BURDEL TRÓJMIASTO: policja uderza w stolicę polskiej prostytucji

Dzięki sprawie „Krystka” i zmianom na szczytach władz, coraz więcej ofiar sutenerów zgłasza się do śledczych, a ci rozbijają kolejno następne grupy. Nikt nie łudzi się, że Trójmiasto przestanie być stolicą polskiego seks-biznesu. Jednak pojawiła się szansa na to, że skończy się wciąganie w to dzieci, a alfonsi przestaną bić i zastraszać swoje pracownice na taką skalę, jak robili to dotychczas.

Gdy kilka lat temu przeprowadziłem się do Trójmiasta i zacząłem poszukiwać pracy w zawodzie, wypełniłem formularz na jednym z popularnych lokalnych portali. Dzięki temu ogłoszenia z działu „praca w mediach” same miały spływać mi na skrzynkę.

Jakież było moje zdziwienie, gdy nazajutrz przyszła tam oferta z pracą w charakterze prostytutki. Potem kolejne. A później jeszcze inne, z ofertą pracy w charakterze „masażystki nagim ciałem” czy „ponętnej asystentki”.

– Co jest? – zadzwoniłem z pretensjami do znajomego dziennikarza.

– Zapisałem się do newslettera, tak jak radziłeś, a zamiast ogłoszeń z pracą w gazetach, przychodzą mi same anonse dla prostytutek.

– Stary, to jest Trójmiasto.

– No, ale żeby legalnie mogli takie rzeczy przysyłać? Czy tu nie ma żadnych służb?

– To jest Trójmiasto – powtórzył do słuchawki mój kolega – Służby same w tym siedzą.

Ostatnia ofiara śmiertelna

Przez kilkanaście lat seks biznes w Trójmieście kontrolowały niebezpieczne gangi, którymi dowodzili znani mafiozi. Mieli pod sobą dużą część domów publicznych. Nie wahali się strzelać do siebie na chodnikach w biały dzień z kałasznikowów. Systematycznie wykańczali się wzajemnie.

Do czasu, aż 14 lipca 2009 roku zadźgano 42-letniego Daniela Z. ps. „Zachar”, który wówczas był uważany za lidera trójmiejskiego półświatka. Jego grupa, jak wynika z danych operacyjnych, poza prostytucją zajmowała się m.in. obstawianiem bramek w klubach i narkotykami. Zwłaszcza w Gdańsku i Sopocie udawało się zręcznie łączyć te trzy gałęzie biznesu i tak było jeszcze do niedawna: – Dziwki, dyskoteki i koks, to w Trójmieście zawsze był system naczyń połączonych – wyjaśnia mi jeden ze śledczych.

„Zachar” został zaatakowany przez kilkunastu mężczyzn. Powodem była próba przejęcia jego wpływów. Zadano mu kilkanaście ciosów nożem. Zmarł na miejscu, w gdańskiej Oliwie.

– „Zachar” trup! – krzyknął tryumfalnie Sylwester S., który zadawał śmiertelne ciosy. Nie przeszkadzało mu, że w pobliżu znajdowały się kamery, które później pomogły zidentyfikować napastników. Morderca usłyszał wyrok 25 lat pozbawienia wolności, a jego koledzy lżejsze kary.

Oficjalnie była to ostatnia śmierć związana pośrednio z prostytucją. Od 2009 roku nikt więcej w Trójmieście z tego powodu nie zginął. Branża zaczęła się cywilizować, zapanował pozorny spokój, choć do normalności wciąż było jej daleko.

Cisza przed burzą

Rozwój Internetu stopniowo pokazywał, jak bardzo Trójmiasto nierządem stoi. Były okresy, że ogłoszenia stąd – na dwóch najpopularniejszych portalach z anonsami prostytutek – przebijały nawet dużo większe liczebnie, Śląsk i Warszawę. Oferowano kobiety w niemal każdym wieku, w różnych konfiguracjach, dewiacje, fetysze i usługi łączone. Można było zamówić nawet pięć kurtyzan naraz.

Podobnie było na dwóch najpopularniejszych forach o prostytucji, gdzie aktywność związana z Trójmiastem – w niektórych wątkach – biła na głowę nawet wszystkie inne regiony kraju razem wzięte. To miejsce, gdzie tego typu usługi rozwinęły się najbardziej. Największy polski dom publiczny.

Po wejściu do Unii Europejskiej popyt na tego rodzaju usługi wzrósł. Do Gdańska, Gdyni i Sopotu zaczęli jeszcze częściej ściągać turyści z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Litwy. A do tego dochodzili ci z głębi Polski i Kaliningradu. Podaż nie nadążała za popytem, przez co alfonsi zaczęli sięgać po anonse, takie, jak na początku niniejszego artykułu. Ogłaszali się zupełnie bezkarnie, choć oficjalnie sutenerstwo w naszym kraju jest przestępstwem.

Miejscowi sutenerzy rekrutowali do pracy nawet poprzez pośredniaki. „Reporter” pisał o tym w 2013 roku, gdy firma zajmująca się m.in. „organizacją wernisaży” legalnie zamieściła anons w gdańskim urzędzie pracy, szukając „tancerki egzotycznej”. Gdy w ramach dziennikarskiej prowokacji wysłałem tam maila, podając się za kandydatkę, okazało się, że wśród dodatkowych zadań pracownic będą masaże erotyczne. W tym „wykonywane piersiami, pośladkami i ustami”. Numer kierował do studia masażu, specyfika usługi polegała na tym, że kończy się seksem oralnym, a finał następuje w ustach „masażystki”.

– Nie jesteśmy agencją towarzyską. Klientowi nie wolno proponować penetracji. Organizujemy też wernisaże, spotkania kawalerskie. Przez te dwa lata pracowały u nas dziewczyny z banku, szkoły językowej, z urzędu pracy. Stąd pomysł na zatrudnienie niezwiązanych z masażami dziewczyn – okłamywała mnie wówczas rekruterka Ewa, uznając mnie za kandydatkę do pracy.

Rozbicie gangu „Braciaków”

Pierwszy raz Trójmiasto otworzyło szerzej oczy na swój problem z prostytucją dopiero we wrześniu 2013 roku, gdy rozbito „gang Braciaków”, który kontrolował część gdyńskich mieszkaniówek, czyli burdelików ulokowanych w prywatnych mieszkaniach. Mieli ich kilka. Rotacyjnie pracowało w nich co najmniej 40 prostytutek. Zatrzymano kilkanaście podejrzanych osób. Na czele grupy stała trójka braci: Leszek B., Paweł B. i Aleksander B. To synowie byłego policjanta. Gang na dużą skalę handlował też narkotykami.

Jako jedynemu dziennikarzowi udało mi się wtedy dotrzeć do dziewczyny, która uciekła wcześniej „Braciakom”. W branży pozostała, ale wyniosła się poza Trójmiasto. Żeby z nią porozmawiać, musiałem przyjechać do jej mieszkaniówki.

– Tak nas karali – pokazała bliznę na ramieniu 26-letnia wówczas Dagmara – Niektóre bito i gwałcono. Ale nikt nie wciągnął mnie w to siłą. Mnie namówiła koleżanka, którą spotkałam na dyskotece w Sopocie. Lubię seks. Miałam z tego dużo pieniędzy. Czasem po kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Ale robiło się coraz gorzej. Nawet do sklepu musiałyśmy chodzić z ochroniarzem. Jeśli któraś miała dzieci, to mogła widzieć je raz na kilka dni, po kilka godzin. Dwie nieposłuszne dziewczyny wywieziono nie wiadomo dokąd. Nigdy potem nie wróciły, i nikt nie wie, co się z nimi stało. Udało mi się uciec przez okno. Cały czas boję się, że mnie znajdą.

– Nie chcesz iść z tym na policję? – dopytywałem.

– Nie żartuj. Przecież jako klienci przychodzili do nas nawet policjanci, prokuratorzy i jeden sędzia, który lubił dusić. Mówili o nim „to jest nasz sędzia”. On mógł wszystko. A, że nieraz był z kolegami, to dochodziło do zbiorowych gwałtów.

Jak pisaliśmy wówczas w 2013 roku, opierając się o słowa Dagmary, dziewczyny były też tatuowane. Niektóre za karę, a inne z własnej woli, by pokazać swoje oddanie alfonsom. Dopiero rok później tę informację po „Reporterze” powtarzały inne media, bo zdjęcia tatuaży ujrzały światło dzienne. „Braciaki” przez to stali się sławni na cały świat, pisano o nich nawet w Australii i USA.

