Od lat szuka swojej zaginionej żony

0
6442

Anna Gawęda zaginęła 30 listopada 2006 roku w Koszalinie. Ostatnim miejscem, gdzie ją widziano była galeria handlowa Emka. Przez lata podejmowano szereg działań mających na celu jej odnalezienie. Jednak mimo licznych informacji i śladów, kobieta w dalszym ciągu figuruje jako osoba zaginiona. Ostatni trop pojawił się latem 2015 roku.

Od  lat Janusz Gawęda nie ustaje w poszukiwaniach żony: – Jestem jej to winny. Byłem złym mężem. Nawet, jeśli nie trafię na żaden ślad, to będę jej szukać – deklaruje 70-latek.

Gdy doszło do zaginięcia, Anna Gawęda była na wcześniejszej emeryturze, a jej mąż w dalszym ciągu pracował. W małżeństwie nie układało się najlepiej. Dochodziło do częstych kłótni związanych z chorobą kobiety. Zdiagnozowano u niej Alzheimera.

Janusz Gawęda mówi mi, że nie wiedział, jak postępować z chorą żoną: – Nikt mi tego nie wytłumaczył – jednak, jak podkreśla, nie usprawiedliwia się. – Nie mieliśmy żadnych szans. Gdybym wiedział wtedy to, co wiem dzisiaj, to może inaczej by się ułożyło – dodaje ze smutkiem w głosie.

Gawęda twierdzi również, że choroba żony nie była przyczyną jego alkoholizmu, do którego otwarcie się przyznaje. Teraz nie pije od prawie 9 lat. Jednak leczyć się zaczął dopiero po zaginięciu żony: – Miałem momenty załamania, nie mogłem znaleźć sobie miejsca, po sklepach chodziłem bez celu. Jednak myśl o żonie pozwoliła odzyskać przytomność – przyznaje.

Odnaleziona i odwieziona?

Dwa dni przed zniknięciem żony Janusz Gawęda kontaktował się telefonicznie z młodszym synem Marcinem (wtedy studiującym w Poznaniu), poprosił go o przyjazd do domu. Potrzebował pomocy, gdyż nie radził sobie z chorą żoną. Syn miał przyjechać w piątek.

Tymczasem w złości nastraszył żonę, że odda ją do Domu Opieki Społecznej. Kobieta zareagowała na te słowa płaczem. – Ona mogła przestraszyć się tego, co wówczas powiedziałem – uświadamia sobie po czasie mężczyzna – Być może było to impulsem do ucieczki? Być może bała się, że spełnię wypowiedzianą w zdenerwowaniu groźbę?

30 listopada 2006 roku – po powrocie z pracy – pan Janusz z żoną wybrali się na większe zakupy. Chcieli przygotować się na przyjazd syna. Pojechali samochodem do pobliskiej Emki, w której znajduje się market Sano. Nie padało, było chłodno, lecz bez mrozu, szybko zrobiło się ciemno.

emka
Pojechali samochodem do pobliskiej Emki, w której znajduje się market Sano.

Na zakupy przeznaczali całą gotówkę, jaką mieli przy sobie. Mężczyzna zamierzał kupić jeszcze papierosy, potrzebował wypłacić pieniądze z bankomatu. Poprosił zatem żonę, aby poczekała przy kasach Sano z pakunkami (były to dwie duże torby). Jednak do bankomatu stała niewielka kolejka.

Pierwszy raz, jak się wychyliłem z kolejki, to żona jeszcze była przy filarze – wspomina Janusz Gawęda.

Po wypłaceniu pieniędzy mężczyzna zorientował się, że jego żona zniknęła: – Nie przeraziło mnie to. Myślałem, że się wypłoszyła, bo mnie nie ma. Przypuszczałem, że żona zabrała zakupy i poszła do domu.

Pan Janusz wrócił samochodem pod blok. W dniu zaginięcia kobieta nie miała ze sobą dokumentów, torebki. Nie miała również zapisanych żadnych danych i informacji o sobie i swojej chorobie. Nie miała też kluczy od domu. Zatem mężczyzna myślał, że żona została wpuszczona do budynku przez sąsiadów. Jednak stojąca przed blokiem sąsiadka stwierdziła, że nie widziała kobiety. W tej sytuacji Gawęda sprawdził piętra oraz piwnice, ale nigdzie nie znalazł śladu żony

Wrócił zatem do Emki i tam szukał żony, natomiast sąsiadka poszła szukać w stronę miasta. Po powrocie do domu okazało się, że nikt nigdzie nie widział kobiety. Wówczas Janusz Gawęda skontaktował się z rodziną i znajomymi: – Wszędzie słyszałem, że jej tam nie było.

