Osaczony i uśmiercony na lotnisku

0
433
Jeden z nich, nachylając się nad głową Polaka, jakby mocno uderzył jakąś czarną pałką w pierś leżącego

Miała to być podróż jego życia. Otwierająca przed nim nowe perspektywy. Cieszył się na te zmiany. Krótko. Śmierć – w mundurach kanadyjskich policjantów – dopadła go na lotnisku.

– Nareszcie! Jadę! – Robert Dziekański cieszył się z wiadomości, którą otrzymał z ambasady kanadyjskiej w Warszawie. Skończyły się problemy z pracą i nareszcie nadchodzą lepsze czasy. Jego radość słyszeli sąsiedzi zza ściany. Każdy, w tej dwupiętrowej kamienicy, przy ul. Dolnych Wałów w Gliwicach, wiedział o kiepskiej sytuacji materialnej tego 40-letniego mężczyzny. Kilkanaście lat temu, gdy zmarł jego ojciec, wraz z matką, Zofią, wyprowadzili się z rodzinnych Pieszyc na Dolnym Śląsku.
– Za lepszą pracą przyjechali do Gliwic – mówi sąsiad Roberta. Ale z tej pracy nic nie wyszło i nadal klepali biedę. I kiedy było im już bardzo ciężko, pojawiła się szansa. Nad Zofią zlitował się jej znajomy. Miał w Kanadzie krewnego. I ten krewny – dobry człowiek – wiele starszy od niej, był też samotny. Nawet raz wspominał listownie o Zofii. Pisał, że jak ona tam pojedzie za pracą, to wszystko się ułoży, to będzie mogła zostać w tym kandyjskim miasteczku Kamloops. Może nawet pobiorą się, a potem sprowadzi do siebie syna, Roberta.
Wszystko tak się potoczyło. Po siedmiu latach Zofia załatwiła synowi wyjazd na stałe do Kanady.

Bał się lotu

Robert jeszcze raz spojrzał na pismo z kanadyjskiej ambasady. Zgadzało się. Wszystko też było już ustalone. Data odlotu również, przylot na lotnisko w Vancouver także.
– Nie martw się, przyjadę po ciebie – pisała w liście matka. Przez telefon uzgodnili jeszcze drobiazgi, aby wszystko zagrało, jak trzeba: – Zobaczymy się niedługo, syneczku.
Robert cieszył się podwójnie: na spotkanie z matką, i z faktu, że miał już w Kamloops załatwioną pracę. Nie będzie musiał – tak jak w Gliwicach – szukać i prosić o jakąś robotę. Komuś coś pomalować, wykafelkować. Za parę groszy zresztą.
Spakował się do jednej większej i jednej mniejszej torby. Nie zabrał dużo. Czuł, że Kanada, to miejsce dla niego. Bał się tylko lotu. Z Katowic do Frankfurtu, a stamtąd do Vancouver, przez ocean.
– Taka daleka ta droga – żalił się sąsiadowi Robertowi Dylskiemu, gdy ten odwoził go samochodem na lotnisko w Pyrzowicach. Opowiadał, że z nerwów przed odlotem nie mógł spać w nocy i miał nawet zawroty głowy. Nagle zdenerwował się i chciał, aby zawracali do Gliwic. Ale w końcu uspokoił się i dojechali na miejsce. To był pierwszy jego lot, i od razu tak daleko. Obiecał, że jak tylko doleci, odezwie się. Narzeczoną też zapewniał, że jak stanie na nogach, to sprowadzi ją i się pobiorą w Kamloops. Ciągle opowiadał o swojej dziewczynie.
Na lotnisku w Pyrzowicach jakoś sobie poradził. 13 października 2007 roku, o godzinie 6.20 Boeing 737 wzbił się w kierunku Frankfurtu nad Menem. W czasie lotu nie było z nim problemów.
– Pomylił jedynie klasy i wszedł do biznesowej najpierw, ale przez tłumacza z ziemi wszystko się szybko wyjaśniło i przeszedł na swoje miejsce, do klasy ekonomicznej – wspominał szef stewardess w boeingu, Jesus Fernandez Gonzasel. Wyczuł jednak od Dziekańskiego alkohol i go upomniał, aby więcej nie pił. Gliwiczanin natychmiast się dostosował, i spokojnie dolecieli do Frankfurtu.
Przesiadka na linie Condor Air do Vancouver, też nie sprawiała problemu.
– Nie znał języka angielskiego, ani niemieckiego – opowiadał Adolf Beuttner, kierownik obsługi pasażerów w samolocie. Zauważyli jeszcze, że ciągle się poci, i ma jakby oczy za mgłą. Wzięli to na karb podekscytowania; – Oglądał filmy, dużo spał.