Rozbicie gangu „Wariata”

„Braciaki” nie kontrolowali jednak całej Gdyni i nie mieli takich zapędów. Żyli w symbiozie z innymi grupami. Dochodziło tam nawet do spotkań szefów gangów.

– Pan się lepiej zainteresuje Gdańskiem. Tam to dopiero są cyrki. Podpalenia, pogróżki. I do tego na sto procent cztery agencje są podogadywane z psiarnią – mówił mi wtedy sutener Arek, wskazując na związki policji z branżą.

Podobnie jak w przypadku słów Dagmary o tatuażach, tak i słowa Arka wyprzedziły działania śledczych. Kilka miesięcy po tej rozmowie, w marcu 2014 roku, rozbito bowiem gang 30-letniego wówczas „Wariata”. Według śledczych jego ludzie przejmowali stopniowo branżę w Gdańsku, podpalając inne agencje towarzyskie i samochody konkurencji. Zadanie ułatwiło im to, że rok wcześniej rozbito brutalny gang „Olgierda”, a „Wariat” wypełnił po nim pustkę

Łącznie, według ustaleń, jego grupa liczyła blisko czterdziestu członków. Przy podejrzanych znaleziono pistolety i spore ilości narkotyków. Najważniejsze, postawione wówczas zarzuty dotyczyły zmuszania do prostytucji w mieszkaniówkach. Według śledczych do uprawiania seksu za pieniądze przymuszano również niepełnoletnie dziewczyny.

Rozbijanie układu „Krystka”

Gdy w Gdańsku i Gdyni zrobiło się spokojniej, to okazało się, że istnieje 39-letni alfons Krystian W. ps „Krystek”, który działał głównie na terenie Sopotu, i który sławą przebije „Wariata”, „Zachara” i „Braciaków” razem wziętych. Bo jego sprawa pozwoliła odkryć dno trójmiejskiego bagna, czyli jak wciąga się w prostytucję dzieci, i jak nie pozwala się im z niej wydostać. To tacy ludzie jak „Krystek” stali u podstawy nowotworu, który trawi obecnie Trójmiasto. 39-letni alfons wyłapywał małoletnie dziewczyny, a następnie deprawował i uczył „życia dorosłych”.

Przez ostatnie miesiące powstało na temat jego sprawy już kilka tysięcy materiałów prasowych oraz książka, której część (dotycząca procederu i metod), to wydarzenia w dużej mierze prawdziwe, a część (również niektóre wątki, zdarzenia i cytaty) to fikcja literacka wymyślona przez autorów, choć wielu niesłusznie odbiera ją jako wierną literaturę faktu. Część mediów forsuje natomiast błędną teorię, że wszystkie ofiary „Krystka” to galerianki, które sprzedawały się za spodnie.

„Reporter” dotarł do wielu dziewczyn z tzw. dobrych domów, które „Krystek” uwodził. Reguły nie było, a żadna z tych dziewczyn nie jest winna temu, co jej zrobiono. Ta sprawa wygląda zupełnie inaczej niż wielu chce ją teraz  przedstawiać.

Przypomnijmy, że po artykule „Reportera” z 8 lipca 2015 roku sprawą zajęto się na poważnie. Przejęli ją śledczy z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, a nadzór nad nią objęła prokuratura okręgowa. „Reporter” przeprowadził bowiem śledztwo, w którym dotarł do ponad 200 wiarygodnych źródeł związanych ze sprawą. Nasz magazyn jako pierwszy napisał, że „Krystek” najprawdopodobniej jest pedofilem, alfonsem, i że jego sprawa to wierzchołek góry lodowej. Zaczęliśmy współpracę ze śledczymi, którzy od tego czasu potwierdzili dowodowo już prawie wszystko, o czym napisaliśmy w tamtym artykule.

Mogę już ujawnić jako osoba trzykrotnie wzywana latem 2015 roku na przesłuchania, że w tym właśnie okresie śledczy zdobyli kluczowe materiały. Wtedy byliśmy tylko małą grupką dziennikarzy, ofiar, członków rodziny zmarłej Anaid (14-letnia dziewczynka o tym imieniu rzuciła się pod pociąg po spotkaniu z Krystkiem) i świadków. Wówczas nikt nawet za bardzo nie chciał nam wierzyć. Bez wsparcia wielkich mediów, polityków i jakichkolwiek organizacji. A mimo to obroniliśmy wówczas tę sprawę w tym kluczowym okresie przed serią zastraszeń, pomówień, różnych prób przekupstwa i sztuczkami prawników, którzy z jakichś względów opowiedzieli się za bezkarnością pedofilów.

