To już kolejna rodzinna zbrodnia, po której pada sakramentalne pytanie, czy można było jej uniknąć? Ale w przypadku tej tragedii we Włocławku, wydaje się, że nie jest ono jedynie próbą zaklinania rzeczywistości, której nie da się już odwrócić. Do tych czterech śmierci mogłoby nie dojść, gdyby przepisy były inne a ludzie – także ci w policyjnych mundurach – bardziej skrupulatni i nie patrzący na świat przez okulary rutyny.
Około południa, w czwartek, 20 lutego 2014 roku w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie we Włocławku zadzwonił telefon.

– Zrobiłem coś strasznego. Morderstwo. Proszę, zróbcie coś, żeby dzieci nie wróciły do domu. Sobie też coś zrobię – te słowa usłyszał jeden z pracowników MOPR-u, który podniósł słuchawkę. Telefonował podopieczny ośrodka, 62-letni Bogumił P.

Od razu powiadomiona została policja, która pojechała na ulicę Harcerską do ładnego piętrowego budynku na osiedlu domków jednorodzinnych we włocławskiej dzielnicy Michelin. Rzeczywiście były tam zwłoki 43-letniej Haliny P. – byłej już wówczas – żony mężczyzny dzwoniącego do ośrodka. Została zastrzelona. Pocisk rozerwał jej pierś. Ani żywego, ani martwego Bogumiła P. już tam nie było.

Policjanci rozpoczęli jego poszukiwania. Drugi patrol pojechał natomiast do Nowej Wsi, oddalonej o kilka kilometrów od Michelina, gdzie mieszkała matka Haliny P. Funkcjonariusze chcieli powiadomić ją o śmierci córki, i zapytać, czy zajmie się choćby na jakiś czas wnukami. Tam znaleziono kolejne dwie zastrzelone osoby: matkę Haliny P. i jej niepełnosprawnego syna, którym się opiekowała. Kobieta też miała rany klatki piersiowej. Leżała w kuchni. Jej syna zastrzelono w pokoju. Dostał prosto w głowę.

Majątek przepadł
Tego samego dnia ujawniono również zwłoki Bogumiła P. Znajdowały się kolejnych kilka kilometrów dalej, w opuszczonym pomieszczeniu gospodarczym w Smólsku, które jakiś czas temu przejął on od kółek rolniczych i zajmował się tam kiedyś handlem złomem. 62-latek strzelił sobie w pierś z tej samej myśliwskiej broni, przy pomocy której wcześniej zgładził trzy osoby z najbliższej rodziny.

Tymi strzałami Bogumił P. osierocił czwórkę swoich dzieci w wieku od 6 do 11 lat, które miał z Haliną P., swoją drugą żoną. Pierwsza popełniła samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że mąż odchodzi od niej właśnie do Haliny, która była wtedy sekretarką w punkcie skupu złomu, prowadzonym przez Bogumiła P.

– Halina i Bogumił byli raczej skrytymi sąsiadami. Ale dzieci wychowali dobrze. Spokojne i grzeczne – mówią mieszkańcy Michelina.

Halina była o 20 lat młodsza od Bogumiła. W czasie, gdy starał się o jej względy, był dość majętnym człowiekiem. Miał mercedesa klasy S, dobrze się ubierał, lubił restauracje. Z czasem jego powodzenie w interesach zaczęło słabnąć. Bogumił P. wyjechał do pracy za granicą, popadł też w konflikt z rodziną. Jego przyczyną był podział majątku po zmarłej matce. Chodziło między innymi także o dom w Michelinie, gdzie zabił swoją pierwszą ofiarę.

To wszystko doprowadziło do separacji i rozwodu Haliny i Bogumiła P. Mimo, że mieszkali pod jednym dachem przy ulicy Harcerskiej we Włocławku, prowadzili dwa odrębne gospodarstwa. Tak przynajmniej twierdzili pod koniec

2013 roku, kiedy oboje zgłosili się po oddzielną pomoc do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie we Włocławku.

– Oboje byli bezrobotni – mówi Edyta Wiśniewska, dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie we Włocławku – Bogumił P. miał zasądzone na każde z dzieci po 200 złotych alimentów, ale ich nie płacił.


Czuła się zagrożona

Do tej tragedii doprowadziły więc zapewne pieniądze. A właściwie ich brak, zazdrość i wzajemne podejrzenia, że jedno chce oszukać drugie. Bogumił P. miał ponoć zarzucać Halinie, że roztrwoniła majątek. Ona odbijała piłeczkę w jego stronę.

