ZBRODNIA W DOMU ROMÓW

W marcu tego roku miną 24  lata od zabójstwa małżeństwa Romów z Pabianic. Zostali zamordowani we własnym domu. Sprawców tej zbrodni nie udało się dotychczas ustalić. Wracamy do tej zbrodni po latach. Mając nadzieję, że jej sprawców uda się jeszcze schwytać.
Pabianice widziane okiem przyjezdnego, dzielą się na jakby dwie niepasujące do siebie nawzajem  części. Pełne zabytkowych, ale też nadgryzionych zębem czasu kamienic, wąskich uliczek, bram, podwórek, drewnianych schodów miasto.  I oddalone od centrum przedmieścia pełne zakładów, hurtowni tkanin, dużych domów.
Zabójstwo miało miejsce w tej drugiej części, która znajduje się pomiędzy zabytkową dzielnicą Stare Miasto a sąsiednim Rzgowem. Ta dzielnica potocznie nazywa się Duży Skręt. Architektura wielu domów wskazuje na to, że ich właścicielami byli, bądź są Romowie. Wieżyczki, kolumny, tralki. Iście pałacowy przepych. Dziś to już zapewne tylko wspomnienie dawnej świetności. Ale w połowie lat 90. – gdy mieszkali tu  czterdziestopięcioletni Z.D. i jego o trzy lata młodsza małżonka T.J. – było tu podobno inaczej.
O ich zabójstwie rozmawiam z Tomaszem Szczepankiem, Prokuratorem Rejonowym w Pabianicach. Prokurator dopiero kilka miesięcy temu przeniósł się tu z Rawy Mazowieckiej, ale zdążył już przeczytać akta śledztwa w interesującej mnie sprawie. Podczas rozmowy waży słowa. Na wykrycie sprawców pozostało organom ścigania jeszcze dziesięć lat, wciąż pojawiają się nowe metody badania śladów kryminalistycznych. A więc sprawa zabójstwa małżeństwa Romów nie została zapomniana. W razie ustalenia nowych okoliczności, śledztwo może zostać wznowione.
 Póki co, aby uniknąć zbędnej sensacji, prokurator Szczepanek prosi,  aby nie ujawniać imion i nazwisk ofiar, ani adresu domu, który stał się niemym świadkiem zbrodni.
Rozstrzelani nocą
Była sobota, 18 marca 1995 roku, podłódzkie Pabianice. Piętnaście minut przed północą załoga radiowozu 18-03 otrzymała od oficera dyżurnego polecenie udania się do awantury domowej. Na jednej z ulic policjantom zajechał drogę biały volkswagen jetta. Jego kierowca powiedział zaskoczonym funkcjonariuszom, że w domu przy ulicy Rzgowskiej zamordowano dwie osoby.

Na tyłach okazałej willi policjanci zobaczyli przeciętą kratę i przystawioną do otwartego okna drewnianą drabinę. W budynku panowały ciemności. Jeden z funkcjonariuszy zapisał potem w notatce służbowej: „Mężczyzna ten żądał od nas, abyśmy weszli do budynku. Mówił nam, że on zaglądał przez okno, prostuję, że wchodził przez okno do mieszkania, widział porozrzucane pieniądze i dokumenty, jakby było jakieś włamanie”.

Zaglądając do środka przez otwarte okno, dało się zauważyć, że w drzwiach wejściowych budynku tkwi klucz. Po stłuczeniu okienka i otwarciu zamka, policjanci i towarzyszący im mężczyzna rozpoczęli penetrację budynku.

Na piętrze, w sypialni funkcjonariusze natknęli się na ciało mężczyzny. Rozpoznali w nim właściciela domu.  „W pokoju tym panował bałagan, szafa była otwarta, wyglądało tak, jakby ktoś przeszukiwał mieszkanie.” – zanotował potem policjant.

W kolejnym pomieszczeniu, na dużym łóżku, znajdowało się ciało kobiety. W obu przypadkach już na pierwszy rzut oka było widać, że obie osoby zmarły śmiercią gwałtowną, prawdopodobnie w wyniku postrzelenia. Wszystko wskazywało również na to, że dom został splądrowany. Policjant zanotował między innymi: „Schodząc na dół zauważyłem w pokoju na parterze porozrzucane pieniądze oraz dokumenty na kanapie”.

 Pełno śladów

 Ekipa dochodzeniowo-śledcza rozpoczęła pracę w niedzielę o 5.30. Kierował nią komisarz Sławomir Rodak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. To on prowadził później śledztwo w sprawie zabójstwa. Sprawę nadzorował prokurator Robert Tarsalewski  (po latach oskarżał min. w procesie słynnych „łowców skór”).

Budynek, w którym doszło do zabójstwa, jest imponująco duży, jednakże stoi na dość niewielkiej działce. Już w trakcie oględzin ustalono, że sprawca, bądź sprawcy, na teren posesji dostali się poprzez okoliczne pola. Następnie wycięli dziury w dwóch kolejnych płotach. Tuż po wykryciu zabójstwa sprowadzono psa tropiącego, który wskazał drogę, jaką prawdopodobnie przybyli.

Już na terenie posesji sprawcy zdarzenia zastrzelili pilnującego jej dobermana. Martwego zwierzaka policjanci odnaleźli podczas oględzin przydomowego garażu. Biorąc pod uwagę, że okolica jest dość gęsto zabudowana, a nikt nie słyszał huku, domniemywać należy, że używali pistoletu wyposażonego w tłumik.
Następnie sprawca nożycami do cięcia metalu przeciął kratę okna w miejscu jej łączenia ze ścianą. Z drugiego łączenia, krata została wyrwana. Potem odgięto ją od okna. Jako, że eksperci w dziedzinie mechanoskopii są w stanie ustalić, czy konkretny przedmiot został przecięty dostarczonymi do porównania nożycami, wydawać się mogło, że już na tym etapie schwytanie sprawców będzie kwestią czasu.
– Pies tropiący doprowadził policjantów do jednej z posesji. Tam znaleziono nożyce do metalu. Ekspertyza mechanoskopijna jednak wykazała, że krata nie została przecięta nożycami osoby typowanej jako sprawca zdarzenia – mówi prokurator Tomasz Szczepanek.
Na ościeżnicy okna, którym – jak przyjęto – sprawcy zabójstwa weszli do domu, zabezpieczono odciski palców. Poniżej okna, na podłodze ślady obuwia. Telefon stojący na jednej z szafek, miał słuchawkę oderwaną wraz z kablem. Na kanapie zabezpieczono porozrzucane dokumenty należące do właścicieli domu oraz banknoty w nominałach sprzed denominacji.
Dom, w którym doszło do zbrodni, miał tylko dwa duże pokoje na dole i dwa na górze. Parter i piętro łączyły duże, rozłożyste schody. Również na ich barierkach policjantom udało się zabezpieczyć odciski palców.
Zwłoki 45-letniego mężczyzny znajdowały się po prawej stronie dużego dwuosobowego łóżka. Leżał na wznak, do pasa przykryty kołdrą. „Obok zwłok na wysokości lewego łokcia leży łuska” – zanotował prowadzący oględziny funkcjonariusz.
– Jeśli chodzi o mężczyznę, to z opinii biegłych wynika, że wygląd rany wlotowej wskazywał na postrzał z przystawienia. Okoliczności mogą wskazywać na to, jak to wskazali biegli, że strzał został oddany z przyłożenia, najprawdopodobniej podczas snu. Postrzał nastąpił w okolicę lewej skroni – wyjaśnia prokurator Tomasz Szczepanek.