Koledzy „Krystka” łyknęli minionego lata haczyk, skupili się na atakowaniu dziennikarzy, podczas gdy policja w spokoju zbierała dowody. To masa zdjęć, filmów i zeznań, które bezsprzecznie potwierdzają, że „Krystek” i pewni ludzie z sopockiego półświatka klubowego mają związki z prostytucją. Wciąż nie wiedzą, jak wiele jest na nich materiałów. Za kilka miesięcy bardzo się zdziwią. Zwłaszcza ci, którzy złożyli fałszywe zeznania, za które będą mogli pójść do więzienia. Niestety dotyczy to także pewnych dziewczyn.

Część prostytutek z tej sprawy była niepełnoletnia. Krystian W. sam nagrywał wymuszone zbliżenia, którymi szantażował później dzieci. Według naszych danych, wśród zdobytych nagrań jest nawet takie, na którym nastolatka leży bezwiednie, bez kontaktu ze światem, podczas gdy „Krystek” uprawia z nią seks. Niekiedy robił to z dziećmi w puckim klubie, którego faktycznym dzierżawcą był Marcin, przyjaciel „Krystka” i jednocześnie faktyczny szef spółki zarządzającej sześcioma sopockimi klubami. Wiele źródeł, do których dotarliśmy nie ma wątpliwości, że w tym puckim lokalu dochodziło do orgii, podczas których rekrutowano młodziutkie dziewczęta.

Z jednej z takich imprezy mamy zdjęcie nagiej nastolatki. Nie wiedziała, że zostało jej zrobione. Jest na nim odwrócona plecami. Jej personalia przekazaliśmy śledczym wraz z fotografią.

Na innym zdjęciu, które również przekazaliśmy policji, w tym samym puckim lokalu „Krystek” jest w towarzystwie dwóch 15-latek.

 – Marcin płacił „Krystkowi”, wypożyczał jachty i samochody, żeby ten załatwiał mu idealne dziewczyny. „Krystek” dostawał duże pieniądze, jak mu załatwił idealną małolatkę – wydaje się nie mieć wątpliwości jedna z przywiezionych tam 15-latek.

W tym samym lokalu „Krystek” miał skrzywdzić dwójkę innych dzieci, których historię opisaliśmy w jednym z poprzednich numerów. A podobnych historii jest znacznie więcej.

Natomiast o samym Marcinie kilka ciekawych faktów ujawnił nam Marian, jego były współpracownik: – Już mniej więcej w 2007 roku, krótko po tym, jak zaczął kręcić biznesy w Sopocie, niektórzy zaczęli mówić o Marcinie „pedofil”. Słyszałem, że pukał dziewczyny, które do jego klubów przywoził Krystek. Większość tych dziewczyn miała 15 -18 lat – mówił mi Marian w październiku, gdy siedzieliśmy na ławce w Sopocie przed białym, wielofunkcyjnym budynkiem – Siostra Marcina robiła mu wtedy awantury z tego powodu, ale nic to nie dało.

Prostytucja w wykonaniu „Krystka” według naszych źródeł polegała m.in. na oferowaniu dziewczynek w sieci sopockich klubów: – Widziałam, jak wystawił jedną 16 -latkę starszemu gościowi klubie. Praktycznie mu ją wcisnął – mówiła nam już w czerwcu 2015 roku Marcelina, osoba z sopockiego środowiska klubowego, gdy odkrywaliśmy kulisy tej sprawy – Podeszłam wtedy do Marcina i Darka (pracownika klubu – przyp. red.). Zapytałam, czy widzieli to, co ja. Powiedzieli, że widzieli. Nie przeszkadzało to im. Byłam tym przerażona, bo wcześniej widziałam, jak „Krystek” wrzucał innej dziewczynie jakąś tabletkę do piwa.

Według przekazanych nam danych do seksu niemal nigdy nie dochodziło w klubach. Dziewczyny wychodziły z klientami. Na ich nieszczęście wiadomo, dokąd wychodziły, i według naszych źródeł śledczy mają na to dowody.

