Zamek krzyżacki w Morągu (woj. warmińsko-mazurskie) powstał pod koniec  XIII wieku i był  jednym z największych w dawnych Prusach. Obok zamku stała Wieża Czarownic, w której przetrzymywano i poddawano  okrutnym torturom kobiety podejrzane o czary.  Duch ściętej czternastoletniej Barbary pojawia się w komnatach twierdzy. Dziewczyna w ciemnoczerwonej sukni, pokazuje się  sama lub z małym dzieckiem, a niektórzy widzieli ją bez głowy.
 W zamku krzyżackim w Morągu mieszkał wielki mistrz krzyżacki Heinrich Reuss von Plauen,  a po  upadku państwa zakonnego starostowie książęcy – przedstawiciele rodziny Dohnów. W drugiej połowie XVI wieku ci ostatni  przenieśli  się do wybudowanego tuż przy murach miejskich pałacu, i wtedy zamek powoli zaczął tracić swoją świetność.
 I tak z biegiem lat  budowla służyła za kaplicę protestancką, szkołę, sąd, więzienie, archiwum, czy kino z dyskoteką. W czasie wojny była tu siedziba gestapo, a tuż po niej urzędowały w niej władze bezpieki.
Okazała twierdza – otoczona fosą – posiadała trzy skrzydła, z których  do dziś przetrwało jedno. Mury zabytku zbudowane są z prawdziwych  gotyckich cegieł i stanowią  pozostałość dawnej warowni. Pod  nimi odkryto  fundamenty  obronnego założenia: dwie wieże, fosy, piwnice i mury, które po zabezpieczeniu zostały po części nadbudowane. Po zdjęciu sufitów, odkryto stropy z  renesansowymi XVI-wiecznymi polichromiami. Do naszych czasów ocalało skrzydło północno-zachodnie i obecnie ponad siedemsetletni obiekt jest na etapie rekonstrukcji przez prywatnego właściciela.

Nie skończono jeszcze budowy zamku w Malborku,  a już powstawał zamek w Morągu. Co ciekawe,  powierzchnia  pierwotnego założenia zamkowego Malborka – obecnie zamku wysokiego – jest mniejsza od zamku Morąg – mówi  pan Wojciech, właściciel zamku.

 Coś go urzekło

 W tym roku mija czternaście lat od czasu, gdy pan Wojciech z Warszawy zdecydował się kupić ten zamek. Wówczas miejsce to było  zrujnowane i wyglądało jak góra gruzu porośnięta chaszczami. Z  budowli  zachowało się jedno skrzydło i brama wjazdowa. Sam mówi, że to był ostatni moment, kiedy zabytki można  było kupić za niewielkie pieniądze.

– Ludziom  na ogół  wydaje się, że taki zakup to ogromny wydatek. Nie zawsze tak jest. Kosztowne są prace, czasochłonne natomiast wszystkie badania, działania rewitalizacyjne, czy remonty  przeprowadzane  pod ścisłym nadzorem konserwatora zabytków – przyznaje.

Właściwie zamierzał kupić coś na Dolnym Śląsku, gdzie widywał budowle w lepszym stanie. Jednak zdecydował  się na ten zamek, a właściwie na sąd, bo jeszcze do początków XXI wieku tak nazywano tę budowlę.  Spodobało  mu się samo miasteczko, okolica i ten niepowtarzalny klimat wzgórza zamkowego. Może też widok z okien na wielkie rozlewisko, gdzie żyje ponad 150 gatunków ptaków, może ten dziwny, zwolniony puls życia, odczuwalny w zamkowych murach, a może to wpływ duchów, które wybrały go sobie na właściciela.  Bo o duchach w tym miejscu od dawna  jest głośno.

 Wnętrza zamku spowija chłód i od chwili przekroczenia progu, człowiek odczuwa echa przeszłości. Właściciel wyposażył twierdzę w eksponaty z różnych epok i choć nie są to przedmioty  bardzo wartościowe, to tworzą  swoisty zamkowy klimat. Ten klimat podsycają dodatkowo dziwne zjawiska, które mają tu miejsce.

 Kobieta bez głowy

 Jest niemal regułą, że w telefonach komórkowych  i aparatach fotograficznych rozładowują się nagle baterie, a na wielu zdjęciach widać jakieś smugi czy zarysy postaci.

Wiele osób widziało tutaj duchy, a szczególnie wyraźnie i najczęściej,  postać młodej kobiety z dzieckiem. Co ciekawe, ci ludzie nigdy nie kontaktowali  się ze sobą, a opisywana przez nich zjawa  wyglądała tak samo. Ciemnowłosa, młoda kobieta o smutnych oczach w ciemnoczerwonej sukni, która trzyma za rękę małe dziecko i która ukazuje się także bez głowy.