Dom splądrowany

W sypialni panował nieład. Na podłodze były rozrzucone ubrania, na meblach leżały dwa noże. Szafki miały powyciągane szuflady. Technik kryminalistyki zabezpieczył wiele śladów rękawiczek na powierzchniach mebli. Wszystko wskazuje na to, że sprawcy usilnie czegoś poszukiwali. Co ważne, również w tym pomieszczeniu na podłodze leżały banknoty w starych nominałach.
W sypialni gospodarza zabezpieczono również torbę, w której znaleziono banderole wskazujące na to, że mężczyzna – około miesiąc przed śmiercią – wypłacił z banku pewną sumę pieniędzy.
Zwłoki 42–letniej kobiety znajdowały się w drugiej sypialni. Kobieta leżała na brzuchu, w nocnej koszuli. Ręce miała skrępowane na plecach cienkim sznurkiem konopnym. Jej głowa znajdowała się poza krawędzią łózka.
– W przypadku kobiety wygląd rany wlotowej wskazuje, że strzał oddano z pobliża, najprawdopodobniej z odległości kilku centymetrów. Strzał oddano w kierunku prawej części ciemieniowej głowy – informuje prokurator.
Również w tym pomieszczeniu ślady przeszukiwania szafek były aż nadto widoczne. Znów zabezpieczono ślady rękawiczek. Po raz kolejny znaleziono banknoty o niskich nominałach sprzed denominacji.
Wyniki oględzin miejsca zdarzenia, oraz późniejsza sekcja zwłok,  wskazywały, że do zabójstwa małżonków doszło dobę przed ujawnieniem zbrodni, w piątkowy wieczór 17 marca 1995 roku. Pan domu prawdopodobnie zginął podczas snu. W przypadku jego żony, było inaczej. W aktach śledztwa zapisano: „Jednocześnie u T. J. ujawniono stłuczenia warg ust, oraz pęknięcie śluzówki powstałe pod działaniem narzędzia twardego tępokrawędzistego godzącego z niezbyt dużą siłą. Oznacza to, iż wobec T. J. stosowano przemoc przed dokonaniem zabójstwa, zwłaszcza iż miała ona związane z tyłu ręce.”
Gdy pytam o przebieg zdarzeń w domu, oraz ewentualne ślady walki stoczonej przez ofiary, prokurator odpowiada: –  Przebieg zdarzeń jest dla nas zagadką.  Można przyjąć, że do zabójstwa doszło –  zwłaszcza, gdy chodzi o kobietę – dlatego, że zauważyła sprawców. Przesłanką do tego wniosku może być fakt skrępowania jej rąk. Jednak pozostaje to w sferze domysłów.
 
Pierwsze tropy
Media z lat 90. informowały, że zbrodnię odkrył sąsiad. Jednak, jak wyjaśnia prokurator: – Ciała znaleźli członkowie rodziny ofiar. Jak wynika z zeznań, zaniepokojeni brakiem kontaktu, udali się do domu pokrzywdzonych i zauważyli stojącą przy oknie drabinę. Byli to brat zmarłej i inni członkowie rodziny.
Pan Z.D. umówił się ze swym szwagrem na spotkanie 18 marca. Gdy się nie pojawił, zaniepokojony mężczyzna (około godziny 21.00) udał się do jego domu. Jak zeznał w śledztwie, światła w oknach budynku były wygaszone. Zaniepokoiło go to, gdyż jeśli Z.D. gdzieś wyjeżdżał, to po podwórku zawsze biegał pies. A tym razem zwierzęcia nie było. Furtka prowadząca na posesję nie była zamknięta na klucz, jednak świadek bał się wejść, gdyż pies był bardzo ostry.
Mężczyzna wrócił do domu po latarkę. Tym razem zabrał też ze sobą  szwagra i jego żonę. Cała trójka weszła na podwórze i dopiero wtedy ich oczom ukazała się ucięta krata i przystawiona do ściany drabina. Trójka Romów weszła po drabinie do środka: „Świecąc latarką i nawołując Z. i T. poszliśmy od razu do góry, bo na parterze nikt nie odzywał się. Po wejściu do mieszkania widziałam, jak w jednej sypialni na łóżku leżał Z. D., który miał rękę zgiętą w łokciu i dłoń miał na wysokości klatki piersiowej. Wyglądało to, jakby chciał kogoś odepchnąć.” – zeznali potem.
Wszystko to działo się przed wezwaniem policji. Skutek tego okazał się być opłakany dla śledztwa. Prokurator Tomasz Szczepanek w rozmowie ze mną wskazuje, że większość zabezpieczonych na miejscu zabójstwa śladów została naniesiona przez te właśnie osoby, niejako eksplorujące dom ofiar.
– Na potrzeby śledztwa została również przygotowana opinia traseologiczna. Wynika z niej, że ślady obuwia zabezpieczone na miejscu zdarzenia, nie pozwalają na wskazanie sprawców, bowiem część z nich może pochodzić od członka rodziny.