Marcelina złożyła zeznania w połowie lipca. Powiedziała im wszystko. A za nią o prostytucji zeznawało wiele innych dziewczyn i świadków. Nie tylko o klubowej prostytucji, ale też m.in. o dowożeniu dziewczyn do klientów i mieszkaniówkach. To był system naczyń połączonych.

Trójmiasto od środka

Sprawa „Krystka” pozwoliła wszystkim obejrzeć od środka, w czym tkwi problem Trójmiasta. W wielu częściach Polski kluby, dla których pozyskiwał on dziewczęta, już dawno poszłyby z dymem. Prokuratorzy ujawniliby szybko nie tylko kulisy tego procederu, ale też błyskawicznie posłaliby do aresztów podejrzanych, a być może nawet upubliczniliby ich twarze. To wszystko należałoby zrobić już kilka miesięcy temu w Trójmieście, aby zgłosili się kolejni świadkowie. Ale tu jednak jest trochę inaczej.

Tymczasem, same tylko dowody zebrane przez naszą redakcję potwierdzają związek sieci sopockich klubów z prostytucją. Są wśród nich np. dane o „Poli”, która w okolicach swoich 18. urodzin wykonywała już różne prace dla tych klubów, w tym promowanie alkoholi w położonym przy plaży budynku i „towarzyszenie klientom”. Sęk w tym, że w tym samym okresie na jednym z portali z ogłoszeniami prostytutek pojawiło się jej nagie zdjęcie. Pech chciał, że bez zamazanej twarzy, stąd mamy pewność, że to ona.

Natomiast dobrym przykładem osoby, która lubiła pobawić się w tej konkretnej sieci sopockich klubów, jest „Misio”. To znany mazowiecki samorządowiec. Wielokrotnie przyjeżdżał do Sopotu, aby spędzać czas w klubach, dla których pracował Krystek. „Reporter” zbierał o „Misiu” informacje przez kilka miesięcy. Mamy jego zdjęcia z tych lokali, mimo że obsługi klubów miały zakaz fotografowania go.

Polityk czasem przyjeżdżał do Trójmiasta z małżonką, a czasem sam. Znacznie ciekawsze były te drugie „delegacje”. Nasze źródła twierdzą, że nocował podczas nich w jednym z sopockich przybytków położonych przy plaży, do którego „Krystek” zwoził dziewczyny. Mamy liczne dowody, że przyjaźnił się z osobami zarządzającymi tym klubem. Część tego obiektu była dyskoteką, a część miała pokoje do wynajęcia. Do niektórych pokoi przynależały odgrodzone tarasy. Legalnie reklamowano go jako dobre miejsce na seks w trójkątach z młodziutkimi niewiastami. Na wielu innych klipach promocyjnych eksponowano piersi i pośladki zatrudnianych tam dziewcząt. Jego właścicielom nie przeszkadzało to w promowaniu lokalu jako „słynącego z wernisaży”, co strasznie bawi wszystkich, którzy znają jego prawdziwe oblicze.

– Widywałem go w klubie w towarzystwie nastolatek – mówi o „Misiu” Rysiek, osoba bardzo dobrze znająca sopockie realia – A mój kolega, który pracował tam, gdzie on spał, mówił mi, że zawsze jak przyjeżdżał sam, to rano widział go w pokoju na tarasie z dwiema małolatami.

Zebrane przez nas informacje o „Misiu” są od kilku tygodni w rękach śledczych. Od prawdomówności tego polityka będzie zależeć teraz, jak potoczy się dalej jego kariera, ponieważ przekazane dane o nim są zatrważające.

Nieprawdą byłoby jednak twierdzić, że panów łowiły w tej sieci sopockich klubów wyłącznie młode dziewczyny. Jedna z nich, o pseudonimie „Bona”, ma bowiem już blisko 40 lat. Urodę systematycznie podrasowuje, m.in. operacjami ust. Ostatnio też wyszczuplała. Kobieta nawet na Facebooku nie kryje się z tym, co lubi robić. Mamy jej zdjęcia z kilku imprez z jednego z sopockich klubów. Tego samego, w którym nocował „Misio”.