– Nikt  nie wierzył w te  duchy, ale dzieją się tu  rzeczy niewytłumaczalne, co  potwierdza wiele osób. Dla mnie to norma, że  nagle otwierają się drzwi lub okna, sama włącza się muzyka, albo że występuje  nagły chłodny powiew w czasie zupełnie bezwietrznej pogody,  gdy na dworze jest parno i w zamku nie ma żadnego przeciągu – mówi właściciel zamku, który nie obawia  się tych dziwnych zjawisk, bo w nieco inny sposób postrzega i interpretuje rzeczywistość. Tłumaczy, że sprawy z tego obszaru, które długi czas były niezrozumiałe, zaczynają  coraz szerzej wyjaśniać naukowcy.

To  po prostu fizyka. Jej subtelne przejawy i reguły jeszcze nie do końca nam znane,  odkrywane i opisywane zrozumiałym dla współczesnego człowieka językiem. Badania naukowe prowadzone na różnych obszarach,  zaczynają coraz częściej potwierdzać mechanizmy działania wszechświata, które przekazywał nam Chrystus, Budda czy kabaliści. To boskie prawa. Trzeba tylko bez uprzedzeń wsłuchać się w ich słowa. Naukowcy docierają do obszarów, które wielu  nie waha się nazywać domeną Boga.  Zaczyna się to wszystko składać w racjonalną całość.  Wydawano  wiele książek, powstały setki filmów i coraz częściej – już bez obawy o narażenie się na śmieszność – wypowiadają się  ludzie, którzy mieli czy  mają  kontakt z tzw. światem pozagrobowym. Twierdzą, że wcale nie jest odległy, ale był  i trwa niezmiennie obok nas w  innym niewidzialnym  przez nas wymiarze. To wszystko jednak rzeczywistość, której przeciętny człowiek widzi zaledwie mały wyrywek. Przecież nawet kot, pies czy ptak, postrzegają  otaczającą nas rzeczywistość odmiennie. Jestem katolikiem i moim punktem odniesienia jest  Ewangelia,   ale chętnie słucham tego, co w tych kwestiach mają do powiedzenia  ludzie myślący inaczej niż ja:  naukowcy,  psychologowie, filozofowie, czy przedstawiciele innych  religii. O  duchach zamkowych mogę  po prostu powiedzieć, że są – twierdzi pan Wojtek.

Oskarżona o czary

 Duchem,  który najczęściej ukazuje się na zamku, jest duch wspomnianej młodej kobiety, najprawdopodobniej czternastoletniej Barbary Schwann, niesłusznie oskarżonej o czary. Sam właściciel zamku czuł jej obecność. Inni, którzy ją  widzieli,  opisywali postać w ten sam sposób. Według zapisków w XVIII-wiecznych kronikach miejskich, dziewczyna  udusiła i zakopała własne niemowlę, poczęte w wyniku gwałtu.

Najprawdopodobniej  była to córka zamożnych mieszczan  z Morąga.  Był to czas wszechwładnego prusactwa, a wojsko rządziło niepodzielnie. Sporo na to wskazuje, że dziewczyna została  zgwałcona przez wysokiego rangą oficera i aby ukręcić łeb sprawie, oskarżono ją o czary. Rodzice Barbary byli dosyć wpływowi i wszystko trzeba było zrobić zgodnie z „literą prawa”, więc to było najlepsze wyjście.  22 lipca 1749 roku, przed  obecnym ratuszem z końca XV wieku,  odbyła się egzekucja. Dziewczyna nie umarła od razu, ale była torturowana, w tym  łamana kołem. Po kilku godzinach  męczarni, kat ściął jej głowę, wbił na pikę i powiesił przed gotyckim, podówczas protestanckim kościołem z początku XIV wieku, który przetrwał do dziś. Głowa wisiała z drugiej strony fosy i była rozdziobywana przez ptaki,  a ciało bez pochówku zostało wyrzucone za mury miasta. To była ostatnia egzekucja „czarownicy” na terenach, na  których dominowali protestanci.  

Znacznie większa  ilość procesów i egzekucji „czarownic” wynikała  z tego, że  gdy zwierzchnik miejscowego kościoła protestanckiego uznał kobietę za czarownicę, wyrok  wykonywany był niemal natychmiast. Gdy  zaś takie oskarżenie wysunął sąd związany z kościołem katolickim,  wyrok musiała zatwierdzić „ekipa” przybyła z Rzymu. Przeciągało się to często całe lata, bo zanim taka grupa – krążąca końmi po całej Europie – dojechała  na miejsce,  oskarżone, przetrzymywane  na wyrok w Wieży Czarownic, częstokroć umierały śmiercią naturalną. Procesy kobiet podejrzanych o czary,  były w Morągu na porządku dziennym. Z tych terenów pochodzi  też „próba wody”, polegająca na przywiązaniu kobiecie kamienia do szyi i czekaniu na efekt czy wypłynie. Gdyby jej się udało, znaczyłoby, że jest niewinna, niestety żadna nie wyszła z tego zwycięsko.