Był zagubiony

Wylądowali w Vancouver o godzinie 15. Tego dnia pracownica lotniska Patricia Hanter miała służbę. To do niej podchodzili pasażerowie lotu z Frankfurtu. Wielu rozmawiało ze sobą. Słychać było język angielski i niemiecki. Zauważyła, że wysoki, dobrze zbudowany, barczysty mężczyzna w jasnej kurtce, wyglądał na zmęczonego i jakby zagubionego. Rozglądał się nerwowo i z nikim nie rozmawiał. Kiedy podszedł, dawał znać rękoma, że nie wie, co do niego mówi. – Wskazałam wtedy, żeby udał się dalej, do agencji celnej. Zachowywał się normalnie.
Podszedł do Minicy Kullar: – Mówił coś we wschodnioeuropejskim języku, pokazywał wizę w paszporcie. Spojrzałam. Wprowadziłam do komputera dane i jego numer.
Alex Currie, kierownik zmian służb celnych, dobrze pamiętała tego pasażera. Po wyjściu z samolotu, wyglądał na lekko oszołomionego, ale to normalne po tak długim, męczącym locie, wtedy każdy z pasażerów sięga po coś mocniejszego: – Nie był agresywny!
Juliette van Agteren, z Kanadyjskiej Agencji Służb Granicznych, podczas odprawy celnej przesłuchująca Polaka, zwróciła uwagę na jego podenerwowanie, wynikające zapewne ze znużenia i z braku znajomości języka angielskiego: – Nie był jednak niebezpieczny. Nie było z nim problemu. Wyglądał zdrowo. Współpracował. Tylko mu się chciało bardzo pić, chyba z kilka razy prosił o wodę.
Poprosiła o pomoc drugiego z oficerów straży granicznej, Adama Chapina, który znał słabo język polski. Pomógł Robertowi w wypełnianiu formularzy: – Pasażer wyglądał trochę rozchełstanie, miał wzburzone włosy. Po tak długim locie ludzie różnie wyglądają, różnie się też czują.
Do Juliette van Agteren dzwoniła oficer straży granicznej, Tina Zadravec, że właśnie kontaktował się z nią ojczym tego Polaka z pytaniem, czy wylądował. Gdyż żona, Zofia Cisowska, nie doczekawszy się syna, prawdopodobnie wraca do Kamloops. W strefie dla oczekujących nie spotkano nikogo podobnego do Zofii. Uzyskawszy telefon domowy do Kamloops miano przesłać wiadomość Cisowskiej. Jest i druga wersja zdarzenia, że to Tina Zadravec miała osobiście oświadczyć Cisowskiej, że jej syna nie ma na lotnisku. Zasugerowała kobiecie na drugi dzień kontakt z lotniskiem.
Janet Sullivan informowała o przylotach i odlotach. Do niej zgłosiła się Cisowska wraz z Hatchinsonem, kierowcą, którego wynajęła na podróż do Vancouver.
– Wszystkie samoloty, które miały przylecieć, wylądowały już tego dnia. – miał oświadczyć Sullivan.