Co najciekawsze, „Bona” to bardzo bliska krewna znanego trójmiejskiego adwokata, również bywalca sopockich klubów. Jest on podejrzewany przez kilku dziennikarzy o członkostwo w „klubie wyciągaczy z aresztów”. „Wyciągacze”, to grupka młodych trójmiejskich prawników, która ponoć potrafi wydostać każdego na wolność. I faktycznie, ten mecenas ma w tej dziedzinie spore sukcesy. Najpierw doprowadził do wypuszczenia młodego mężczyzny (w przeszłości bliskiego kolegi „Zachara”), który najprawdopodobniej zabił swojego ojca. W tej sprawie nie było nawet procesu, wszystko umorzono na wczesnym etapie, choć dowody były niemal stuprocentowe. Swawola pomorskiej Temidy była tak szokująca, że dwie bliskie osoby zamordowanego z bezsilności zapiły się później na śmierć, a trzecia trafiła do domu opieki, bo nie miał się już nią kto zajmować. Oficjalnie zabójca jest nieznany. Dokładnie przestudiowałem akta tej sprawy. Kilku bardzo ważnych wątków wskazujących na winę głównego podejrzanego w ogóle w nich nie uwzględniono. W prokuraturze pewnie „zapomnieli”.

Krótko potem ten sam prawnik przyczynił się do wyjścia z więzienia znanego gangstera. Oficjalny powód wydawał się dziennikarzom idiotyczny (zupełnie niegroźna choroba), ale sędzia podejmujący tę decyzję nie stracił stanowiska. Gangster po opuszczaniu aresztu się naćpał i doprowadził do śmierci niewinnej kobiety, która osierociła małą córeczkę.

W Trójmieście do niedawna wolno było wszystko. Temida nie tylko była ślepa, ale cierpiała też na inne niepełnosprawności: głuchotę i niedorozwój umysłowy. Wszyscy uważali, że tak musi być. I tak było przez lata.

Zarzuty dla wspólnika „Krystka”

Ze sprawą „Krystka” mogło być podobnie. Problem jej dotyczący polegał jednak na tym, że „Reporter”, a za nim kilka innych mediów, zebrało tak dużo ważnych dowodów, że nie dało się już tej sprawy zakopać. Zamiast tego trafiła do świetnych policjantów z komendy wojewódzkiej.

Nie ujawnialiśmy jednak wszystkiego, żeby zapewnić spokój działaniom śledczych. Marcin tego nie wiedział, więc próbował różnych sztuczek. Wynajął prawników, spośród których nie każdy cechuje się prawdomównością. Jeden z nich, dziwnym zbiegiem okoliczności, jest spokrewniony w pierwszym stopniu z osobą stojącą do niedawna na czele sopockiej prokuratury. A to na terenie działania tej prokuratury do potężnych rozmiarów rozwinęła się sieć nocnych klubów, w których bezkarnie zatrudniano dzieci. Był nawet jeden z tańcem na rurze. Żadnych „wernisaży” w nim nie było.

Gdy wszystko wyszło na jaw, Marcin fabrykował fakty, kłamał, wymyślał fikcyjne spiski, a nawet – żeby zyskać wiarygodność – publicznie poniżał „Krystka” i go wyzywał. To też ciekawy wątek, ponieważ  wiemy, że wcześniej nazywał go „pięknym” i panowie bardzo się lubili.

Marcin próbował również przekonywać do swoich kłamstw media, jednak nie udało mu się to względem choćby jednego rzetelnego dziennikarza. Część rozpowszechnianych przez niego kłamstw powieliła tylko Marta Miecińska z tygodnika „Nie” oraz „Wojtas”, niegdyś trójmiejski dziennikarz, a obecnie już tylko osoba przypominająca dziennikarza. Jak twierdzi jego były współpracownik, „Wojtas” walczy teraz z ciągnącą się za nim opinią o poważnej chorobie psychicznej. Lecz nawet „Wojtas” wycofał się w końcu z części swoich kłamstw.

Cała reszta dziennikarzy wiedziała, że z pedofilią trzeba walczyć. Nasze środowisko było jednomyślne i nie dało za wygraną. Po „Reporterze” aż sześć niezależnych od siebie mediów przeprowadziło swoje autonomiczne śledztwa i wszystkie wykazały związek sprawy „Krystka” z Marcinem i sopockim półświatkiem klubowym.

„Krystkowi”, który od listopada siedzi wreszcie w celi, nie pomogły również znajomości z policjantami. Nawet z policjantką Renią z Wrzeszcza, na której terenie mógł bezkarnie łowić dzieci, bić je pod szkołami, gdy nie chciały dla niego pracować w Sopocie, a wzywani na miejsce funkcjonariusze nic mu nie robili. Na nic zdało się również koleżeństwo z policjantami, którzy stali na bramkach w klubach, dla których „Krystek” załatwiał dzieci.