Wieża czarownic znajdowała się za tutejszym kościołem, we wschodnim kącie murów obronnych miasta. Jej kwadratową podstawę odkopano w jednym z narożników.

O ducha  dziewczyny  pytają ludzie z Polski i zagranicy. Czasami mam wrażenie że ta postać przewyższa popularnością sam zamek. Staram się powściągliwie opowiadać o tutejszych zjawiskach, bo, jak już wspominałem, jestem do tego po prostu przyzwyczajony, choć większość ludzi patrzy na nie inaczej. Wiem, że to wszystko jest bardzo dziwne i budzące lęk,  ale nie staram się robić z tego sensacji. Tu jest tak, jak jest.

Polowanie na duchy

 Barbara  nie ma swojego miejsca pochówku, a jej dusza nie została przeprowadzona zgodnie z jakimkolwiek obrzędem do świata umarłych. Może  dlatego pokazuje się,  aby przypomnieć o sobie i niesprawiedliwości, która ją spotkała. Co roku przed rocznicą jej śmierci, w jednym  z tutejszych kościołów, zamawiam  mszę za spokój jej duszy i duchów błąkających się po zamku.

Ale zdarzyło się, że przez nawał obowiązków pan Wojtek zapomniał o tym któregoś roku i dzień przed rocznicą śmierci dziewczyny – gdy na zamku odbywało się „Polowanie  na Duchy z aparatem fotograficznym” – zdarzyło się coś dziwnego.

Wieczorne polowania na duchy odbywają się w sezonie i cieszą się dużą popularnością.  Przychodzą wtedy grupy ludzi i robią zdjęcia.  Przed każdym przyjściem proszeni są o zabranie dodatkowych baterii, ponieważ zdarza się często, że baterie wysiadają, tak samo aparaty. Polowanie odbywa się od zmierzchu, dotąd, aż ludzie sami mają dość.

To właśnie wtedy do pana Wojtka  przybiegła kobieta,  która pokazała mu zdjęcia z aparatu. Na fotografii – wykonanej w jednej z komnat –  widniał pomiędzy oknami czerwony krzyż, tak, jakby duch chciał przypomnieć właścicielowi, że o czymś zapomniał.

W ogóle, na wielu wykonanych przez turystów zdjęciach  widać  dziwne rzeczy. Pewien pan, odwiedził kiedyś znajomych z Morąga i przyszedł do zamku, aby zrobić zdjęcia.  Na jednym  z nich ujrzał  postać  leżącą w głównej sali  na dywanie, dopiero, gdy zrzucił fotki na ekran komputera. Po dwóch godzinach wrócił,  aby sfotografować to miejsce jeszcze raz. Okazało się, że  po wywołaniu kolejnych zdjęć, postać  była tam nadal,  ale w nieco odmiennej pozie.  Zdarza się, że fotografie  robione późnym wieczorem ukazują jasne okna, jakby na dworze był dzień.  Czasem też zmienia się kolor ubrania ludzi,  głównie na czerwony, a ich twarze nabierają dziwnych kształtów i grymasów, natomiast oczy dziwnego spojrzenia.

Osobiste spotkanie z duchem Barbary przeżył syn właściciela. Chłopak wracał do zamku nocą i zobaczył  w oknie postać kobiety. Nie przestraszył się, bo pomyślał, że tak mu się tylko wydaje i szedł dalej.  Gdy zbliżył się do schodów, pojawiła się przed nim ciemnowłosa kobieta z  małym dzieckiem. Wtedy zamknął oczy, a gdy je otworzył, jej już nie było. Ruszył więc przed siebie i w korytarzu poczuł uderzenie w  klatkę piersiową. Było tak silne, że przewrócił się i upadł na ziemię, wtedy wybiegł z zamku i aż do rana czekał na przyjazd robotników remontujących twierdzę.

Duch Barbary ukazał się także jedenastoletniemu  chłopcu, który nocował z rodzicami  w  komnacie obok  głównej sali na piętrze. Pewnej nocy rodzice usłyszeli  krzyk chłopca, który przerażony pokazywał na róg komnaty  i mówił o  kobiecie w czerwonej sukni, która stała tam bez głowy. To zdarzenie wydarzyło się w pokoju zwanym  „Komnatą Barbary Schwann”.

Byli też nowożeńcy, którzy postanowili  przenocować na zamku po ślubie, ale młoda para nie dotrwała do rana. Opuścili miejsce w środku nocy, bo coś ich bardzo wystraszyło.