Prokurator wspomina o tym również przy okazji ekspertyzy daktyloskopijnej: „(…) przeprowadzono badania linii papilarnych pochodzących od ponad 400 osób. Niestety opinia ta również nie doprowadziła do wskazania sprawcy, bowiem ujawniono jedynie ślady linii pochodzących od Z. D., jego syna, oraz jeszcze jednej osoby, która jednakże była na miejscu zdarzenia jako jeden z pierwszych członków rodziny. Jak wynika z zeznań tych kilku osób, osoby te wchodziły do domu by sprawdzić, co się stało”.

Nie można oczywiście mówić o tym w kategoriach winy, gdyż członkowie rodziny ofiar mieli zapewne jak najlepsze zamiary. Jednakże można domniemywać, że używając tej samej drogi co sprawcy zabójstwa i wędrując po domu, mogli w dużym stopniu zatrzeć ślady i utrudnić w ten sposób schwytanie sprawców zabójstwa.

 Trudne śledztwo

 Czy w tej sprawie możemy mówić o zmowie milczenia, panującej w ramach hermetycznego przecież środowiska Romów?

Prokurator Tomasz Szczepanek: – Nie mogę powiedzieć, aby panowała jakakolwiek zmowa milczenia. W aktach sprawy zgromadzono bardzo dużo zeznań osób narodowości romskiej. Nie można wysnuć wniosku, że osoby z tego środowiska nie współpracowały z organami ścigania.

W przypadku tego śledztwa cała trudność sprowadzała się do tego, że ofiary były osobami dość enigmatycznymi. Małżonkowie sprowadzili się do Pabianic z Warki, około 20 lat wcześniej. Nawet ślub wzięli tylko w obrządku cygańskim. Żyli w swoim środowisku, składającym się głównie z Romów. Można odnieść wrażenie, że kobieta, która sprzątała dom, była jedyną osobą – spoza Romów – mającą stały kontakt z małżonkami.

Następnie przez kilka lat małżonkowie mieszkali w USA. W tym czasie – za przesyłane przez nich pieniądze – matka T.J. zbudowała im dom. Czym zajmowali się po powrocie? Tego policjanci próbowali dociekać w trakcie śledztwa. W sprawie powstał nawet specjalny kwestionariusz pytań, według którego przepytywano świadków.

– Czy ustalono, czym zajmował się zamordowany? – pytam po latach prokuratora Tomasza Szczepanka.

– Kilka lat przed śmiercią mężczyzna przebywał w USA. Prowadził tam sklep. Co robił po powrocie do Polski, tego nie wiemy dokładnie. Z akt sprawy nie wynika, aby prowadził działalność gospodarczą, lub był zatrudniony w jakimkolwiek podmiocie gospodarczym.

Nieco światła na ten temat rzucają zeznania brata T.J. złożone w śledztwie:  – Czym zajmował się Z. D. podczas ostatnich 5 lat, to każdy wiedział. Po prostu siedział w domu, nie zajmował się niczym, co by było nielegalne. Wiem, że stale koło siebie miał pieniądze w dolarach, około 6–7 tysięcy dolarów, nosił je w portfelu w marynarce. Te pieniądze miał na wypadek nagłego interesu. Gdy potrzebował inne pieniądze, to sprzedawał dolary. W ostatnim czasie wiem, że miał on takie pieniądze. Jak chciał zrobić większy interes, to inny Cygan miał 5 – 6 tysięcy dolarów i zakładali spółkę.  Na pewno nie robił on jakichś interesów na skalę większą niż 10 000 dolarów. Gdyby było inaczej, to ja wiedziałbym o tym.