Jak zwierzę w klatce

Zaczęto poszukiwać Roberta Dziekańskiego na lotnisku. Bez skutku. Zofia Cisowska wróciła do Kamloops.
Po kontroli paszportowej, Dziekański, jako posiadacz wizy imigracyjnej, miał się udać od razu do sekcji kontrolki imigracyjnej, ale nikt go tam nie podprowadził. Błąkał się więc po hali odbioru bagażu. Nagrania wideo ujawniały, iż przez blisko sześć godzin snuł się po hali, nie zaczepiany przez nikogo. Szef służb granicznych, Alain Jolicoeur, informował, że na taśmach widać, jak wraz z innymi pasażerami opuszcza strefę celną. Jednak dopiero po sześciu godzinach przybył do sekcji imigracyjnej. Jeden z pracowników opowiadał, że Dziekański podszedł do niego i tłumaczył mu coś po polsku. On go nie rozumiał. Co z kolei powodowało frustrację na twarzy Polaka. Pracownik zrozumiał tylko dwa słowa: „Kamloops” i „matka”. Jednak podprowadził w końcu Roberta pod strefę imigracyjną. W tym czasie remontowano halę lotniska i nie wszystkie kamery bezpieczeństwa mogły wyłapać błąkającego się Polaka.
I właśnie Adam Chapin zobaczył zagubionego Roberta: – Cóż on tam robi jeszcze – miał powiedzieć i udał się na pomoc – Wyprowadziłem go ze strefy imigracyjnej do drzwi. Był już zmęczony. Miał oczy lekko czerwone. Podkrążone. Potykał się, ale pchał przed sobą wózek z torbami. Przed drzwiami, które mu otworzyłem, życzyłem mu dobrej nocy. On się odkłonił, uśmiechnął i podziękował mi w języku polskim. Spojrzałem na zegar. Była 0.45.
W kilka minut potem – w pomieszczeniu opuszczonym przez pracowników – Dziekański miał się zacząć zachowywać nerwowo. Niczym zwierzę w klatce, miotał się, od strefy strzeżonej do hali przylotów. Jego zachowanie widać na filmie nagranym przez pasażera, Paula Pritcharda, świadka tamtych wydarzeń, który pomimo zakazu policji, nagrał film telefonem komórkowym i wrzucił go do Internetu. Nagranie stało się koronnym dowodem w śledztwie. Za odwagę i obywatelską postawę Pritchard otrzymał nagrodę Canadian Journalists for Free Expression.
Sima Ashrafina, również ujęta w tym nagraniu, przyjechała na lotnisko po męża, który miał lada moment wylądować: – Była za piętnaście pierwsza w nocy, kiedy zobaczyłam tego mężczyznę. Stał przed wejściem dla pasażerów i blokował drzwi, które otwierały się tylko w jedną stronę. Ktoś z obsługi prosił Polaka, aby odszedł od nich. Nie rozumiał. Był już wzburzony.
I wtedy S. Ashrafina, co również widać na nagraniu, podeszła i próbowała się porozumieć z Polakiem.
– Po włosku, turecku a nawet na migi. Nic nie rozumiał, jedynie spoglądał na mnie. Zaczął krzyczeć i uderzył dłońmi w drzwi, które ciągle się nie otwierały. Ktoś starał się mu wytłumaczyć, że otwierają się tylko na kartę. Ktoś inny podszedł do czytnika i otworzył je swoją. Wtedy ten Polak przytrzymał drzwi nogą i przeciągnął na drugą stronę bagaż, jedną większą i jedną mniejszą torbę. Ciągle coś gadał do siebie. Podenerwowany podchodził do biurek i łapał z nich kolejne przedmioty, potem zaraz je odkładał. Próbowałam go uspakajać. Na migi. Kiedy podniósł klawiaturę jednego z komputerów, by nią rzucić, spojrzał na mnie, po czym ją odłożył.