Marcinowi została już tylko garstka osób broniących go publicznie. Część robi to z braku kręgosłupa moralnego, niektórzy po znajomości, a inni  z głupoty, wierząc w rozpowszechnione przez niego brednie. Wśród tych pierwszych są m.in. dwie agencje PR. Jedna z nich związana jest z Robertem S. z Trójmiasta, a  druga z Łukaszem A. z Warszawy. Te dwie grupy, to internetowi hejterzy do wynajęcia, gotowi wyświęcać za pieniądze nawet pedofilów. Często uciekają się do kłamstw. W związku ze sprawą „Krystka” wyprodukowali pod różnymi artykułami mnóstwo komentarzy, w których bronią klubów Marcina, obrażają dziennikarzy ujawniających sprawę oraz przede wszystkim wykorzystywane seksualnie dziewczynki. Forsują teorię, że zgwałcone dzieci to „sprzedajne szmaty, które same tego chciały” lub „to wszystko wina konsumpcyjnego stylu życia”. Podobnych komentarzy wyprodukowali już prawdopodobnie tysiące. Mają one na celu wzbudzić w ofiarach przestępstw seksualnych poczucie winy, że niby są współodpowiedzialne za to, że je zgwałcono. I w ten sposób obie te agencje utrudniają śledztwo, bo czytające to ofiary mają wątpliwości, czy zeznawać. Hejterzy rozpuszczają te opinie z różnych fałszywych kont, ale pozostawili po sobie ślady, dlatego współpracujący z „Reporterem” specjalista ich namierzył. Przez to są już także w kręgu zainteresowań policji.

Wszystko to jednak i tak na nic się zdało. W marcu 2016 roku policjanci dorzucili „Krystkowi” pierwsze zarzuty za sutenerstwo (łącznie ma już zarzuty za kilkanaście dziewcząt), a Marcinowi postawili zarzuty za pedofilię (dwukrotny seks z 13 -latką) oraz korzystanie z usług innej, stręczonej, niepełnoletniej dziewczyny. Jedna z nich rozpoznała go podczas tzw. okazania. Tuż po postawieniu tych zarzutów redaktor naczelny „Reportera” Janusz Szostak zapytał Marcina o szczegóły dotyczące tych czynów, ten, co ciekawe, nie wyparł się wprost seksu z dzieckiem.

–  Główny zarzut dotyczy okresu kiedy nie znałem Krystiana W. Poznałem go 2 lata potem. Poza tym w tamtym czasie nie byłem najemcą budynku w Pucku. Akurat w kwestii Krystiana nie trudno coś mu wykazać, bo było przy tym dużo osób i było to w określonej sytuacji.    tłumaczył się Marcin, który nie wie jeszcze, jak wiele niespodzianek przygotowali dla niego śledczy na następne miesiące. Trzeba jednak przyznać, że to bardzo zastanawiające, iż Marcin wciąż jest na wolności, biorąc pod uwagę to, ile on i jego koledzy poczynili starań, aby zaszkodzić ludziom chcącym ujawnić prawdę w tej sprawie.

Zastraszane prostytutki

Dla Trójmiasta dopiero sprawa „Krystka” okazała się katharsis. Odkryła bowiem, że do seks biznesu aż za często wciągano dzieci. Nierzadko zmuszając je do takiej pracy siłą, szantażem i podstępem. Część z nich pracowała później w klubach, inna w mieszkaniówkach, a jeszcze inna zdobywała klientów innymi sposobami. To funkcjonowało latami, przy wsparciu niektórych policjantów, a wśród klientów byli m.in. ważni prawnicy, nie tylko z Trójmiasta.

Dzięki opisanym przez media kulisom tej branży, zmienia się już nastawienie części śledczych do gwałtów i prostytucji. Bo wcześniej wielu to zupełnie bagatelizowało. Historia „Krystka” dała też do myślenia trójmiejskim sutenerom, którzy teraz dwa razy zastanowią się, zanim zatrudnią niepełnoletnią dziewczynę. Najważniejszym pozytywnym wnioskiem tej sprawy jest jednak wzrost świadomości ofiar alfonsów. Efekty już zaczynają być widoczne.

