W praskim trójkącie ulic: Wileńskiej, 11 Listopada i Szwedzkiej – najbardziej dzikim i najmniej bezpiecznym miejscu w dzielnicy – dzieje się codziennie wiele poza granicami prawa. Jednak mieszkańcy warszawskiej Pragi Północ dawno nie słyszeli o czymś tak okrutnym, jak to, co stało się w nocy z 1 na 2 listopada 2015 roku.
 Idąc Stalową, mijam butik z modnymi torebkami i drogą restaurację. Z drugiej strony ulicy słychać, jak pijani młodzi ludzie kłócą się w bramie, może zaraz będą się bić…
Stalowa numer 38, i wielki mural na ścianie kamienicy z hasłem Loesje: „Im dłużej czekasz na przyszłość, tym będzie krótsza”. Brzmi to przewrotnie.

6

Podążając wzdłuż niego, wchodzę na zabłocone, brudne podwórko. Stoi tam góra pluszaków, cały ołtarzyk ustawiony rękami dzieci, sąsiadów i nieznajomych. Mokre od deszczu misie, laleczki, serduszka z kwiatów, znicze i karteczki z pożegnaniami ozdabiają okna mieszkania na parterze, w którym zginęła 26-letnia Paulina i dwójka jej dzieci. 8 -letnia Oliwia i roczny Norbert.
– Dla Pauliny nie było już ratunku, ale może dzieci można było uratować – mówi mieszkająca w kamienicy sąsiadka.

fot-2

 Przyjechali i odjechali
O 1.15 – w nocy z 1 na 2 listopada – straż pożarna dostaje zgłoszenie, że w okolicy Stalowej 38 wyczuwalny jest swąd dymu. Strażacy zajrzeli do kamienicy, ale spalenizna dochodziła nie wiadomo skąd, więc nie wchodzili do mieszkania Pauliny. Jednak – razem z osobą, która ich wzywała – przeszukali okolicę. Nie wyczuli dymu, nie znaleźli pożaru, zatem wrócili do jednostki.
Tego dnia, o godzinie 15.00 przyszedł do Pauliny kolega. Nikt nie otwierał mu drzwi, nie było słychać, aby ktoś był w domu, a przecież był 2 listopada, dzień wolny. Nie słyszał dzieci, ani Pauliny, nikt nie odbierał telefonu. Zaniepokojony wszedł do mieszkania oknem. Wtedy też straż pożarna dostała drugie wezwanie na Stalową 38, tym razem z Centrum Powiadamiania Ratunkowego.
W mieszkaniu mężczyzna znalazł trzy nieprzytomne, nie dające znaku życia osoby. Po przyjeździe służb ratunkowych, potwierdziło się najgorsze. Matka i dwójka dzieci nie żyli. Strażacy czuli „delikatny” zapach spalenizny, natomiast – według słów Michała Konopki z Państwowej Straży Pożarnej – pożaru nie było, znaleziono jedynie niewielkie, zagaszone ślady.
W kałuży krwi
Na miejscu pojawiła się policja, przyjechał prokurator, a za nimi dziennikarze, wozy transmisyjne i tłumy gapiów. Ruszyło śledztwo, policja na początku nie zdradzała szczegółów. Wszyscy sąsiedzi sądzili, że rodzina zaczadziła się. W końcu to stara, potwornie zaniedbana kamienica, nie ma centralnego ogrzewania, ludzie dogrzewają się piecykami. Także media informowały o prawdopodobnym, tragicznym zaczadzeniu rodziny.

8

Jednak do kamienicy przyjeżdżają policjanci z wydziału do walki z terrorem kryminalnym. Nie mówią ludziom wszystkiego, nie chcą spekulować, chcą zyskać trochę czasu. Bo przecież kobieta miała wyraźne rany cięte szyi, leżała w kałuży krwi.
W końcu, 3 listopada, prokuratura podaje wstępne wyniki sekcji zwłok. Matka zmarła w wyniku wykrwawienia, dzieci natomiast przez zatrucie tlenkiem węgla. Paulina leżała na podłodze, z głęboką bruzdą wzdłuż szyi i licznymi ranami na głowie. Nie wykryto w jej płucach tlenku węgla, więc zmarła jako pierwsza. W mieszkaniu nie znaleziono telefonów komórkowych Pauliny i Oliwii.
Policja przesłuchuje 7 świadków. Po dwóch dniach, 6 z nich zostaje zwolnionych.
Dziwna przyjaźń
To nie była normalna przyjaźń i normalna przyjaciółka. Magdalena M. ostatnio ledwo uniknęła więzienia. W czerwcu napadła z nożem na pracownicę salonu z automatami do gier. Zabrała dwa telefony i uciekła. Dostała nadzór policyjny, ponieważ ma 10-letnią córkę. Nie tylko wtedy złamała prawo. Handlowała także nielegalnymi papierosami, miała problemy z twardymi narkotykami. Czerwcowego rozboju dokonała pod ich wpływem.
Relacja Pauliny i Magdy była także nietypowa. Magdalena M. związana była obecnie z byłym narzeczonym Pauliny, ojcem 8-letniej Oliwii. Kobiety razem handlowały na Cmentarzu Bródnowskim pańską skórką. W mieszkaniu Pauliny uruchomiły jej domową produkcję.
Przesłuchiwana 5 listopada Magdalena M. przyznała się do zabicia Pauliny i złożyła obszerne wyjaśnienia prokuraturze. Motywem było rozliczenie z handlu na cmentarzu. Postawiono jej zarzut zabójstwa więcej niż jednej osoby, popełnionego w związku z rozbojem. W jej mieszkaniu na Szmulkach znaleziono dwa telefony komórkowe – Pauliny i Oliwii, biżuterię i klucze.
Grozi jej od 12 lat do dożywocia. Na razie, z powodu możliwego matactwa i nakłaniania świadków do zmiany zeznań, spędzi w areszcie 3 miesiące, aż do rozprawy.
1 listopada po godzinie 22.00 Magdalena M. przyszła na Stalową 38. Kobiety pokłóciły się o rozliczenia z handlu w tym dniu. Było Wszystkich Świętych, utarg był jak dla nich spory. Według oskarżonej, kłótnia nie trwała długo. W złości dźgnęła Paulinę kilka razy nożem. Wcześniej brała mefedron. W drugim pokoju tego małego mieszkania spały dzieci. Chciała zatrzeć ślady, wywołując pożar. Zamknęła drzwi na klucz i uciekła. Jednak ogień sam się ugasił, ponieważ wszystkie okna i drzwi były zamknięte. Pozostał z niego dym, który rozprzestrzenił się i zabił dzieci.
Jeszcze 2 listopada Magdalena M. – udając żałobę – zapaliła znicz pod oknami Pauliny.
Praga ociera łzy
Praskimi ulicami: Stalową, Środkową, 11 Listopada i Szwedzką 8 listopada przeszedł marsz milczenia pod hasłem „Piąte: nie zabijaj”. O 15.00 sąsiedzi, przyjaciele i mieszkańcy Pragi, którzy nawet nie znali Pauliny, zebrali się pod jej domem i ruszyli, aby okazać solidarność z jej rodziną i wyrazić sprzeciw wobec przemocy. Ludźmi ta sprawa wstrząsnęła, szczególnie to, że zginęła dwójka dzieci. Mówili, że było jak było, ale dzieci nie są niczemu winne.
Paulina nie miała łatwo, ale zawsze była pogodna i pomocna.