Wtedy zawiadomił policję. Liczył, że wstępne zgłoszenie pozwoli na znalezienie żony przez policyjny patrol. Policjant odnotował informację o zaginięciu.

Następnego dnia, podczas oficjalnego zgłoszenia, pojawiła się wiadomość od policjanta, że w wieczór zaginięcia (około 22.00) patrol odnalazł panią Annę i podwiózł pod dom:– Byłem przekonany, że policyjny patrol trafił na żonę za sprawą informacji, których udzieliłem kilka godzin po zaginięciu – relacjonuje mężczyzna. Jednak początkowa radość okazała się przedwczesna. W dalszym ciągu nie było wiadomo, co stało się z panią Anną. W domu jej nie było.

Podobno tej samej nocy policyjny patrol odwoził ją do domu dwukrotnie. Za pierwszym razem patrol doprowadził ją do samego mieszkania. Ponoć jednak pan Janusz miał być tak pijany, że nie był w stanie tego zapamiętać. Podczas drugiej interwencji – tej samej nocy – po wylegitymowaniu kobiety policjanci odwieźli ją pod blok i tam zostawili.

Taką wersję wydarzeń przedstawił w grudniu 2014 roku „Głos Koszaliński”: – Informacje podane do publikacji są zgodne ze sporządzonymi notatkami i aktami – komentuje mł. asp. Monika Kosiec z Komendy Miejskiej Policji w Koszalinie.

– Nie mogli jej wylegitymować, gdyż nie miała ze sobą żadnych dokumentów – zauważa pan Janusz. – Dowiedziałem się o tym wszystkim z prasy. Także o tym, że byłem ponoć zamroczony alkoholem. To ma znamiona pomówienia – stwierdza z ubolewaniem. Oczekiwał przeprosin i sprostowania, nie doczekał się jednak.

Legitymowanie mogło polegać na ustnym podaniu podstawowych informacji – uzupełnia rzecznik.

Czy po zaginięciu Anny Gawędy sprawdzano nagrania z miejskiego monitoringu oraz z Galerii Emka? Skontaktowaliśmy się telefonicznie oraz mailowo z sekretariatem Galerii, jednak do momentu tej publikacji nie otrzymaliśmy żadnych informacji. Także pan Janusz przyznaje, pierwsze czynności po zaginięciu małżonki podejmowała jego rodzina, on sam zmagał się z chorobą alkoholową: – Nic nie wiem o sprawdzaniu monitoringu.

Policja potwierdza sprawdzenie monitoringu z Galerii, dodając, że monitoring miejski jeszcze wówczas nie funkcjonował.

Monitoring nie pomógł w poszukiwaniach pani Anny – podsumowuje Monika Kosiec.

Ślady, tropy, nadzieje

Dwa dni po zaginięciu kobiety do domu Janusza Gawędy przyjechali policjanci, prosząc o jakąś rzecz należącą do jego małżonki. Otrzymano bowiem informację, że kobieta widziana była w Niedalinie (ok. 15 km od Koszalina). Podjęto poszukiwania, pies podchwycił trop, lecz nie wniosło to nic nowego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

W dniu zaginięcia pojawiły się także dwa ślady: pewna kobieta widziała panią Annę na wiadukcie kolejowym, policja otrzymała także informację, że zaginiona mogła znajdować się w okolicy dworca kolejowego. Inny trop, który podjęto stosunkowo późno, to działka należąca do Gawędów, lecz przeszukanie tego miejsca również nie przyniosło żadnych efektów.

W lokalnej prasie opublikowano komunikaty o zaginionej. Tomasz Gawęda, syn zaginionej, rozwieszał ogłoszenia i roznosił ulotki. Zorganizował też młodzież, która przeczesywała okolice. Rodzina zgłosiła się także o pomoc do programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”.

Policja przedstawia Janusza Gawędę w niezbyt korzystnym świetle. Podkreślając, że znęcał się psychicznie oraz fizycznie nad żoną, nadużywał alkoholu, a w domu często dochodziło do awantur.

Pojawiały się też sugestie, że Janusz Gawęda mógł mieć udział w zaginięciu żony: – Nikt mi tego nie powiedział wprost – komentuje mój rozmówca, lecz przyznaje, że też kiedyś usłyszał podobne stwierdzenie.

Przez niemal rok rodzina zaginionej podejmowała działania poszukiwawcze bez udziału jej męża: – Przyznaję, uciekłem w alkohol i w innym świecie żyłem – mówi Janusz Gawęda. – W tym niekorzystnym okresie dzwoniłem jednak często na policję. To była moja brzytwa, której się chwytałem, w nich tylko wierzyłem – dodaje mężczyzna. Jednak nieustanne recytowanie formułki o braku informacji złych lub dobrych, oraz ciągłym oczekiwaniu na informacje z terenu, sprawiły, że Gawęda zwątpił w skuteczność policji.

Pan Janusz Gawęda średnio co dwa lata odzywa się do mediów – mówi rzecznik prasowy. – Lokalne media nie chcą już z nim współpracować – dodaje Monika Kosiec. Publikacji na temat zaginięcia Anny Gawędy jest zaledwie kilka.

– Policja podjęła czynności natychmiast po zgłoszeniu – mówi rzecznik. Dokonano rozpytania wśród rodziny i sąsiadów. Przeszukano ośrodki, dworce, szpitale (również psychiatryczne) i wszelkie możliwe miejsca pobytu zaginionej kobiety. Rozsyłano komunikaty ogólnopolskie. Sprawdzono różnorodne instytucje i urzędy m.in. NFZ, MOPS.

Podejmowano także sprawdzanie każdego możliwego tropu: – Wszelkie wskazane miejsca zostały spenetrowane – stwierdza Monika Kosiec i przykładowo wskazuje na sprawdzenie okolicy stadionu oraz trop prowadzący do Kołbaskowa (ok. 167 km od Koszalina). Jednak niczego nie udało się ustalić.

Policja weryfikowała także wizję jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, wielokrotnie sprawdzano teren wokół Góry Chełmskiej, gdzie miało znajdować się ciało zaginionej.

Ostatnie czynności miały miejsce pod koniec 2015 roku. Wysłane zostały zapytania do urzędów, czy pani Anna nie została nigdzie zarejestrowana – informuje policjantka.

Kolejnym tropem była informacja, jaką otrzymał syn zaginionej, że widziano jego matkę w południowej części Polski. Wskazano, że kobieta miała tatuaż na ręce. Rodzinę poinformowała też o tym Fundacja Itaka. Pan Janusz podjął kontakt i korespondencję z Itaką. Weryfikował między innymi osoby umieszczone w bazie fundacji jako zaginione i niezidentyfikowane. Bez skutku.

Przez ponad 9 lat od zaginięcia żony pan Janusz otrzymywał różne sygnały i informacje o niej. Niektórzy szukali w ten sposób łatwego zarobku: – Miałem sporo sms-ów, abym wpłacił zaliczkę, to dowiem się więcej. Ignorowałem je, nie podejmowałem żadnych kroków – mówi Gawęda. Zgłaszali się też bezinteresowni ludzie. Jednak żadna informacja o losach jego żony nie potwierdziła się.

Jasnowidz bezradny

Nie pomógł też kontakt z Krzysztofem Jackowskim, jasnowidzem z Człuchowa. Według relacji Janusza Gawędy jasnowidz go zwodził, i nie chciał podjąć działań w Koszalinie: – Mimo mojej deklaracji pokrycia wszelkich kosztów. Wykręcał się innymi umówionymi spotkaniami – stwierdza mój rozmówca i dodaje – Nigdy w jasnowidzów nie wierzyłem i nie wierzę.

Krzysztof Jackowski przyznaje, że tej sprawy nie pamięta. Jednak po spojrzeniu na zdjęcie zaginionej Anny Gawędy mówi: – Tak, tę twarz kojarzę.

Jak jednak stwierdza, upływ czasu oraz wiele spraw, którymi się zajmuje powodują, że nie wszystkie pamięta.