Rażony prądem

O wpół do drugiej pojawiło się pięciu funkcjonariuszy Królewskiej Kanadyjskiej Konnej Policji: dowódca grupy Kwesi Millington i Bill Bentley, Gerry Rundell oraz Benjamin Robinson. Jakby się ociągali – zastanawiając się, jak podejść Polaka – który w tym momencie chwycił za krzesło i rzucił nim o zaszklone drzwi.
– Stałam blisko, słyszałam, jak jeden z policjantów powiedział temu drugiemu, żeby wyjął paralizator – twierdzi S. Ashrafina. Zaczęli się zbliżać, jakby go chcieli okrążyć: – Mówili do niego, ale on nie rozumiał angielskiego.
Kiedy naciskany wyszedł zza biurka, doskoczyli, i któryś z nich po raz pierwszy użył paralizatora: – Usłyszałam krzyk tego człowieka.
Łapiąc się z bólu za bok, przeszedł parę kroków na koniec drugiego, dłuższego biurka.
– Wtedy przyłożyli mu drugi raz. Wszystko działo się kilka sekund. Policjanci z prawej i z lewej jego strony użyli paralizatora po raz trzeci i czwarty. Krzyczał, skulił się i padł na podłogę.
Jeden z nich, nachylając się nad głową Polaka, jakby mocno uderzył jakąś czarną pałką w pierś leżącego, bądź po raz piąty użył wobec niego nietypowego, długiego, ciemnego paralizatora.
– Zaczęto masować leżącego, reanimować go, ale on zsiniał, i skuty, zastygł tak, skręcony w bezruchu. Zdałam sobie sprawę, że nie żyje.
Po drugiej w nocy Zofia Cisowska skontaktowała się telefonicznie z Chapinem. Powiedział, że kończy służbę, i gdy znajdzie Roberta, to zaprowadzi go pod stanowisko imigracyjne, skąd będzie mógł on porozmawiać z matką: – Podała mi numer telefonu i swoje nazwisko. W sali przylotów Polaka jednak nie było.
Kiedy Chapin wyszedł na zewnątrz i podszedł do jednego z funkcjonariuszy, policjant wprowadził pracownika służ granicznych z powrotem do sali przylotów.
– Z daleka zobaczyłem Dziekańskiego leżącego na podłodze i bezradne wokół jego ciała służby medyczne.
Chapin nie odważył się powiadomić o tym fakcie matki Polaka.
Po przeprowadzonej autopsji w szpitalu głównym w Vancouver okazało się, że przyczyną śmierci Dziekańskiego było zatrzymanie serca.
„Kto by wytrzymał tyle porażeń „taserem” – komentowano w kanadyjskiej prasie polonijnej. Po śmierci Polaka dyskusja na temat użycia paralizatorów wybuchła w całej Kanadzie. Gazety przypominały o różnych przypadkach. Wyliczono 17 ofiar śmiertelnych policyjnego użycia paralizatorów, w których nie wytrzymało serce. W Ameryce Północnej miało być już ponad 300 takich ofiar.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Cisowska utraciła syna.

