gdy był jeszcze kawalerem, był pół roku na misji w Afganistanie. Podobno, tak słyszałam, mina koło niego wybuchła, czy coś takiego. Potem pół roku był na zwolnieniu. Ale to było dawno, z osiem lat temu – mówi sąsiadka.

7-letni syn pary dobrze znał sąsiadkę. Rodzice przyprowadzali go do niej, gdy musieli coś załatwić. Tego tragicznego dnia też tak było.

Kobieta relacjonuje, że w pewnym momencie mężczyzna przyszedł do niej po synka. W ręku miał torbę, zachowywał się dziwnie. Stał na podwórku, zamiast jak zwykle wejść do domu. Po chwili się okazało że jest cały we krwi. Wtedy sąsiadka z synową i synem wezwali policję.

– Trzymałam ich synka w ramionach, a on krzyczał: „Babciu, ratuj mamę”. Potem przyjechała po niego i zabrała do siebie jego ciocia – mówi płacząc kobieta.

źródło:wp.pl

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