–  Na czym polegały te interesy? – dopytywali śledczy.

– Biznes polegający na kupieniu samochodu za granicą taniej, podszykowanie i sprzedanie drożej, tak samo kupienie taniej złota i przerobienie go na drobne wyroby i sprzedanie tego i zysk, to był taki biznes. Spoza Cyganów to sprzedawaliśmy samochód na giełdzie, a złoto na hali w Łodzi.

O życiu ofiar śledczy wiedzieli dość niewiele. I niestety niewiele wnosiły w sprawę zeznania świadków. Nikt nie potrafił w sposób pewny powiedzieć, czy małżonkowie sypiali w jednej sypialni, czy każde miało swoją. A informacja ta była ważna dla ustalenia przebiegu zdarzeń w dniu zabójstwa.

Również nikt nie potrafił powiedzieć, co działo się i co robiły ofiary w dniu swej śmierci i dniach  poprzedzających. Udało się jedynie ustalić, że w dniu zabójstwa po południu, małżonkowie byli widziani w swym domu, przez idącego ulicą szwagra. Ustalono także, że Z.D. dzwonił do znajomego około 23.25. Można więc zakładać, że do zabójstwa doszło około północy z 17 na 18 marca1995 roku.

Kolejna wątpliwość. Zaparkowany w garażu mercedes nosił wyraźne ślady uszkodzeń. Policjanci próbowali więc ustalić, kiedy one powstały i czy były wynikiem jakiegoś wypadku. Niestety tego również nie udało się bezspornie wyjaśnić, choć wszystko wskazuje na to, że pan Z.D. jeździł uszkodzonym samochodem przez około 4 – 5 miesięcy i zdarzenie to nie miało związku z jego śmiercią.

 Motyw nieznany

– Czy można zakładać, że morderstwo miało charakter rabunkowy? – pytam Tomasza Szczepanka.

– Nie. Nie znamy motywu sprawców. Trudno jednoznacznie mówić o motywach, w sytuacji, gdy nie ustalono sprawców zdarzenia. Wyciąganie w takiej sytuacji wniosków jest nieuprawnione. W toku śledztwa przyjęto kilka wersji śledczych. Jedna mówiła o motywie rabunkowym, ale inna na przykład, o możliwym motywie zemsty.  W toku śledztwa rozważano również wątek zemsty, związany z szeroko rozumianymi  rozliczeniami finansowymi Z. D. Badano jeszcze inne wątki. Jedna z wersji śledczych zakładała, że zabójstwa dokonano na zlecenie.

– A czy ustalono, co zginęło z domu ofiar?

– Prokuratura jest w posiadaniu informacji pochodzących od jednego z członków rodziny na temat biżuterii, oraz kwot pieniędzy w walucie polskiej i obcej.

 – Na ile dokładne są to informacje?

– Dotyczące nawet nominałów banknotów. Niestety nie są to informacje pewne. Syn państwa D., który na pewnym etapie śledztwa pojawił się i współpracował ze śledczymi, niestety nie miał informacji o tym, co mogło zginąć z domu rodziców.

Przeglądając akta często spotykałem się z pytaniami śledczych o to, co zginęło z domu ofiar. Zagadnienia te zawarto w kwestionariuszu, na podstawie którego, jak już pisałem, przesłuchiwano świadków.

Właściwie wszyscy wskazywali na fakt, że Z.D. nosił zawsze na palcu złoty sygnet. Przedmiot ten nie został znaleziony przy zwłokach. Pani T.J. nosiła natomiast na szyi duży krzyżyk wysadzany drogimi kamieniami, zawieszony na grubym, złotym łańcuchu. Gdy sprawa była przed laty poruszana na antenie programu Michała Fajbusiewicza „997”, na zdjęciu kobiety widać było dobrze ten właśnie łańcuch. A jednak przy zwłokach kobiety leżał sam krzyżyk.