– Podejmując działania zmierzające do pomocy rodzinie w odnalezieniu zaginionej osoby, przede wszystkim staram się określić miejsce na mapie, gdzie należy szukać osoby zaginionej. Mogła to być wizja błędna – stwierdza Jackowski, który podczas spotkania z rodziną Anny Gawędy określił na mapie Koszalina możliwe miejsce, w którym według niego znajdują się zwłoki kobiety – wskazał na Górę Chełmską. Podjęto kilkakrotnie działania poszukiwawcze w tym rejonie. Jednak nie przyniosły one żadnego rezultatu. Jasnowidz wskazuje, że bardzo istotny jest stan zdrowia człowieka w momencie jego zaginięcia. Dopiero po tych słowach, mówię o chorobie pani Anny i pytam, czy mogła być przyczyną nieudanej wizji Jackowskiego.

Jej zachowanie w dniu zaginięcia mogło być nieadekwatne do rzeczywistości, jaka ją otaczała – zauważa jasnowidz i zaznacza, że podejmując działania stara się postępować jak najbardziej przenikliwie. Jednak odstępuje od sprawy, jeśli jego działania nie przynoszą rezultatów.

Podejmowałem wszelkie możliwe działania, widocznie niemożliwe było odnalezienie tej pani – stwierdza oraz obiecuje powrócić do tej sprawy. Deklaruje, że jeśli coś ustali, to wówczas skontaktuje się z nami. Jednak to nie nastąpiło.

Jackowski nie był jedynym jasnowidzem, który zajmował się sprawą Anny Gawędy. Siostra zaginionej odwiedziła w 2007 roku jasnowidzkę z Warszawy. Ta jednak stwierdziła, że nie może nawiązać kontaktu z zaginioną, ze względu na jej chorobę. Jednak zakomunikowała, że pani Anna prawdopodobnie żyje i może przebywać w południowych stronach Polski.

W tym samym roku pojawiła się także informacja, że Annę Gawędę widziano na terenie Warszawy. Powoływano się na rozpoznanie charakterystycznego tatuażu. Jednak nic więcej nie udało się wówczas ustalić.

W czerwcu ubiegłego roku Janusz Gawęda otrzymał informacje związane z nowym śladem. Zgłosił się do niego mężczyzna, który twierdził, że widział zaginioną w programie telewizyjnym o śniadaniu wielkanocnym dla osób samotnych i bezdomnych w Warszawie. Emisja miała mieć miejsce 5 kwietnia 2015 roku.

Mąż zaginionej, dzięki pomocy Fundacji Itaka otrzymał materiały z emitowanych programów telewizyjnych. W żadnym z nich nie było pani Anny. Żaden nie został także zrealizowany w Warszawie. Po ich obejrzeniu świadek stwierdził, że program, który oglądał nie został zapewne udostępniony Januszowi Gawędzie. Trudno stwierdzić, czy w ogóle istniał.

Czas i to co się wydarzyło sprawia, że pan Janusz na swoje życie patrzy z innej perspektywy: – Swoje wady i zło, które się wyrządziło innym, to wszystko widzi się po czasie – mówi z wielkim poczuciem winy i smutkiem – Gdyby Ania się odnalazła, to bym starał się na stare lata wynagrodzić jej wszystkie krzywdy, których doświadczyła ode mnie. To była niezwykła kobieta, dobra osoba. Lubiana przez wszystkich, dobry duch. Ja zaś nie byłem dobrym małżonkiem. Bardzo dobrze pamiętam te złe chwile. I chciałbym jeszcze mieć szansę przeprosić za nie żonę.

k91_27
Fot. archiwum Janusza Gawędy

Anna Gawęda – wiek: 69 lat, wzrost: 167 cm, włosy: blond, siwe, długie, budowa: szczupła, twarz: owalna, oczy: niebieskie, nos: średni. Kobieta posiadała dolną protezę. Znak szczególny: tatuaż – litera J (z zamkniętym ogonkiem), na zewnętrznej części przegubu lewej dłoni, który często zakrywała zegarkiem lub apaszką. W dniu zaginięcia ubrana była w zieloną kurtkę o długości 3/4, zapinaną na zatrzaski i zamek, spódnicę koloru granatowego, półbuty brązowe, beret wełniany ciemnozielony. Kobieta cierpi na chorobę Alzheimera.

Wszelkie informacje prosimy kierować do naszej redakcji: tel. 46 862 15 82 e-mail: reporter@exmedia.pl lub do Janusza Gawędy: tel. 609 795 512 oraz e-mail: janusz20.03.46@wp.pl

Za pomoc w znalezieniu Anny Gawędy została wyznaczona nagroda w wysokości 25 tysięcy złotych.

Monika Jońska

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