Mord z zimną krwią

– Tylko jego jedynego miałam na świecie! – rozpaczała. Opowiadała, że syn dzwonił do niej z katowickiego lotniska i powiedział, że choć kupił papierosy na drogę, oddał je jakiejś kobiecie na lotnisku, i już nie będzie palił. Na nowej drodze życia. Dlatego może był podenerwowany? Jak to palacz, który nagle, z dnia na dzień, rzuca wieloletni nałóg.
Wylądował we Frankfurcie o ósmej nad ranem i do odlotu do Vancouver miał cztery godziny. Wszystko mu zaznaczyła na bilecie, skąd i gdzie ma lecieć. A jakby czegoś nie wiedział, i o czymś zapomniał, miał się pytać rodaków. Wszędzie ich pełno. Wczesnym popołudniem samolot miał wylądować w Vancouver. Ale samolot się spóźnił. Czekała z drugiej strony wyjścia. Kiedy syn nie wychodził z sali przylotów, prosiła o pomoc ochronę lotniska, że na pewno tam jest, i nie może sobie poradzić, bo nie zna angielskiego. Tylko wejdzie i go stamtąd zabierze. I odjadą sobie. Ale ochrona lotniska zasłaniała się przepisami. Była nieugięta. Pomóc chciała jedna z kobiet – oficerów z lotniska. Głos jej był jednak słabo słyszalny z głośników, i sama Zofia ledwo rozpoznała przekręcone nazwisko syna.
Robert miał przez cały czas wyłączoną komórkę. Znał tylko numer jej domowego telefonu. Nie miała wtedy telefonu komórkowego. Kiedy w końcu musiała wracać do Kamloops, czekała na nią wiadomość z lotniska, że syn jednak wylądował i jest już po odprawie. Było późno. Nie spała i z samego rana pierwszym autobusem udała się do Vancouver.
O wszystkim dowiedziała się na miejscu. Następnego dnia skontaktował się z nią koroner: – Syn był zdrowy, zmarł na skutek zatrzymania akcji serca.
– A jakże mogło być inaczej, skoro otrzymał cztery uderzenia prądem, i zamordowano go w ten sposób z zimną krwią! – odpowiedziała. Koroner nic na to nie odparł.
Policja nie potwierdzała, że śmierć Dziekańskiego była wywołana przez paralizator. Jednak pod naciskiem opinii publicznej, w tym kanadyjskiej Polonii, śledztwo w sprawie śmierci gliwiczanina ruszyło.
Ambasada w Kanadzie przesłała stosowne dokumenty do MSZ, a ta przekazała je Prokuraturze Generalnej, i – z urzędu – Prokuratura Okręgowa w Gliwicach wszczęła w tej sprawie również swoje dochodzenie. Strony dogadały się, i nawet przedstawiciele prokuratury kanadyjskiej odwiedzili Polskie MSZ w Warszawie. Odwiedzili także Prokuraturę Okręgową w Gliwicach. Zostali poinformowani, że wszelkie czynności w tej sprawie – w Polsce – będą prowadzone wyłącznie poprzez gliwicką prokuraturę.
