Między dżumą a cholerą

0
60

Jak podają zachodnie media, brukselscy urzędnicy odetchnęli z ulgą. Powodem mają być wyniki wyborów prezydenckich we Francji. Gdzie w pierwszej turze zwyciężył Emmanuel Macron, który określa siebie jako niezależny, tuż przed Marine Le Pen, reprezentantką skrajnej prawicy. I to właśnie oni zmierzą się ze sobą w drugiej turze. Choć powiedziawszy szczerze jest to wybór pomiędzy dżumą a cholerą. Jednak nie dla brukselskich urzędników. Tam radość jest tak wielka, że szefowie Unii już pośpieszyli z gratulacjami dla Macrona, jakby był on prezydentem Francji, i jej nadzieją. Co do tego pierwszego, to niewykluczone, że tak się stanie. Tym bardziej, że przegrani kandydaci już zapowiedzieli, że ich zwolennicy poprą go w walce z reprezentantką prawicy. Ale nie ma się czemu dziwić. Macron to były socjalista, w dodatku minister francuskiej gospodarki, przemysłu i cyfryzacji w latach 2014-2016 w socjalistycznym rządzie Manuela Vallsa.

Co zaś do stwierdzenia, że jest on nadzieją Francji na odrodzenie m.in. w strefie gospodarczej, to śmiem w to wątpić. Tym bardziej, że to właśnie za szefowania Macrona gospodarka francuska popadła w głęboką recesję, a bezrobocie nad Sekwaną wzrosło do 10 procent i jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej. Jakby tego było mało, wzrost długu publicznego w relacji do PKB zbliżył się tam do 100 procent. Dodam, że kryterium długu jest jednym ze wskaźników ekonomicznych i zasad, jakie powinno spełniać państwo aspirujące do pełnego uczestnictwa w Unii Gospodarczej i Walutowej. Dodajmy, że kryterium to wynosi 60 procent. Ale to dla lewicujących urzędników z Brukseli nie ma znaczenia. Najważniejsze dla nich jest, że prezydentem Francji może zostać człowiek o zbliżonych do nich poglądach. A to, że podczas kampanii głosił jeszcze bardziej populistyczne hasła niż jego główna konkurentka, dla Jean-Claude’a Junckera, szefa Komisji Europejskiej, i jego kolegów nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze, aby ich człowiek zamieszkał w Pałacu Elizejskim.

Gdyż konkurentka Macrona, czyli Marine Le Pen dla brukselskich urzędników jest nie do przełknięcia. Chociażby z tego powodu, że zapowiedziała rozpisanie referendum w sprawie członkostwa Francji w strefie euro, a później także na temat członkostwa tego kraju w UE. A to oznaczałoby krach Wspólnoty.

Le Pen nie jest także do strawienia  dla Polski, w tym dla rządu Prawa i Sprawiedliwości. Szefowa Frontu Narodowego zapowiedziała, iż w przypadku wygrania wyborów zacieśni współpracę z Rosją. A także zniesie nałożone na nią sankcje za zajęcie Krymu i wzniecenie rebelii w Donbasie. Jednym słowem, będzie robiła wszystko, aby Ukraina znów znalazła się pod wpływem Rosji. Co dla naszego kraju, który w Ukrainie widzi bufor pomiędzy Polską i Rosją, jest nie do przyjęcia. Podobnie jak nie do przyjęcia jest zapowiedź Le Pen dotycząca ograniczenia traktatu lizbońskiego, czyli umowy o swobodnym przemieszczaniu się kapitału, usług i osób na obszarze wspólnoty. Kandydatka francuskiej prawicy chce to radykalnie ograniczyć. Dodam, że według niej,  za rozbicie gospodarki Francji jest winna m.in. Polska, do której uciekają francuskie firmy. A te, po przejęciu przez nią urzędu prezydenta mają być za to karane.

Jerzy Szostak

 

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