Szaleńcza miłość karmi się śmiercią

0
Przychodził raczej do córki, a szaleńczo zakochał się w matce. Zwariował do tego stopnia, że dał się namówić do zabójstwa męża kochanki. Najpierw jednak z zimną krwią zamordował w Olsztynie 68-letniego emeryta, właściciela auta, które ukradł, żeby potem potrącić nim rywala.
Między Sławomirem O. a Elżbietą M. jest 16 lat różnicy. Chłopak, wtedy 24-letni miał tylko o 2-3 lata więcej niż najstarsze dzieci kobiety. Dorobiła się ona zresztą aż szóstki potomstwa. Gdy zakochał się w niej Sławomir O. najmłodsze  dopiero co się urodziło. W małej wiosce pod Barczewem, w domu, gdzie wszyscy siedzieli sobie na głowie, ich romans to był prawdziwy skandal. Ludzie długo się potem zastanawiali, co takiego ten chłopak zobaczył w tak zwyczajnej kobiecie, jak Elżbieta M.
Zbrodniczy plan
 – Byłem szaleńczo zakochany. Manipulowała mną do tego stopnia aż uwierzyłem, że dla naszego szczęścia niezbędne jest zabicie jej męża – mówił stając przed olsztyńskim sądem Sławomir O. To było rok po fakcie, miał czas oprzytomnieć. Kobieta też już nawet na niego nie patrzyła. Marzyła tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu, raptem przypomniała sobie o dzieciach. Liczyła również, że ostatecznie mąż też jej wybaczy.
Wtedy jednak, w styczniu 2003 roku był dla zbliżającej się do czterdziestki kobiety przeszkodą na „drodze do szczęścia”, może ostatniej „prawdziwej miłości” w życiu. Nie wiadomo, które z nich ułożyło plan. Pomysł był taki, żeby upozorować wypadek drogowy, żeby męża Elżbiety M., który odludną leśną drogą, mimo zimy, dojeżdżał rowerem do pracy w jakiejś kotłowni w Barczewie, przejechać na śmierć samochodem. Musieli się spieszyć, gdyż zdradzany mąż od jakiegoś czasu już ich podejrzewał i nie zamierzał darować wstydu.
 Problem był taki, że nie mieli samochodu i najpierw trzeba było go ukraść. 23 stycznia 2003 roku, pierwszym rannym autobusem, Sławomir O. przyjechał w tym celu do Olsztyna. Przez kilka godzin szukał okazji wokół kilku rzędów garaży za technikum chemicznym przy ulicy Kołobrzeskiej, jakiś kilometr od dworca. Ile osób otaksował nim się zdecydował, nie wiemy.
Był nawet bliski rezygnacji, bo już zrobiło się jasno, lecz koło ósmej zwrócił uwagę na starszego mężczyznę otwierającego drzwi do jednego z boksów. Właściciel czerwonego opla astry 68-letni Romuald P. otwierał garaż, żeby jechać autem do pracy. Mimo emerytury, ciągle jeszcze znajdował  sobie zajęcie.
Sławomir O. widząc, że jest sam, a w pobliżu nikogo nie ma, skoczył za nim i zamknął za sobą drzwi. Chwycił, co było pod ręką i w półmroku bez pamięci zaczął okładać emeryta. Mówił potem, że chodziło mu tylko o samochód, że nie chciał zabić, lecz sekcja zwłok wykazała, że Romuald P. otrzymał aż 25 uderzeń nieustalonym tępym narzędziem. Nie miał szans również dlatego, że wyprowadziwszy auto sprawca zamknął garaż na kłódkę i odjechał zostawiając umierającego emeryta na zimnym betonie. Zamknięty od zewnątrz garaż zmylił zresztą bliskich emeryta, zaniepokojeni  jego długą nieobecnością i brakiem kontaktu szukali go po całym mieście.