Opiekuńcze i psotne

 Pan Wojciech  mówi, że duchy ogólnie „atakowały” ludzi nieuczciwych, wśród których nie brakowało pracowników remontujących obiekt.

–  Przy pracach na zamku pomagały różne osoby. Jeden  z panów, przerażony uciekł stąd w popłochu i nigdy więcej nie przyszedł, nawet w okolice zamku. Jak się później okazało, oszukiwał na fakturach za materiały. Ten pracownik remontował strop, gdy  poczuł potężny podmuch. Obrócił się, próbując przytrzymać się  belki rękami i nogami, ale podmuch nie ustawał. Spadł z ponad  czterech metrów wysokości,  na szczęście na drewnianą podłogę. Tak się wystraszył, że bał się przyjść po zarobione pieniądze. Takich przypadków było więcej.  Złodzieje jednak zawsze dostawiali „ostrzeżenie”,  albo często po czasie, w różny sposób, bywali ukarani. Byłem zadziwiony, że tak się dzieje – opowiada.

Oprócz takich duchów „opiekuńczych”, bywają też takie z poczuciem humoru podobnym do żyjących.  Pan Wojtek osobiście odczuł takie psikusy, gdy  światło na strychu kilka razy samo się zapalało.

Za pierwszym razem pomyślałem, że zapomniałem wyłączyć, za drugim też tak pomyślałem, ale po trzecim, czwartym, piątym, szóstym i siódmym  razie, byłem już pewien, że to żartownisie z zaświatów. Elektrykowi z Morąga,  który sprawdzał instalację, coś  za każdym razem przekładało śrubokręt. Wkładał narzędzie w miejsce, do  którego miał za chwilę wrócić, po czym wracał, a śrubokręt był w zupełnie innym miejscu. Powtarzało się to kilkakrotnie.

Swego czasu na zamku mieszkała kasztelanka pani Lila, a jej mieszkanko znajdowało się na parterze. Pewnego razu usłyszała na górze odgłos otwieranych okien, choć było już  po sezonie.  Poszła sprawdzić i weszła do głównej sali, popatrzyła na okna, ale były zamknięte, a mimo to stamtąd dochodził ten odgłos. Kiedy zaczęła iść w stronę jednego  z okien, ono zaczęło się oddalać, tak, jakby rzeczywistość zaczęła się rozciągać. Trwało to kilkanaście sekund i w pewnym momencie wszystko ustało. Podeszła do okna i zobaczyła już z bliska, że jest szczelnie zamknięte.

Zdarza się też, że na górze słychać kroki, choć nikogo nie ma. Dwóch pracowników remontowych bardzo wyraźnie słyszało odgłos chodzenia, choć na zamku byli sami. Weszli na górę, ale nikogo nie było, gdy wrócili do pracy, kroki znowu było słychać. Zamek odwiedzają  różni ludzie, a wśród nich wizyty składają czasem osoby niezrównoważone. Pewnego razu o trzeciej w nocy szarpał za bramę młody człowiek.

Wyszedłem  zobaczyć i ujrzałem chłopaka  z dzikim spojrzeniem. Zapytałem czego chce, a on mi na to, że tu mieszka diabeł.  Spytałem, skąd mu to przyszło do głowy, a on znowu, że tu diabeł mieszka i zaczyna cytować fragmenty z Ewangelii. Odpowiedziałem mu spokojnie, że źle interpretuje te słowa i wyszedłem z nim porozmawiać. Po kilku chwilach wiedziałem, że jest chory, albo pod wpływem narkotyków. Rozmawialiśmy ponad godzinę. Na szczęście dał sobie wytłumaczyć, że najprawdopodobniej  ktoś naopowiadał mu bzdur.

Zamek  od wiosny do jesieni jest otwarty dla turystów,  wszędzie można zajrzeć, wszystkiego dotknąć,  przysiąść, położyć się na łożu, albo przenocować. W sezonie trzy  razy w tygodniu odbywają się „Nocne polowania na duchy z aparatami fotogarficznymi”.  Tu także można spróbować  naturalnych dżemów i  miodów  przygotowywanych według starych receptur.

Co ważne, ci co już tu byli, chętnie wracają, bo mówią, że mimo tych wszystkich dziwnych zjawisk, zamek w Morągu emanuje dobrą  energią, a miejsce ich  wycisza. Są nawet fragmenty kamiennych murów,  które jak je dotknąć – ponoć leczą, o czym także mówiło już wiele gości.

– Może  to kwestia sugestii,  a może rzeczywiście tak jest. Nie byłoby to w końcu jedyne tego typu miejsce na świecie – uśmiecha się właściciel.

Aneta Dzich
Fot. Aneta Dzich

 

Zobacz również: