Dziś zmarł Kazimierz Piechowski. Legendarny uciekinier z KL Auschwitz. Przypominamy rozmowę z Panem Kazimierzem.
O pierwszych dniach w obozie KL Auschwitz, codziennej pracy i sposobie na przetrwanie oraz tym, co działo się na co dzień w obozie śmierci opowiada były więzień, jedyny żyjący z czwórki, którzy dokonali udanej ucieczki 20 czerwca 1942 roku, bohater filmu „Uciekinier”- Kazimierz Piechowski w rozmowie z Martą Jacukiewicz.
Panie Kazimierzu, dzień 20 czerwca to dzień, w którym przywieziono Pana do Auschwitz w 1940 roku, ale również 20 czerwca, tylko dwa lata później – uciekł Pan z obozu. Co Pan pamięta z przyjazdu?
Pamiętam, że był słoneczny dzień. Jechaliśmy  w wagonach towarowych, było bardzo duszno. Byliśmy bardzo ściśnięci i było ciężko oddychać. Nie widziałem dokąd nas wiozą. Myślami byłem ze swoją mamą. Dopiero kiedy po kilku godzinach dojechaliśmy na miejsce, byliśmy głodni i wyczerpani. Zaczęli nas wyganiać z pociągu. Krzyczeli do nas po niemiecku, że mamy wychodzić, szybko, szybko!
I co było później? Gdzie Was zabrali?
Później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w obozie koncentracyjnym. Oni na początku robili ewidencję – zapisywali skąd pochodzimy i kiedy i gdzie się urodziliśmy. Przez następne dwa dni był tak zwany „sport”. Chodziło o to, aby złamać w nas wolę. To był bardzo morderczy „sport”. To były przysiady i skoki w przysiadach, to było turlanie się wokół własnej osi. Zdarzało się, że ktoś mdlał. Byliśmy spragnieni, ale nie było o czym myśleć.
Gdzie spaliście? Jakie były warunki?

Spaliśmy na podłodze. Było strasznie ciasno. Przypadało nie więcej jak 30 centymetrów na jednego człowieka. Nie było nawet mowy, aby pomyśleć o leżeniu na plecach – było to po prostu niemożliwe. Spaliśmy przeważnie na boku i byliśmy odwróceni w jedną stronę. Zdarzało się, że więzień funkcyjny w czasie nocy wydał komendę: „Odwracać się. Tylko szybko i cicho”. To były bardzo trudne warunki. Nieco się poprawiły gdy rozbudowano obóz, bo wtedy były piętrowe prycze.

Panie Kazimierzu, wiele na pewno było przykładów podczas pracy, że więźniowie byli tak osłabieni, że umierali. Nie było mowy o pomocy ze strony ss-manów. Oni mogli zabijać bez żadnych konsekwencji?

Esesmani mogli zabijać ludzi i za ten czyn nie ponosili żadnych konsekwencji. Mało tego – takie czyny były doceniane i pochwalane przez władze obozowe. W tym strasznym obozie nikt nie miał gwarancji przeżycia. Były takie prace, kiedy woziliśmy taczkami ciężary. Kapo dawał komendę: Biegiem! Biegamy, ale takiego tempa nikt nie może wytrzymać dłużej niż godzinę. Ten, kto jest wyczerpany – upadanie, a to znaczy, że już nie wróci na swoich nogach do obozu, bo kapo go dobije. Człowiek czuł się jak zaszczute zwierzę.

Kapo był zawsze przy więźniach?

Trzeba było nauczyć się wykorzystywać momenty, kiedy kapo nie patrzył na nas, tylko był zajęty biciem kogoś innego. Wtedy można było mieć chwilkę wytchnienia, ale kiedy znowu kapo odwracał się w naszą stronę, trzeba było pokazać, że pracujemy i że jesteśmy potrzebni. Tylko kiedy ktoś posiadał taką umiejętność – miał szanse na przetrwanie.  A jeśli ktoś ciągle pracował, bo mu kazali – bez wytchnienia, to w końcu
z tej pracy umierał.

Mordercza praca, nieludzkie warunki i powtórny głód…

Co to jest głód? Głód to powolne umieranie. Wiem co to znaczy żebrać o łyżkę strawy. Wiem co to znaczy być głodnym. Tego wszystkiego doświadczyłem w KL Auschwitz. Widziałem jak sztubowy nalewał sobie pełną michę z samego dna kotła… Kiedyś tak sobie myślałem, że jak uda mi wydostać z obozu i wrócę do domu, to znajdę tyle desek, że będę mógł zbudować z nich skrzynię. W niej będą przegrody na groch, fasolę, ziemniaki, kaszę, ryż, mąkę i makaron. A ja będę jadł i jadł…

Panie Kazimierzu, jaką najgorszą pracę Pan wykonywał w obozie?
W listopadzie 1941 roku, kolega zaproponował mi, aby przyszedł do ich komanda. Zajmowali się wożeniem „umrzyków”. Już po pierwszym dniu żałowałem, że dałem się namówić. Była to ciężka praca, od rana do nocy nerwy były na najwyższym poziomie. Egzekucji było coraz więcej, dlatego między blokami 10 i 11 postawiono tak zwaną „Ścianę Śmierci”. To przy niej dokonywali egzekucji. Strzałem w potylicę z broni małokalibrowej. Pierwsze rozstrzelania wykonano 11 listopada 1941 roku.
Kto wykonywał egzekucję?
Gerhard Palitzsch – król zbrodni. Nie bił on nikogo w obozie, bo to nie było w jego stylu, ale na zamkniętym dziedzińcu był głównym autorem tych makabrycznych scen. Był najbardziej znanym zbrodniarzem. W większości sam wykonywał egzekucje. Pod Ścianę Śmierci wyciągano skazanych z bloku 11. To był Blok Śmierci. Skazani stawali w rzędzie. Byli nago. Palitzsch kolejno przykładał lufę swojego karabinku z tyłu głowy i kolejno kończył życie skazanego…
Dramat. Jak można było przeżyć w tak okropnych warunkach, prawie bez jedzenia?
Trzeba było walczyć. Kiedyś zaprzyjaźniłem się z Jankiem. On pracował w kuchni. Gdy byłem bardzo głodny to przychodziłem pod kuchnię. Cały wieczór czekałem na Janka. Jeśli tylko mógł – wynosił mi kromkę chleba, którą chował za koszulą. Pomagał mi
w ciężkich chwilach. Później dołączyłem do pracy w głównym magazynie oddziałów SS. Było dużo pracy, ale była pod dachem.
Czyli można powiedzieć, że pojawiło się jakieś światełko w tunelu?
Najważniejsze to, że była praca pod dachem. Pamiętam, że kiedy zaczynałem pracę
w głównym magazynie oddziałów SS, podjechał pociąg z wagonami, w których była mąka. To było stukilogramowe worki. I była ciężka praca. Nauczyliśmy się wózkiem te worki rozrywać, czyli – zawsze trochę mąki zostawało. A my zamiast to posprzątać, ładowaliśmy gdzie się da. Do tego trochę wody i już były kluski. A jak były kluski to było pożywienie. A jak pożywienie to i kondycja fizyczna się poprawiała.

Panie Kazimierzu, gdzie Pan poznał towarzyszy swojej brawurowej ucieczki?

Niedaleko magazynu znajdowały się murowane baraki, w których urządzono warsztat samochodowy. Pracowali tam Genek Bendera i Józek Lempart. I tak było, że kiedy naprawili jakiś samochód, to esesmani pozwalali pojeździć nim po obozowych uliczkach, czy wszystko jest dobrze. Esesmani mieli wyjątkowe zaufanie do Gienka, na tyle wyjątkowe, że pozwalali jeździć mu bez obstawy. Któregoś dnia Gienek zwierzył mi się, że jest na liście go gazu albo na rozwałkę. I tak zrodził się pomysł ucieczki.

Dziś tylko Pan żyje z Waszej odważnej czwórki. Potrafi Pan zrozumieć czym był KL Auschwitz?

To miejsce, gdzie człowiek człowiekowi czynił coś takiego, co w żadnym języku świata nie zostało dotąd zdefiniowane. Auschwitz. Gigantyczny cmentarz bez grobów i bez krzyży, gdzie setki tysięcy ludzkich istot spoczywa w jednym grobie pełnym bezimiennych prochów. Miejsce, gdzie człowiek pokornie pochylał czoło przed wielkim majestatem śmierci i milczenia – pisał bezimienny więzień. Czy można zapomnieć Auschwitz? Nie!

Dziękuję za rozmowę.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