Co stało się z Eweliną Bałdygą?

0
26250

To jedno z najmroczniejszych porwań w historii polskiej kryminalistyki.  Sprawa uprowadzania Eweliny Bałdygi nigdy nie została wyjaśniana, nie odnaleziono studentki ani jej ciała. Nie postawiono zarzutów porywaczom. Chociaż  wiele wskazuje na to, że byli nimi członkowie owianego złą sławą gangu obcinaczy palców.

Był 30 maja 2005 roku. 21-letnia Ewelina Bałdyga, najmłodsza córka właściciela zakładów mięsnych JBB w Łysych, po zajęciach na uczelni szła na parking przy ulicy Domaniewskiej na Mokotowie. Nieopodal jej sportowego bmw stała biała furgonetka. Kobieta musiała znaleźć się pomiędzy samochodami, aby wsiąść do swojego auta.

Wystarczyły sekundy

Zapis z kamery przemysłowej, znajdującej się na budynku Banku Zachodniego WBK, pokazuje parking przy Domaniewskiej. Widać, jak obok czarnego bmw zatrzymuje się biały ford transit. Nikt z tego samochodu nie wysiada, jakby na kogoś czekano. Tymczasem w kadrze pojawia się kobieta. Gdy wchodzi między forda transita a bmw, wówczas gwałtownie otwierają się drzwi furgonetki. Za plecami kobiety widać wysokiego mężczyznę, chwyta ją za szyję i wciąga do busa. Drzwi zamykają się, ford cofa i spokojnie odjeżdża. Za nim jedzie osobowy samochód, który ubezpiecza porywaczy. Porwanie trwało najwyżej kilka sekund.

Kilka godzin później spaloną furgonetkę znaleziono nad Wisłą. Niestety, obraz zapisu monitoringu był słabej jakości i sprawców porwania nie zdołano zidentyfikować. Nigdy też nie natrafiono na ślad porwanej kobiety.

Ewelina Bałdyga studiowała w Warszawie. Ojciec kupił jej apartament przy rondzie Babka. Wkrótce wraz Łukaszem P. wybierała się do Meksyku. Miała to być ich podróż przedślubna, bowiem niebawem zamierzali się pobrać. Najmłodsza z dzieci, Ewelina była oczkiem w głowie Józefa Bałdygi. Zrobiłby dla niej wszystko, o czym  doskonale wiedzieli bandyci, którzy mieli też doskonałe rozeznanie w sytuacji finansowej Bałdygów. Produkty z ich zakładów mięsnych JBB, które powstały w 1992 roku w Łysych (powiat ostrołęcki), trafiały do sklepów w całej Polsce.

Bałdyga od wielu lat zaliczany jest do najbogatszych Polaków, jego majątek szacowany jest obecnie na około miliard złotych.  Bandyci byli pewni, że na tym uprowadzeniu dobrze się obłowią.

Zażądali milion euro

Porywacze po raz pierwszy odezwali się dopiero po sześciu dniach. 5 czerwca o 19.10 zadzwonili na telefon Józefa Bałdygi. Mężczyzna usłyszał w słuchawce głos córki. Nie mógł jednak z nią rozmawiać, to było jedynie nagranie jej wypowiedzi. Ewelina potwierdziła, że została porwana. Czy dziewczyna jeszcze wówczas żyła? Nie ma, co do tego pewności.

– Mokotowscy nagrywali swoje ofiary, które wkrótce potem mordowali, i puszczali fragmenty nagrań rodzinom, aby utwierdzić ich w przekonaniu, że ich bliscy żyją, a pieniądze są dla nich jedyną drogą ratunku – mówi były policjant zajmujący się rozpracowywaniem gangu „obcinaczy palców”.

Wkrótce po odtworzeniu nagrania z głosem Eweliny, porywacze wysłali do jej ojca sms-a z żądaniem okupu w wysokości 500 tysięcy euro.

Wieczorem, 7 czerwca, rodzina uprowadzonej studentki wysłuchała kolejnego nagrania. Tym razem nieznany mężczyzna podał instrukcję, jak mają się zachowywać. Po czym na kilka dni porywacze zamilkli. Dopiero w nocy 10 czerwca przyszedł sms z poleceniem wyjazdu z okupem. W kierunku Łomży pojechał ojciec Eweliny z jej chłopakiem. Potem zostali skierowani do Wyszkowa, a następnie na Dworzec Centralny w Warszawie. Przez jakiś czas wodzono ich  jeszcze po mieście. W końcu porywacze zarzucili, że w przekazaniu okupu bierze udział policja oraz Krzysztof Rutkowski. Co ponoć nie miało miejsca. Bandyci jednak mieli na ten temat swoje zdanie i podnieśli wysokość okupu do miliona euro, o czym poinformowali  rodzinę Eweliny Bałdygi 15 czerwca. Grozili wówczas, że dziewczyna zostanie poddana torturom, jeśli nie otrzymają pieniędzy.

 Następnego dnia bliscy porwanej kobiety przekonali się, że nie są to groźby bez pokrycia. Czytamy o tym w policyjnej notatce: „Sprawcy puszczają nagranie głosu uprowadzonej, która płacze i mówi, że obcięto jej włosy, a od jutra zaczną obcinać inne rzeczy, sprawcy żądają okupu miliona euro, grożą, że obetną uprowadzonej palec od nogi„.

Niebawem, pod Wyszkowem czekała na Józefa Bałdygę przesyłka od porywaczy. Była to torba z włosami Eweliny.

Trzeba wspomnieć, że włosy te w 2007 roku znaleziono podczas przeszukania w mieszkaniu Jerzego P. oficera Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym, który w 2006 roku rozpoczął pracę CBA. Miał on także  telefony komórkowe należące do porywaczy. Podejrzewano, że  współpracował z porywaczami i Krzysztofem Rutkowskim, aby wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy od rodziny uprowadzonej. Sprawa wyszła na jaw w październiku 2007 roku i wówczas Jerzy P. został zatrzymany przez agentów CBA. Natychmiast zwolniono go z pracy.

Po kilku dniach przypomnieli, jaka jest aktualna wysokość okupu. Bałdyga odpowiedział, że zdołał zebrać tylko 562 tysiące euro. Wówczas zagrożono obcięciem palców dziewczynie. Zdaje się, że porywacze nie do końca rozumieli, że biznesmen może nie mieć tyle gotówki. Gdyż większość pieniędzy miał zainwestowanych w zakład mięsny.

W końcu chyba jednak dotarło to do nich i 28 czerwca 2005 roku przekazano gangsterom 567 tys. euro.  Przekazanie okupu nie było monitorowane przez policję. Dziewczyna nie została jednak uwolniona.

Okup zrzucono z mostu Grota-Roweckiego za ekran dźwiękochłonny. W tym samym miejscu pieniądze porywaczom przekazała rodzina Krzysztofa Olewnika Notabene spokrewniona z Bałdygami.

Oferta nie do odrzucenia

Podobieństwo tych dwóch spraw sprawiało, że usiłowano łączyć uprowadzenie Eweliny Bałdygi z porwaniem Krzysztofa Olewnika. Pojawiły się między innymi hipotezy, że w studni, w której przetrzymywano Olewnika, więziono jeszcze kogoś. I miała to być  Ewelina. Sprawy te łączono także ze względu na fakt, że ojcowie obojga uprowadzonych młodych ludzi byli przedsiębiorcami z branży mięsnej, i w obu przypadkach mogło chodzić o przejęcie firm.

W przypadku Krzysztofa Olewnika od początku pojawiały się dość prawdopodobne hipotezy, że nie chodziło o okup lecz o przejęcie firmy.  O porwaniu Eweliny Bałdygi nigdy nie mówiło się w podobnym kontekście. Jednak ta wersja także jest prawdopodobna. Dotarłem do osoby z kręgu „Mokotowa”, która przekonuje mnie, że tak właśnie mogło być:

– „Mokotów” złożył Bałdydze ofertę nie do odrzucenia. Naszym bossom zamarzyło się, że zostaną udziałowcami tej firmy. Właściciel olał jednak „Mokotów”, zatem postanowiono go boleśnie  ukarać – przekonuje mój rozmówca.

Niewykluczone, że tak mogło być. Zwłaszcza, że w przeddzień czwartej rocznicy zaginięcia Eweliny Bałdygi, 29 czerwca 2009 roku, doszło do ogromnego pożaru zakładów mięsnych JBB w Łysych. Straty wyniosły ponad 260 milionów złotych. Mimo że od początku mówiło się, że było to celowe podpalenie, to Prokuratura Okręgowa w Ostrołęce umorzyła – z powodu braku znamion przestępstwa – śledztwo dotyczące pożaru.

Jednak od niektórych moich rozmówców słyszę, że pożar wywołano po to, aby po raz kolejny wywrzeć presję na Józefa Bałdygę. Aby go zastraszyć. On sam nie zabiera publicznie głosu, zarówno w sprawie pożaru, jak i porwania córki. Nigdy nie starał się  nagłaśniać w mediach uprowadzenia Eweliny. Chociaż mogłoby to pomóc w wyjaśnieniu tej sprawy. W Internecie próżno szukać zdjęć zaginionej dziewczyny, jakby ktoś zadbał o to, aby tam się nigdy nie znalazły. Niewiele też jest informacji na temat samego porwania, a te które się pojawiają, są zwykle ze sobą sprzeczne.

Józef Bałdyga jest przeciwieństwem Włodzimierza Olewnika, który publicznie walczył o wyjaśnienie sprawy porwania i zamordowania  swojego syna oraz o  ukaranie winnych jego śmierci.

Bezkarni porywacze

Według osób, które znają Józefa Bałdygę, nie przyjmuje on do wiadomości, że jego córka może nie żyć. Do dziś w Krajowym Rejestrze Sądowym można znaleźć wpisy rodzinnych firm  Bałdygów, w których nadal figuruje Ewelina. Jednak szanse, że dziewczyna nadal żyje, są praktycznie żadne. Nie wiadomo także, gdzie ewentualnie ukryto jej ciało.

Co prawda  śledczy odnaleźli dom, w którym była przetrzymywana, ale ktoś starannie usunął w nim wszelkie ślady. Jednak policjanci zdołali znaleźć kilka niewielkich śladów, które wskazywały na pobyt Eweliny. To nie wystarczyło, aby bandyci odpowiadali za porwanie i zabójstwo 21-latki.

– W tej sprawie zrobiliśmy wszystko co było możliwe. Nie mam żadnych wątpliwości, że Ewelinę porwał gang obcinaczy palców – zapewnia Dariusz Loranty, wówczas policyjny negocjator, który pracował przy 50 porwaniach.

Gdy w 2008 roku członkowie gangu „obcinaczy palców” zasiedli na ławie oskarżonych,  to zabrakło dowodów, aby  porwanie  Eweliny znalazło się w akcie oskarżenia.

– Media i policja niesłusznie nazwały tę sprawę procesem „gangu obcinaczy palców”, bo żaden z sądzonych nie miał takiego zarzutu – mówiła w uzasadnieniu wyroku sędzia Barbara Piwnik, przewodnicząca trzyosobowego składu Sądu Okręgowego Warszawa-Praga.

Policja co prawda ustaliła, że związek z uprowadzeniem studentki mógł mieć między innymi Grzegorz K., pseudonim  „Ojciec”, vel „Sołtys”. Gangster przyznał się nawet do udziału w tym zdarzeniu, ale szybko się z tego wycofał.

Prokuratura Okręgowa w Płocku przekonuje, że nie zamyka sprawy Eweliny Bałdygi. Wciąż ponoć istnieje szansa  na wyjaśnienie jej losu. Jednak nadzieja na to, że porwana studentka nadal żyje jest znikoma. Według osób, do których dotarłem dziewczyna przeszła piekło w rękach gangsterów.

Janusz Szostak

O tej sprawie piszę szerzej w książce „Byłam dziewczyną mafii”, która jest poświęcona działalności gangu obcinaczy palców.  Książka jest już do kupienia w księgarniach i empikach i  TU DO KUPIENIA

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