Dodatkowo sprawa „Krystka” zbiegła się ze zmianą władz. Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro jest cięty na pedofilów. Już zapowiedział, że doprowadzi do utworzenia rejestru tych przestępców. Bardzo możliwe, że wkrótce trafią tam „Krystek”, Marcin i paru ich kumpli.

Kwiecień 2016 roku przyniósł już pozytywne wyniki walki z trójmiejskimi alfonsami, którzy sięgali po brudne metody. Najpierw zatrzymano szóstkę gdańszczan, którzy prowadzili sieć mieszkaniówek w Sopocie, Gdańsku, Starogardzie Gdańskim, Kościerzynie i kilku innych pomorskich miejscowościach. Według ustaleń śledczych, zmuszali prostytutki do pracy. Gdy któraś chciała odejść, grożono jej. Z tego powodu postanowiły zgłosić się w końcu do policjantów. Pokrzywdzonych jest aż kilkanaście, ale wkrótce ich liczba prawdopodobnie wzrośnie. Ich średni wiek to 20 lat. Co jakiś czas przerzucano je z miasta do miasta, żeby urozmaicać klientom „towar”. Gdy im się już znudziły, odsprzedawano je później innym agencjom.

– Zatrzymani to małżeństwo, dwóch synów i ich partnerki. Małżeństwo wymyśliło, jak to ma funkcjonować, synowie tym zarządzali, a ich partnerki zajmowały się drobniejszymi sprawami, jak dodawanie ogłoszeń, wykonywanie zdjęć, prowadzenie strony internetowej. To był taki rodzinny interes, ale sprawa jest rozwojowa – tłumaczy „Reporterowi” Mariusz Marciniak z Pomorskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej.

Kilka dni później w centrum Gdańska rozbito inną grupę sutenerów, po tym, jak do śledczych zgłosiły się dwie krzywdzone prostytutki. Zeznały, że były zmuszane do tej pracy biciem i zastraszaniem. 45-letni herszt grupy i jego 34-letni wspólnik trafili do aresztu. Pomagająca im 35-letnia kobieta dostała dozór policyjny. W ich przypadku również chodziło o mieszkaniówki.

Według nieoficjalnych ustaleń „Reportera”, podobnych zatrzymań może być wkrótce więcej.

– Rozbijane grupy się odtwarzają, a jeśli do tego nie dochodzi, to pustkę po nich zapełniają kolejne. To trochę walka z wiatrakami, ale robimy, co się da – zapewnia mnie w nieoficjalnej rozmowie jeden ze śledczych komendy wojewódzkiej – Problem polega też na tym, że wiele dziewczyn kłamie na przesłuchaniach. Często mówią, że nie były do tego zmuszane, a później okazuje się w wielu przypadkach, że tak naprawdę je zmuszano do prostytucji.

Ogłoszenia nie znikną

Nikt w Trójmieście nie chce całkowicie zwalczać prostytucji, ale wydaje się, że ostatnie lata przyniosły sporo zmian, które sprawią, że branża trochę się wreszcie ucywilizuje. Może skończy się bicie, zastraszanie, wciąganie w to dzieci i werbunek poprzez różnego rodzaju podstępy. Wiele będzie zależeć od tego, jak same kobiety świadczące te usługi będą dawały się traktować.

A co z ogłoszeniami, od których zaczął się ten tekst?

Śledczy wiedzą, że nad niemal każdą prostytutką w Trójmieście stoi sutener. W ogłoszeniach jednak tego nie widać. Anonse rzekomo dodają same dziewczyny, które zgodnie z prawem mogą się prostytuować.

– W komendzie wojewódzkiej policji działa wydział do walki z cyberprzestępczością – tłumaczy mi Maciej Stęplewski z Komendy wojewódzkiej Policji w Gdańsku – To specjaliści, którzy monitorują Internet i reagują na wszystkie sygnały. Gdy zachodzi podejrzenie popełnienia przestępstwa, informacje przekazywane są wydziałom operacyjnym i śledczym.

Wydaje się jednak, że walka z sutenerstwem w sieci jest skazana na niepowodzenie. Łatwiej byłoby wyeliminować  pedofilów z trójmiejskich klubów. Na razie jednak starają się bronić w nich swoich pozycji. Ich klęska wydaje się jednak przesądzona.

 Mikołaj Podolski

Niektóre imiona i pseudonimy zostały zmienione

 

Zobacz również: