Wszystkich Świętych to dzień, w którym wspomina się zmarłych. W tym dniu, jak i w Dzień Zaduszny 2 listopada, groby zastawione są zniczami, wieńcami i wiązankami kwiatów. A jak w listopadowe święto wyglądały sochaczewskie cmentarze kilkadziesiąt lat temu?
Obecny wygląd sochaczewskich cmentarzy – jak mówi Zbigniew Szyprowski, z Zakładu Pogrzebowego „Hades” – w porównaniu z tym z lat 60. czy 70. ubiegłego wieku, to dwa różne światy.
 Deficytowy produkt
Po pierwsze, w latach sześćdziesiątych 80 procent grobów na sochaczewskich cmentarzach to były wtedy groby ziemne, lub posiadające jedynie cementowe obmurowanie. Powodem była ogólnie panująca bieda oraz brak wystarczającej liczby materiału, z którego można byłoby wykonać nagrobki. Musimy pamiętać o tym, że w tamtym czasie państwo sprawowało monopol na dostawę wszelkiego rodzaju materiałów, w tym cementu czy kamieni, z których można byłoby wykonać nagrobek. Dostawało się go z rozdzielnika i w określonej ilości – mówi Zbigniew Szyprowski.
Dobrym przykładem owej rozdzielczości mogą być prywatne zakłady, które w czasach PRL wykonywały trumny. Otóż komunistyczne władze narzuciły im limit, według którego mogły wykonać miesięcznie tylko po siedem trumien. A ponieważ tych zakładów było niewiele – na terenie Sochaczewa cztery – to zakupienie trumny stanowiło problem.
Dodajmy, że według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 1970 roku na terenie powiatu sochaczewskiego odnotowano 650 zgonów. Co prawda należący do miasta Zakład Gospodarki Komunalnej także produkował trumny, ale nie rozwiązywało to problemu, bo według obowiązującego go rozdzielnika otrzymywał niewystarczającą ilość drewna do ich produkcji.
Dochodziło do sytuacji, że ludzie brali trumny, na których nie wysechł jeszcze lakier – wspomina Zbigniew Szyprowski, dodając, że w latach 60. rodziny zmarłych przynosiły swój materiał na wyłożenie trumien, bo prywatne zakłady, które je robiły, nie miały gdzie kupić białego płótna.
Ostatnia droga
Gdy w końcu udało się już zakupić trumnę, pozostała ostatnia droga – odprowadzenie zmarłego na cmentarz. Tę zmarli mogli pokonać karawanem, którego właścicielem był pan Rogala. Większość zmarłych pokonywała ją jednak na ramionach bliskich i znajomych, którzy nieśli trumnę z kościoła na cmentarz.
Nie było zakładów pogrzebowych, które brały na siebie sprawy związane z pochówkiem. W tamtych czasach o wszystko musiała zatroszczyć się rodzina zmarłego – wyjaśnia Zbigniew Szyprowski.
Pochówek w czasach Polski Ludowej był nie lada wyzwaniem, nie tylko ze względu na zakup trumny. Mało kto zdaje sobie sprawę, że przed wybudowaniem nowego szpitala oraz cmentarza komunalnego, większość zmarłych na swój pogrzeb oczekiwała w domach lub mieszkaniach. Działo się tak, ponieważ istniejący wówczas szpital przy ulicy Staszica nie posiadał chłodni, w której można byłoby przechowywać zmarłych do czasu pogrzebu.
W tej sytuacji, jeżeli ktoś umarł w domu, to przychodził lekarz, stwierdzał zgon, a zwłoki pozostawały w mieszkaniu w oczekiwaniu na pogrzeb. Aby nie doszło do ich szybkiego rozkładu, pod łóżko, na którym spoczywały, stawiano naczynia z zimną wodą, a kto miał tzw. „dojścia”, używał do tego celu suchego lodu.
Znicz z musztardówki
A jak wyglądał sam Dzień Wszystkich Świętych?
Mimo tych wszystkich trudności i biedy, było inaczej niż dziś. Był to czas pełen zadumy i bardziej rodzinny. Na cmentarz, co teraz dla wielu wydaje się dziwne, przychodziło się już rano. Czekało się do mszy i po niej szło na obiad, aby znów wrócić na grób, przy którym czuwało się do wieczora – wspomina Zbigniew Szyprowski.
Inaczej wyglądała także sama dekoracja grobów. Te ziemne były obkładane gałązkami świerku. Były też i chryzantemy, ale nie w takich ilościach, jak teraz. Najczęściej doniczka z jednym kwiatem. W latach 60. i 70, jak i wcześniej, nie spotykało się sztucznych kwiatów. Zamiast nich niektórzy kładli na groby metalowe wieńce i wiązanki. Te miały tę „zaletę”, że można było je zabrać ze sobą do domu i po odnowieniu położyć na grobie przy okazji kolejnego Dnia Wszystkich Świętych.
Czego obecnie już nie ma na cmentarzu w tym dniu? Nie ma unoszącego się nad grobami czarnego dymu. A ten wydobywał się z palących się zniczy i świeczek. Dla tych, którzy tego nie pamiętają, dodam, że nie były to takie same znicze, jak obecnie. Było to znicze wypełnione woskiem, stearyną lub mieszaniną rozmaitych tłuszczy – wyjaśnia pan Zbigniew.
Znaczna część osób z powodu ceny zniczy, ale przede wszystkim z powodu ich braku, sama je wyrabiała. Aby go zrobić, trzeba było wcześniej kupić świeczki, bo przed Wszystkim Świętymi były one praktycznie nieosiągalne. Do tego należało posiadać odpowiednie naczynie. Kto miał wypalony znicz z ubiegłego roku, ten go wykorzystywał. Jeżeli nie, to za naczynie robiły tak zwane musztardówki, czyli słoiczki po musztardzie w kształcie szklanki. Mając naczynie, należało roztopić świeczkę, a następnie zamoczyć w niej kawałek starej sznurówki, która pełniła rolę knota. Potem do jednego końca sznurówki mocowało się kapsel lub blaszkę. Następnie całość wkładało się do musztardówki, kapsel trafiał na jej spód, zalewało się stearyną i znicz było gotowy.
I jeszcze jedna rzecz, którą dzisiaj coraz rzadziej spotyka się na sochaczewskich cmentarzach, na którą uwagę zwraca pan Zbigniew. W Dniu Wszystkich Świętych na cmentarzach nie było zaniedbanych grobów. Te opuszczone były sprzątane przez dzieci, które przychodziły całymi klasami, aby nie tylko uporządkować mogiły poległych żołnierzy, ale i groby, którymi nie miał się kto już opiekować.
– Szkoda, że ta tradycja upadła – dodaje Zbigniew Szyprowski.
Jerzy Szostak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