W Gliwicach – w obecności policjantów z kanadyjskiej policji konnej – przesłuchano świadków, a w Kanadzie utworzono kilka niezależnych od siebie komisji, badających śmierć na lotnisku. Pół roku upływało od wydarzenia i wydawało się, że zostanie szybko wyjaśnione, do końca. Sprawy się jednak komplikowały.

Winny własnej śmierci

W raporcie, Kanadyjskiej Agencji Służb Granicznych padło kilka nieprawidłowości. Sugerowano, jakoby Cisowska sama nie wiedziała, z jakiego lotniska przylatuje jej syn. I rzekomo nie znała również godziny przylotu. Ani numeru lotu. W raporcie napisano, że na lotnisku był z nią jej mąż.
Wewnętrzne śledztwo wszczęto, gdy w Internecie ukazało się nagranie ze śmierci Polaka. Pracownicy służb granicznych raportowali, że Dziekański był pasażerem niechlujnym, zdenerwowanym, i pod wpływem alkoholu. Nie zgadzało się to z wynikami obdukcji zwłok. W miesiąc po dramacie, patolog potwierdził, że śmierć nie była spowodowana atakiem serca, ani pęknięciem tętniaka, czy nadużyciem narkotyków. Dziekański nie miał alkoholu we krwi.
Śledztwo koronera przesunięto o kilka dalszych miesięcy, gdyż Królewska Kanadyjska Policja Konna oczekiwała na wyniki wewnętrznego raportu. Policja jednak twierdziła, że raport swój zakończyła, a jej wyniki przesłano do prokuratora generalnego prowincji Kolumbii Brytyjskiej. Rząd Kolumbii Brytyjskiej wstrzymał publiczne śledztwo w tej sprawie, informując, że musi je podzielić na dwie części: dotyczące stosowania paralizatorów „taser” i śmierci Dziekańskiego. Sprawa paralizatorów miała pierwszeństwo. Fakt ten oburzył Cisowską.
Z powodu braku dokumentów, o które prosiła Prokuratura Okręgowa stronę kanadyjską, zawieszono śledztwo w Gliwicach.
Eksperci kanadyjskiej policji ustalili, iż paralizator rzeczywiście spowodował dodatkowe obciążenie organizmu Polaka. Lecz nie był bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Znaczną rolę odegrał atak serca, a funkcjonariusze wykonywali swoje obowiązki zgodnie z prawem.
W grudniu 2008 roku wydział kryminalny kanadyjskiej policji konnej w Vancouver oczyścił z zarzutów całą czwórkę. Winą za swą śmierć obciążono Dziekańskiego: był agresywny, pod wpływem alkoholu, w stresie, a także słabej kondycji psychicznej. Jak sugerował adwokat Cisowskiej, nieoficjalnie wysłano nawet funkcjonariuszy do Gliwic, aby zebrali kompromitujące materiały o Robercie. W trakcie wewnętrznego dochodzenia jeden z czterech policjantów, konstabl Rundell, wyraził jednak ubolewanie i zaznaczył: „nie mogli inaczej, nie mieli innego wyjścia, nie było czasu na rozmowę, musieli szybko rozwiązać sytuację. I inaczej by tego nie zrobił…”.

Kłamali i mataczyli

Tymczasem w lipcu 2008 roku – w rodzinnych Pieszycach – odbył się pochówek urny z prochami Roberta. Jego śmierć poruszyła wiele osób na świecie. Na Europejskim Festiwalu Czterech Ekranów w Paryżu, film z zapisem śmierci Dziekańskiego zdobył główną nagrodę. Zaś utwór „Dont Want to Live on a Street”, o śmierci Polaka na lotnisku w Vancouver, napisał Chip Taylor, wuj Angeliny Jolie, a piosenkę wykonywała kanadyjska wokalistka, Kendel Cason. W Halifaksie – podczas Scotia Festiwal of Music – odbyła się prapremiera opery opiewającej historię i tragedię Dziekańskiego „I Will Fly Like a Bird”. Na początku 2010 roku wytwórnia Utopia Pictures zaczęła gromadzić materiał do filmu „Tazet”, w reżyserii Laurenca Keane, o Polaku z lotniska w Vancouver.
Niezależna komisja emerytowanego sędziego Thomasa Braidwooda, zajmująca się sprawą od stycznia 2008 r., potwierdziła, że w czasie śmierci Dziekański nie miał alkoholu we krwi. Jednak go nadużywał, co pokazały badania. Adwokat rządu polskiego, Don Rosenbloom, sugerował, iż w czasie prowadzonego śledztwa, policjanci ustalali wzajemnie wersje użycia paralizatorów. Kłamali i mataczyli pod przysięgą, żeby wyjść z opresji, i że widać to choćby po ich służbowych notatkach i raportach. I, że policja stała się jakby sędzią we własnej sprawie.
W Internecie pojawił się też 500-stronicowy raport Komisji Braidwooda. Stwierdzano w nim również, że kanadyjscy policjanci zachowali się w sposób niegodny, haniebny. Starali się wybielić, kłamiąc pod przysięgą.
Pełnomocnik Cisowskiej, mecenas Piotr Banasik – w połowie 2009 roku – zwrócił się do gliwickiej Prokuratury Okręgowej o wszczęcie zawieszonego dochodzenia. Na co prokuratura odpowiedziała, że nie mogą tego uczynić, gdyż Komisja Braidwooda – odpowiednik jakby parlamentarnej komisji śledczej w Polsce – nie stanowi typowego organu wymiaru sprawiedliwości.
Także wątpliwym jest, w rozumieniu polskiego prawa, dokument zamieszczony w Internecie. I strona polska musiałaby ze strony kanadyjskiej otrzymać uwierzytelnioną jego kopię. Nadal jednak w Gliwicach oczekują na protokół z sekcji zwłok, protokoły przesłuchań oraz oględzin miejsca tragedii. I na procedury kanadyjskiej policji również.
Czterech funkcjonariuszy kanadyjskiej policji – w sprawie raportu Komisji Braidwooda – złożyło apelację do kanadyjskiego Sądu Najwyższego, który uznał jednak, że Komisja miała prawo badać udział funkcjonariuszy w zdarzeniu.
Odwołał się również adwokat firmy produkującej paralizatory Taser International: „nie ma dowodów na to, iż użycie paralizatora było powodem śmierci Polaka: były nim alkoholizm ofiary i jej chore serce”.
W drugą rocznicę śmierci syna, matka Dziekańskiego nie wytrzymała i pozwała Królewską Kanadyjską Konną Policję, Kanadyjską Agencję Służb Granicznych, władze lotniska w Vancouver oraz władze Kolumbii Brytyjskiej wraz z władzami federalnymi, o odszkodowanie za straty moralne, uszczerbek psychiczny, utratę syna i, że od jego śmierci nie jest w stanie podjąć żadnej pracy.
208-stronicowy raport kolejnej niezależnej Komisji ds. Skarg Obywateli na Policję, po dwóch latach stwierdzał, iż policjanci nie podjęli próby uspokojenia sytuacji na lotnisku, nie ostrzegli Polaka przed użyciem paralizatora, użyli go wobec niego przedwcześnie i nieadekwatnie do sytuacji. A po wszystkim – z nie odpowiednim zaangażowaniem – udzielali pomocy. Mogli się też spokojnie spotkać, by ustalić potem wspólną wersję wydarzeń. Szef tej Komisji, Paul Kennedy, poinformował, że upublicznieniu raportu Komisji przeciwstawiał się William Elliott – komendant główny Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej.