Podobne zeznania złożył brat zamordowanej: „W mieszkaniu według mnie brakuje: pierścionek Z., łańcuszek T. J., jakieś drobne pierścionki, które T. nosiła na palcach i na noc mogła je zdjąć. Jeżeli miał Z. D. te dolary, to brak jest też tych pieniędzy”. W przypadku dolarów świadek miał na myśli kwotę 6–7 tysięcy dolarów przygotowaną na nagły nieprzewidziany interes.

Aby unaocznić trudności – z jakimi spotykali się w toku śledztwa prokurator i policjanci – warto zauważyć, że podczas oględzin w sypialniach zamordowanych znaleziono łącznie trzy noże. Mimo wysiłków nie udało się jednak ustalić, czy należały one do ofiar, czy też zostały przyniesione przez sprawców.

 Zabici z  zemsty?

Półtora miesiąca przed zabójstwem małżeństwa – w niedzielny wieczór 29 stycznia 1995 roku – doszło do wypadku samochodowego. Pędzący z nadmierną prędkością mercedes 500 SL potrącił na pasach 38-letnią Iwonę B. i jej 14-letnią córkę Katarzynę. Kobiety zginęły na miejscu. Policjanci, kilka godzin później odnaleźli rozbity i pokrwawiony samochód w garażu Z.D.

 Kto kierował pojazdem? Nie wiadomo. W każdym razie pojazd zniknął z posesji  brata pani T.J. a już po wypadku, rozbity, odnalazł się na tyłach domu państwa Z.D. i T.J.

Jeden ze świadków zeznał: Kto go za ten dom postawił, nie wiadomo, i też kto kierował samochodem podczas wypadku, nie wiadomo.

Najczęściej samochodem jeździł kuzyn T.J. – młody Rom o pseudonimie „Odys”. Ówczesna prasa jako sprawcę wypadku wskazywała jednak syna małżonków, 16-letniego wtedy Marka, pseudonim „Italiano”. Jednak mężczyzna zniknął.

Gdy pytam o tamte zdarzenia prokuratora Szczepanka, ten odpowiada:

– Jedna z hipotez mówi o zemście z przyczyn rodzinnych. Było podejrzenie, że syn ofiar spowodował wypadek drogowy ze skutkiem śmiertelnym i zbiegł.  Ówczesna prasa sugerowała, że syn ukrył się na terenie Niemiec, zaś zabójstwo rodziców miało doprowadzić do jego powrotu do kraju. Nie dysponujemy potwierdzonymi informacjami o tym, aby syn ukrywał się poza granicami kraju, jednak ten wątek  sprawdzano bardzo wnikliwie.

Pytania o Marka, o to, czy był na pogrzebie rodziców, oraz gdzie może przebywać, znalazły się w kwestionariuszu pytań przygotowanym przez śledczych.  I faktycznie można odnieść wrażenie, że również w środowisku Romów wersja zabójstwa rodziców spowodowanego chęcią zemsty na synu, była poważnie brana pod uwagę. Najbardziej dosadnie ujął to wuj Marka, który zeznał: A obecnie to dodatkowo myślę, że ukrywa się, bo nie wie, czy dla niego nie była przygotowana jedna z kul.

Gdy w kwietniu 1995 roku „Odys” zginął w wypadku samochodowym, Marek D. „Italiano” zgłosił się na policję. Jako nieletni trafił do zakładu poprawczego. Nie udało mi się niestety ustalić, jak długo tam przebywał. Jednak w odczuciu społecznym ta kara na pewno nie była adekwatna do odpowiedzialności za śmierć dwóch kobiet. Czy możliwe jest zatem, że rodzice chłopaka zginęli w ramach zemsty? Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi.

 Niczym egzekucja

 – Poza biegłymi z zakresu daktyloskopii i medycyny sądowej – relacjonuje prokurator Szczepanek  swoje opinie wydali także biegli balistycy, którzy badali pociski ujawnione na miejscu zdarzenia. W wyniku tej ekspertyzy ustalono jedynie, że pociski kalibru 6,35 mm zostały wystrzelone z jednej lufy samodziałowej. Natomiast w bazach KGP nie znaleziono łusek z tej broni.

