Pogotowie odmówiło przyjazdu do pacjenta, bo dyspozytorka najwyraźniej uznała, że wzywający pomocy z ulicy Cmentarnej po prostu głupio żartują. Jak się okazało, mężczyzna miał złamaną nogę i przeszedł skomplikowaną operację. – Ale to, co najbardziej boli, to sposób, w jaki zostaliśmy potraktowani przez pogotowie – mówi z bólem rodzina pacjenta.

Co prawda do zdarzenia doszło blisko dwa miesiące temu, jednak dopiero teraz najbliżsi zdecydowali się mówić o tej sprawie. Proszą o zachowanie anonimowości, bo jak podkreślają, nie chodzi im o rozgłos: – A jedynie piętnowanie zachowań, które są skandaliczne, karygodne i nie przystoją służbie zdrowia – mówi pani Ewa. To ona wzywała pomoc do męża i nawet w najgorszych snach nie przypuszczała, iż w tych czasach przyjazd karetki to będzie droga przez mękę. I to dosłownie.

 – Długo rozmawialiśmy w gronie rodzinnym na ten temat. Opowiedziałam też o tym wszystko znajomym. Osobiście może machnęłabym na to ręką, jednak kiedy emocje opadły i  mąż czuje się już lepiej, to uznałam, iż nie zostawię tego tematu. Może nie jesteśmy jedynymi, którzy zostali tak potraktowani? Dlaczego ktoś miałby nie ponieść konsekwencji swojego działania? – zastanawia się kobieta.

 Cmentarna pasuje do pacjenta
 Był środek nocy, gdy pan Krzysztof poszedł do kuchni. Stanął na małym krześle, aby sięgnąć po coś z lodówki.
Przez sen usłyszałam przeraźliwy krzyk i wzywanie pomocy przez męża. Przybiegłam do kuchni. Mąż leżał na podłodze i trzymał się z nogę. Od razu mówił, że noga jest złamana, bo usłyszał trzask kości. Kazał jak najszybciej dzwonić na pogotowie – relacjonuje kobieta. Widząc, że mąż faktycznie zwija się z bólu, kobieta chwyciła za słuchawkę. Była godzina 1.05.

Odebrała kobieta. Powiedziałam, że mąż najprawdopodobniej złamał nogę. Usłyszałam jednak, że pogotowie nie przyjeżdża do kończyn górnych i dolnych. Więc zapytałam, jak mam go zawieźć do szpitala, skoro nie mam samochodu? Poprosiła więc o moje dane i adres. Kiedy powiedziałam, że dzwonię z ulicy Cmentarnej usłyszałam, iż ten adres pasuje do mnie. Zamurowało mnie. Poprosiłam więc, aby się przedstawiła. W odpowiedzi usłyszałam „ulica Śliska. Zjeżdżaj”. I pani się rozłączyła – dodaje kobieta. Była w szoku. Na dobrą sprawę nie wiedziała, czy pomagać mężowi, czy ochłonąć po tym, co usłyszała w słuchawce telefonu. Dosłownie przeciągnęła małżonka po podłodze do pokoju i zadzwoniła jeszcze raz.

 Do czterech razy sztuka

Z relacji naszej rozmówczyni wynika, że kolejny telefon odebrała już inna osoba: – Powiedziałam, że dzwoniłam pół godziny temu, że mąż ma najprawdopodobniej złamaną nogę, i że nie mam możliwości zawiezienia go do szpitala. Przełączono mnie do lekarza, który tylko potwierdził, iż pogotowie nie ma obowiązku przyjazdu do tego typu zdarzeń. Zapytałam więc, co mam robić? Mąż zwija się z bólu, nie da się dotknąć za nogę. Nie mamy nawet żadnych proszków przeciwbólowych. Lekarz uznał, abym położyła męża w łóżku i podłożyła pod nogę dwie poduszki. Ból powinien jego zdaniem minąć – relacjonuje  kobieta – Ból jednak nie minął. Wręcz przeciwnie. Im bliżej poranka, tym bardziej się nasilał. Około godziny 7.00 kobieta po raz kolejny postanowiła szukać pomocy pod telefonem pogotowia – Byłam już w pracy. Powiedziałam, że mąż jest sam w domu, zwija się z bólu. Powiedzieli, aby zadzwonił sam i wezwał pomoc. Tak zrobił. Pogotowie przyjechało po kwadransie. Można? Tylko dlaczego w nocy nikt nie chciał nam pomóc? Człowiek musiał się nacierpieć i jeszcze nasłuchać w telefonie – dodaje rozżalona kobieta.

Operacja i osiem śrub

Pana Krzysztofa przewieziono do Szpitala Powiatowego w Sochaczewie. Natychmiast udzielono mu pomocy. Lekarz stwierdził złamanie trzonu kości piszczelowej. Mężczyzna trafił na stół operacyjny. Wstawiono mu blachę i osiem śrub.

 – Owszem, powiedziałam lekarzowi w szpitalu, jak nas potraktowano. Wzruszył tylko ramionami. Ale co mógł powiedzieć? Najważniejsze, że obyło się bez komplikacji. Ale ogromny żal pozostał. Bo komu mamy ufać, jak nie służbie zdrowia. Tym bardziej, iż po coś opłacamy te wszystkie składki – mówi pani Ewa. I dodaje – Ta pani powinna ponieść konsekwencje. Ja rozumiem, nerwy nerwami, ale gdzie z takimi odzywkami do pacjenta? Zwykłe: przepraszam. Tego oczekujemy.

Rekonwalescencja pana Krzysztofa przebiega powoli, ale poprawnie. Mężczyzna niechętnie wraca do opisanych wydarzeń. Kręci tylko głową z niedowierzania. I denerwuje się na samą myśl, iż jeszcze kiedykolwiek przyszłoby mu korzystać z pomocy pogotowia.

O komentarz do całej sprawy poprosiliśmy również pracowników pogotowia. Do momentu zamknięcia wydania gazety nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wysłane pytania. Do tematu wrócimy.

Marcin Prażmowski

Fot. Marcin Prażmowski