– Kobieta była przekonana, że były mąż pieniądze ma, ale celowo nie chce łożyć na dzieci – mówi Monika Chlebicz z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy.

O takich swoich podejrzeniach powiedziała policjantom, których wezwała na pomoc 13 lutego 2014 roku, a więc tydzień przed śmiercią. Skarżyła się wówczas także, że mąż znęca się nad nią i innymi członkami rodziny, i  grozi, iż wyrzuci ją z domu. Kobiecie założona została niebieska karta, która pojawia się w papierach dzielnicowego, gdy jest podejrzenie o przemocy w rodzinie. Interdyscyplinarny zespół powołany do pomocy w takim przypadku, ma 10 dni na zajęcie się zgłoszeniem. Nie zdążył. Może gdyby zareagował wcześniej niż zobowiązują go do tego procedury, Halina P., jej matka i brat żyliby nadal.

Po 13 lutego Halina P. jeszcze trzykrotnie wzywała policję, czując się zagrożona. Mundurowi przyjeżdżali i podejmowali interwencję w sytuacji nieporozumień rodzinnych. Nie odseparowali jednak mężczyzny od rodziny, choć wiedzieli, że posiada on pozwolenie na broń myśliwską i gazową. Halina P. miała sama im o tym mówić.

Czy interweniujący policjanci właściwie podchodzili do swej pracy?

Po zbrodni ich przełożeni nie byli tego tacy pewni i postawili już zarzuty dyscyplinarne funkcjonariuszom, którzy dzień przed tragedią przyjechali na ulicę Harcerską na wezwanie Haliny P. Dotyczą one tego, że niewłaściwie wykonywali swoje obowiązki, jakby trochę lekceważąc to, co zgłaszała im kobieta.

Zastępcy dyżurnego komendy miejskiej, który miał wówczas służbę i przyjmował zgłoszenie, zarzuca się, iż niezbyt dokładnie wypytywał kobietę, co się dzieje i dlaczego wzywa policję. Nie był zbyt dociekliwy, przez to nie uzyskał wszystkich potrzebnych informacji, żeby pokierować interwencją wysłanego tam patrolu. Poza tym, takich dokładnych informacji nie starał się uzyskać od funkcjonariuszy, którzy pojechali na miejsce.

– To wszystko mogło mieć wpływ na przebieg interwencji – mówi Monika Chlebicz z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy – Natomiast policjantom, którzy byli na miejscu, zarzucono, że po tej interwencji nie założyli kolejnej niebieskiej karty.

W tym ostatnim zarzucie chodzi o to, że taką kartę trzeba wypełniać po każdej interwencji z przemocą domową w tle. Nie ma znaczenia, że już wcześniej jedna taka została założona i widniała w policyjnych kartotekach. Taka procedura ma celu odpowiednie, i szybsze niż standardowe, reakcje zespołu interdyscyplinarnego.


Dlaczego miał broń?

Zastanawia, dlaczego Bogumił P. miał cały czas broń myśliwską i pozwolenie na nią? Mimo, że ładnych parę lat wcześniej został skreślony z listy myśliwych za niepłacenie składek.

I prawdopodobnie tu jest haczyk, który spowodował, że 62-latek cały czas dysponował sztucerem. Policja odbiera pozwolenie na broń, po zgłoszeniu z Polskiego Związku Łowieckiego, że wykluczył kogoś ze swoich szeregów. Tyle, że Bogumił P. nie został wykluczony, lecz skreślony z listy. Kiedy to się odbywało, związek nie miał obowiązku informowania o tym odrębnym komunikatem, jedynie co roku musiał przesyłać policji aktualną listę myśliwych, zaś funkcjonariusze sami powinni ustalić, który z nich stracił już przesłanki do tego, aby mieć broń. W tym przypadku nikt tego nie zrobił.

Sprawą zainteresowała się także Komenda Główna Policji, która na kanwie tej tragedii być może doprowadzi do zmian w przepisach dotyczących współpracy kół myśliwych z policją.

Komendant Wojewódzki Policji w Bydgoszczy nakazał natomiast kontrolę aktualności wszystkich pozwoleń na broń w regionie.

Na razie osieroconymi dziećmi zajął się brat Bogumiła P., który w ostatnich latach, z powodu rodzinnego konfliktu nie utrzymywał z nim żadnych kontaktów, choć mieszkali niedaleko siebie.

Waldemar Piórkowski
Fot. Jacek Smarz