Zapłacili i przeprosili

W sprawie śmierci Dziekańskiego, wydawało się nastąpił przełom. W kwietniu 2010 roku Królewska Kanadyjska Policja Konna podpisała ugodę z Cisowską i ją przeprosiła. Zaproponowano kobiecie odszkodowanie, nie ujawniono jednak treści ugody, ani wielkości odszkodowania.
– Przyjmuję pana przeprosiny – oświadczyła Cisowska, podczas konferencji prasowej, Garemu Bassowi – zastępcy komisarza policji na rejon Pacyfiku, i wycofała wszystkie pozwy. 20 tysięcy dolarów policja przekazała również Thomson Rivers University w Komloops na fundusz stypendialny im. Dziekańskiego. Stypendium przeznaczono dla studentów geografii.
W końcu rząd Kanady otrzymał tajny raporty w sprawie śmierci Dziekańskiego, w pełni potwierdzający zarzuty Komisji Braidwooda. Niebagatelne znaczenie w raporcie miało 75-sekundowe nagranie zajścia. Użycie paralizatora doprowadziło u Dziekańskiego do znacznego wzrostu ciśnienia we krwi, a pięciokrotne jego użycie w olbrzymim stopniu przyczyniło się do śmierci, zdenerwowanego i zmęczonego Polaka. Ustalono ostatnie jego słowa, krzyczał: „Zostawcie mnie! Czy wyście zwariowali!?”. Komisja dążyła do rewizji wyroku z grudnia 2008 roku, oczyszczającego z zarzutów czterech policjantów. Sąd Najwyższy prowincji Kolumbii Brytyjskiej podtrzymał również krytyczne ustalenia Komisji Braidwooda, dotyczące paralizatorów „taser”: mogą zabijać!
Na początku 2011 roku Cisowska nie była pocieszona. Czwórka policjantów nadal nie poniosła kary. K. Millington, który aż pięciokrotnie użył paralizatora wobec jej syna, nadal pracował w policji, choć na innym stanowisku. Pozostała dwójka także. Czwarty policjant został zawieszony, ale z powodu wypadku, w którym spowodował śmierć motocyklisty.
W maju 2011 roku nastąpił kolejny zwrot. Specjalnie oddelegowany prokurator rady prawniczej Kolumbii Brytyjskiej, Richard Peck, postawił czterem policjantom zarzut składania fałszywych zeznań podczas dochodzenia w sprawie śmierci Dziekańskiego: – Istnieje małe prawdopodobieństwo skazania policjantów w związku z innymi zarzutami – miał stwierdzić.
Cisowska nie oponowała. Za to w maju przyleciała do Polski szukać sprawiedliwości: – Chcę złożyć doniesienie do prokuratury w sprawie śmierci syna, nie mogę się pogodzić, że w Kanadzie postawiono im tylko zarzut oszustwa.
Do końca 2011 roku trzykrotnie – z różnych powodów – przesuwano w Kanadzie rozprawę o krzywoprzysięstwo całej czwórki: między innymi ze względu na spór prowincji Kolumbii Brytyjskiej z rządem federalnym, w sprawie dalszej zasadności działania policji federalnej na terenie prowincji.
Pod koniec roku – po czterech latach śledztwa – z powodu braku materiałów, gliwicka Prokuratura Okręgowa umorzyła sprawę.
– Kanadyjczycy odmówili udzielenia nam pomocy prawnej. Powołując się na artykuł trzeci dwustronnej umowy z 1994 roku, o pomocy w sprawach karnych, umożliwiający odmowy takiej pomocy, jeżeli naruszyłaby interesy którejś ze stron – przypomina prokurator okręgowy w Gliwicach, Michał Sułczyński.
Również sąd odrzucił skargę pełnomocnika Cisowskiej na umorzenie śledztwa przez gliwicką prokuraturę. Na tym jednak nie koniec sprawy.
W kwietniu tego roku urząd koronerów prowincji Kolumbii Brytyjskiej doszedł do podobnych wniosków, co komisja Braidwooda: – Śmierć R. Dziekańskiego, atak serca, nastąpiła w wyniku użycia paralizatora – stwierdził koroner, Patrick Cullinane. Jednym słowem, Polaka zabito.
Pierwszy z czterech policjantów, Bentley – w procesie za składanie fałszywych zeznań – został w lipcu tego roku uniewinniony. Kolejne procesy, pozostałych trzech policjantów, w sprawie składania fałszywych zeznań, planowano na listopad tego, i luty przyszłego roku.

Powrót do Gliwic

Ulica Dolnych Wałów w Gliwicach. Dwupiętrowa kamienica, w której mieszkał Dziekański.
– Nikt tu z panem nie będzie rozmawiał! – usłyszałem szorstki kobiecy głos z okna na piętrze. – Niech się pan stąd zabiera!
W tym czasie z kamienicy wyszła szczupła starsza kobieta: – Ach, Robert… – uśmiechnęła się. Nie ma o nim złych wspomnień.
– Jaki tam był z niego budowlaniec. Jak trzeba było, pomógł jednak. Jak każdy, lubił wypić, ale żeby nadużywał? Nie!
Kobieta mówi, że gdy Robert zginął, to jego dziewczyna, z którą mieszkał, gdzieś się stąd szybko ulotniła.
– A teraz się znowu sprowadza…
– Kto? – pytam – Dziewczyna?
– Nie, ta Cisowska! Wyremontowała całe mieszkanie, kupiła nowe meble, to się chyba sprowadza? Może chce tu wrócić z Kanady? Widziałam ją tu kilkanaście dni temu, ale znów gdzieś wyjechała – kobieta odchodzi w głąb ulicy.
W Kanadzie nie wyciągnięto wniosków z nieszczęścia na lotnisku. 28 sierpnia tego 80-letnia mieszkanka Mississauga w Ontario, wracając do domu o 3.30 nad ranem, wdała się w dyskusję z napotkanym po drodze policjantem, i z niewiadomych przyczyn została przez niego potraktowana paralizatorem. Padając, złamała kość biodrową. Oburzona rodzina będzie się domagała odszkodowania.

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