– Czy w toku śledztwa sprawa zabójstwa w Pabianicach była łączona z przypadkami innych, podobnych zabójstw?

– Sprawdzano czy modus operandi sprawców tego przestępstwa pokrywa się z modus operandi innych podobnych przestępstw. Nie stwierdzono takiego bezpośredniego związku.

Określenie „lufa samodziałowa” oznacza, że sprawcy użyli pistoletu gazowego kaliber 6,35 mm przerobionego w nielegalnej rusznikarni na amunicję ostrą. Była to w połowie lat 90. broń niezmiernie popularna w środowiskach przestępczych. W związku z tym policjanci rozesłali do wszystkich komend wojewódzkich pismo z zapytaniem o podobne zbrodnie, popełnione w tym samym czasie na terenie kraju.

W tym miejscu warto wspomnieć, że użycie takiego właśnie rodzaju broni, może być wyjaśnieniem sposobu działania zabójców. Kule wystrzelone z pistoletu gazowego, przerobionego na amunicję ostrą, mają mniejszą prędkość, dlatego strzały w głowę, dla pewności oddaje się z mniejszej odległości. Często tego typu zbrodnie przypominają więc siłą rzeczy egzekucje.

Komendy udzielały odpowiedzi na podstawie własnego uznania, jednak kilka spraw wydawało się być podobnych. Między innymi zabójstwa dokonane na terenie Małopolski przez nieustalonego do dziś sprawcę nazywanego „Inkasentem”, zabójstwo właściciela hurtowni i jego matki w miejscowości Wytowno gmina Ustka, za które później skazany został Rom, Robert K. „Ciolo”, a także zabójstwo trzech osób w Opolu Lubelskim w 1991 roku, którego sprawcę schwytano dopiero 3 lata temu.

 Kto założył alarm

 Prokurator Tomasz Szczepanek siedzi przede mną i przegląda akta śledztwa. Wylicza kolejne ekspertyzy, jakie zlecała Prokuratura, aby ustalić sprawców zabójstwa.

– Opinia mechanoskopijna sporządzona w sprawie wskazuje, że dwa pręty kraty przecięto, a jeden nacięto nożycami do cięcia prętów. Następnie instalacja elektryczna wewnątrz budynku została uszkodzona za pomocą noża i brzeszczotu. Ekspertyza fizykochemiczna pozwoliła nam na zebranie mikrośladów z ubrań ofiar. Jednakże ta opinia może nam posłużyć dopiero po wytypowaniu sprawców. Opinia biologiczna, której celem było badanie śladów na niedopałkach papierosów znalezionych na miejscu zdarzenia. Także ona nie doprowadziła do ustalenia sprawców. To są najważniejsze ekspertyzy,jakie przeprowadzono w sprawie.

 Z wymienionych ekspertyz moją uwagę najbardziej przykuwa ta pierwsza. Otóż sprawcy przestępstwa przeszli dwa ogrodzenia, zabili psa, rozprawili się z kratą okienną, a gdy byli już w budynku, wyłączyli alarm. Zastanawiam się, jak doskonałą wiedzą na temat posesji i budynku musieli dysponować. Albo, tak dużą mieli wiedzę na temat dezaktywacji systemów alarmowych.

W opisywanym już przeze mnie kwestionariuszu, również pojawiały się pytania, kto montował w budynku alarm i kto potrafił go dezaktywować. Nawet bliscy ofiar nie znali na nie odpowiedzi. Alarm został zamontowany jeszcze gdy Z.D. i jego żona przebywali w USA. Jak go wyłączyć, nie wiedzieli nawet bliscy krewni. A mimo to, sprawcy wiedzieli. Wiedzieli jak wejść do budynku, by urządzenia nie aktywować, i potrafili je odłączyć.

 Mylne tropy

 – Wydawało się, że nastąpił przełom – relacjonuje Tomasz Szczepanek –  gdy na pewnym etapie postępowania uzyskano informacje o osobach, które mogły być sprawcami zabójstwa. Jednak osoba, która przekazała te informacje, odwołała zeznania.

– Jak natrafiono na tę osobę? – pytam.

– Ta osoba sama zgłosiła się do prokuratury i przekazała pewne informacje – wyjaśnia prokurator i po chwili dodaje Taka osoba, która sama się zgłaszała, była jeszcze jedna. Kierowała ona listy, w których wskazywała sprawców, jednak bez podania personaliów. Przy czym nie wykonano żadnych czynności procesowych, bowiem nigdy się nie zgłosiła do policji i prokuratury. Kierowała jedynie anonimowe listy, zaś za swe informacje żądała pieniędzy.

Pierwszą z tych osób był obywatel Ukrainy, który zgłosił się do Komendy Policji we Wrocławiu. Mężczyzna oświadczył, że trzej jego koledzy, byli żołnierze Armii Czerwonej, proponowali mu udział w zabójstwie „staruchów” w Pabianicach. Mężczyźni ci mieli następnie, już po zabójstwie małżeństwa Romów, zginąć w wypadku samochodowym. Po pewnym czasie świadek sam odwołał zeznania i przyznał, że chciał w ten sposób wyłudzić 50 tysięcy złotych nagrody ufundowanej przez środowisko pabianickich Romów.

Czy byli to sprawcy?

 Tak dochodzimy do momentu, gdy śledczy byli przekonani, że oto śledztwo zmierza do szczęśliwego finału. Że sprawcy zabójstwa małżeństwa Romów są na wyciągnięcie ręki. Prokuratura do dziś nie chce wdawać się w szczegóły i zdradzać kulisów śledztwa. Prokurator Szczepanek ogranicza się tylko do takiej relacji: –  Aż wreszcie na pewnym etapie postępowania uzyskano informację o osobach, które mogły w noc zdarzenia znajdować się w pobliżu miejsca zamieszkania pokrzywdzonych. Wytypowano dwie osoby, które mogły znajdować się w tym miejscu feralnej nocy. Przeprowadzono u nich czynności mające na celu ujawnienie przedmiotów pochodzących z przestępstwa. I przesłuchano ich, jednakże nie udowodniono, aby którykolwiek z tych przedmiotów pochodził z domu ofiar.

Czy wtedy prokuratura i policja miały w rękach sprawców tej zbrodni? Tego nie wiadomo. Nie udało im się udowodnić związku z zabójstwem dokonanym w Pabianicach.

Śledztwo umorzono 30 października 1995 roku, jednak jak wskazuje Prokurator Szczepanek, działania w sprawie były podejmowane. Sprawa nadal pozostaje w zainteresowaniu organów ścigania. Z dokumentacji zgromadzonej przez Prokuraturę można domniemywać, że niektóre osoby miały wiedzę na temat zabójstwa, ale nie podzieliły się nią ze śledczymi (choćby osoba, która pisała do Prokuratury anonimowe listy). Pozostaje mieć nadzieję, że zabójstwo małżeństwa Romów jeszcze znajdzie swój finał w sądzie.

Możemy sobie z perspektywy czasu rozważać, czy gdyby członkowie rodziny zamordowanych nie zadeptali części śladów na miejscu zabójstwa, oraz czy gdyby w połowie lat 90. działała instytucja świadka koronnego, to dziś mordercy odbywaliby karę więzienia. To tylko gdybanie. Na szczęście dziennikarzowi wolno czasem publicznie zadawać pytania, na które nie ma odpowiedzi.

W tej sprawie najważniejsze pytanie jest jedno. Jaki był motyw zbrodni? Zemsta? Rabunek? Zlecenie? Rozliczenia finansowe? Nie było to zabójstwo przypadkowe. Ktoś dobrze się do niego przygotował i dokonał w sposób profesjonalny.

Bartłomiej Mostek

2

Na tyłach okazałej willi, policjanci zobaczyli przeciętą kratę i przystawioną do otwartego okna drewnianą drabinę / fot Policja