13

– Paulina to była dziewczyna, która wszystkim wokół pomagała. Normalna kobieta z dwójką dzieci. Nikomu niczego złego nie zrobiła. Można się jej było wygadać, potrafiła wysłuchać – mówiła siostra kobiety.
W rodzinie nigdy się nie przelewało. Według słów sąsiadki, matka Pauliny mieszka od lat za granicą, ale na pogrzeb wróciła. Siostra zamordowanej także ma małe dziecko i ledwo wiąże koniec z końcem.
Kilka dni przed śmiercią Paulina była w Komitecie Obrony Lokatorów, prosić o pomoc w związku z długim ignorowaniem jej wniosku o przydział lokalu socjalnego. Na ten, miała nakaz eksmisji.
Nikogo w rodzinie nie było stać na porządną uroczystość pogrzebową. Z „państwowych” pieniędzy – przyznawanych na pogrzeb – nie wystarczyłoby na wszystko. W barze mlecznym na Stalowej pracownicy postawili puszkę, do której można było wrzucać datki na zorganizowanie pogrzebu. Pomagał też ksiądz z miejscowej parafii.
Paulina uczęszczała do znajdującej się ulicę dalej świetlicy socjoterapuetycznej stowarzyszenia Serduszko dla Dzieci. Na konto stowarzyszenia także można było wpłacać pieniądze. Pracownicy świetlicy bardzo ciepło wspominają dziewczynę, nie mogą pogodzić się z tą tragedią. Paulina uczęszczała do nich od dziecka, jeździła na obozy przez nich organizowane. Na ich stronie można przeczytać: „Żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co kłębi się gdzieś w środku. Dbaj o swoje maluchy, tam, gdzie jesteście i pilnuj tam z góry swoją młodszą siostrę, żeby tu dbała o swojego brzdąca”.
Pogrzeb Pauliny, Oliwii i Norberta odbył się 13 listopada 2015 roku na Cmentarzu Bródnowskim. Były na nim tłumy mieszkańców Pragi. Wiele osób miało łzy w oczach. Szybko o tym nie zapomną. Mówią, że może dałoby się tego uniknąć.
Oskarżają strażaków
– Może, gdyby straż pożarna za pierwszym razem weszła do mieszkania. Dla Pauliny nie było już ratunku, ale może chociaż dzieci udałoby się uratować, przecież od dymu się tak od razu nie umiera – mówi w rozmowie z nami sąsiadka – Ten fakt dręczy ludzi. Co by było, gdyby strażacy dokładniej przyjrzeli się sprawie, kiedy byli tu w nocy?- pytają sąsiedzi.
– O pierwszej w nocy obudził mnie smród. To były palone kable, ciuchy, plastik – relacjonuje jedna z mieszkanek, która wezwała pomoc – Ale strażak powiedział, że on tutaj nic nie czuje. Dostałam od niego „ochrzan”. A smród było czuć ewidentnie! Mimo to nie słyszałam, żeby strażacy weszli do jakiegokolwiek mieszkania, żeby pukali w jakiekolwiek drzwi.

11

Według informacji z oficjalnej strony straży pożarnej, jedynie przy stężeniu wyższym niż 1,28 procenta po 2-3 wdechach dochodzi do utraty przytomności i śmierci. W przypadku mniejszego stężania, zawsze występują wymioty i dłuższy czas do utraty przytomności, później śpiączka i zgon po około godzinie – zależnie od stężenia.
Czy dzieci spały w czasie tej podobno krótkiej kłótni? Czy obudziły się i przerażone słuchały, jak Magdalena M. wznieca pożar, zabija ich matkę? A potem tlenek węgla dotarł do ich pokoju? Czy może 8-letnia dziewczynka próbowała wydostać się z mieszkania zamkniętego na klucz i wróciła do pokoju do brata? Ciała dzieci, ubrane w piżamki, znaleziono w ich pokoju, leżące na podłodze, nie w łóżkach. Norbert miał zaledwie rok.
Magdalena M. mówiła prokuraturze, że nie chciała zabić dzieci. Co zatem chciała osiągnąć, wzniecając pożar i zamykając je na klucz w domu?
Bestia w areszcie
 Sprawa jest prawie jasna. Magdalena M. przyznała się do dokonania zbrodni i pójdzie do więzienia na długo, albo na zawsze. Prokuraturę czeka jeszcze kilka formalności, takich jak badania biologiczne i traseologiczne, a oskarżoną badania psychiatryczne, ponieważ przyznała się do zażycia mefedronu przed morderstwem oraz znany był jej problem z narkotykami. Jest jednak kilka niejasności. Główna z nich to narzędzie zbrodni. Policjanci badają noże z obu mieszkań, ale Magdalena M. powiedziała prokuraturze, że nóż wyrzuciła do śmietnika. Jednak pomimo długich poszukiwań, nie został w żadnym znaleziony.
Magdalena M. w okolicy wszyscy znają, i wszyscy życzą jej źle. Ale w areszcie jest dobrze pilnowana, bo nawet tam nie jest bezpieczna. Bo ludzie tam, nigdy nie wybaczą mordercy dzieci.
Magdalena M przyznała się do winy, trafiła na obserwację psychiatryczną. Biegli stwierdzili, że w chwili morderstwa była poczytalna. Oznacza to, że za swoje czyny może odpowiadać przed sądem.
Tymczasem we wtorek 15 listopada 2016 roku , kobieta stanęła przed sądem. Rozpoczął się proces w innej jej sprawie. Tym razem chodzi o napad na salon gier, którego miała dokonać w nocy z 28 na 29 sierpnia 2015 roku. Kilka miesięcy później dokonała okrutnej zbrodni. Proces w tej sprawie rozpocznie się za miesiąc.
Daria Porębiak
fot. Daria Porębiak