O zabójstwie na Kołobrzeskiej natychmiast poinformowały olsztyńskie media. Jeżdżąc skradzioną i z całą pewnością poszukiwaną astrą Sławomir O. raz omal nie wpakował się na policyjny patrol, ale dopingowany przez kochankę dalej realizował swój zbrodniczy plan. W Olsztynie był w czwartek 23 stycznia, zaś  29 stycznia 2003 roku, po kilku pełnych emocji i niepewności dniach oraz paru „przymiarkach”, na pełnym gazie najechał od tyłu zmierzającego leśną drogą do pracy męża kochanki, Pawła M. Rowerzysta fiknął kozła do rowu, wyglądało, że padł trupem na miejscu. Sławomir O. kawałek dalej skręcił w las i zgodnie z tym co zapamiętał z telewizyjnych kryminałów, podpalił auto. Dla zatarcia ewentualnych śladów zmienił nawet buty.
Kochankowie skazani
Jakież musiało być jego zdziwienie kiedy wróciwszy do wioski zobaczył, że mąż kochanki zjawił się tam prędzej niż on. Doznał szoku, trochę się poobijał, ale w sumie nic poważnego się nie stało. Chłop myślał oczywiście, że ktoś przypadkowo go potrącił i zwyczajnie uciekł bojąc się konsekwencji. Że polowano na niego specjalnie i kto polował, to jeszcze do niego nie docierało.
– Przez tyle  lat była wzorową żoną – nawet po roku, już w sądzie, Paweł M. próżno szukał wytłumaczenia co naszło jego żonę. Zbliżająca się czterdziestka, ostatni gwizdek, żeby jeszcze coś skorzystać z młodości, która tak szybko minęła…  Ale, żeby od razu zabijać!
Policja nie o razu wiązała wyżej wymienione zdarzeń w jedną całość. Kochanowie dostali wtedy jeszcze tydzień na realizacji planu B. Udawali, jakby nic się nie stało. Postanowili wyjechać za granicę i tam wspólnie zacząć nowe życie. Załatwiali paszporty, bilety autobusowe – prawdziwa szkoda zresztą, że na ten pomysł nie wpadli wcześniej.
Dokładnie w rok po zdarzeniu, w styczniu 2004 roku, Sławomir O. i Elżbieta M. stanęli przed Sądem Okręgowym w Olsztynie. On oskarżony o zabójstwo i usiłowanie kolejnego, ona zaś o podżeganie do zabicia męża. Nie siedzieli obok siebie na ławie oskarżonych, nawet na siebie nie spojrzeli. Obecni na sali próżno szukali odpowiedzi na pytanie, co sprawiło, że oszaleli. I dlaczego ich miłość musiała karmić się czyjąś śmiercią.
— Nie mogę pogodzić się z tym, że on siedzi sobie tutaj, patrzy i słucha, a mój mąż leży w zimnym grobie. Morderca nie tylko zabił mojego męża, także mnie zadał śmiertelny cios. Zmiażdżył, zniszczył całe moje życie. – mówiła w sądzie żona właściciela astry skradzionej w Olsztynie, potem użytej do kolejnej zbrodni.
— Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w sumie normalni ludzie byli w stanie to zrobić – nawet prokurator się dziwił. Ale potem, w mowie oskarżycielskiej co chwila powtarzał – premedytacja, okrucieństwo, niewinne ofiary.
– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, poza tym, że byłem szaleńczo zakochany i to było konieczne dla naszej miłości – sam sobie starał się tłumaczyć Sławomir O., chociaż formalnie się nie przyznawał. Mówił, że ani w pierwszym, ani w drugim przypadku, nie miał zamiaru zabijać.
– Chcę wrócić do domu, do dzieci – na tyle tylko, popłakując,  mogła się w „ostatnim słowie” zdobyć jego kochanka.
Sąd skazał ją na 12 lat więzienia. Sławomir O. za zbrodnię, którą popełnił dla „miłości swojego życia”, został skazany na karę dożywotniego więzienia.
Stanisław Brzozowski

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