Jest tu niczym na Dzikim Zachodzie. Bezkarni bandyci podpalają domy i maszyny warte milion złotych. Zastraszają i grożą świadkom. Setki  wiekowych drzew, idą nielegalnie po topór. Ktoś na tym robi wielkie pieniądze, a urzędnicy i policjanci są bezradni. Strach lokalnej społeczności rośnie. Zaś ofiary, publicznie przepraszają prześladowców. I tylko nie widać dzielnego szeryfa, który zaprowadziłby tu porządek.

 – Nie jest bezpiecznie w okolicach Wołczyna – stwierdza Adam Ulbrycht, ekolog. Siedzimy w barakowozie na terenie jego posiadłości w Komorznie-Lubiatowicach, w powiecie kluczborskim.

 – Wypożyczyłem ten barakowóz od znajomego, po tym, jak w listopadzie ubiegłego roku spalili mi dom „Rozalia”.  Byłem wtedy u burmistrza w Wołczynie. Trwało spotkanie w sprawie nielegalnej wycinki drzew. Chciałem dowiedzieć się, kiedy winni zostaną ukarani – opowiada gospodarz.

Polowanie na ekologa

 – To było w czwartek, następnego dnia miałem się zgłosić w kluczborskiej prokuraturze i złożyć zeznania w charakterze świadka. Sprawa dotyczyła nielegalnej wycinki drzew. Gdy wieczorem wróciłem ze spotkania u burmistrza, było już po  wszystkim. Cały dom spłonął. Pozostał jedynie jego szkielet i pogorzelisko – wspomina  Adam Ulbrycht.

Strażacy nie mieli wątpliwości: – To nie mógł być nieszczęśliwy wypadek. Do żadnego zwarcia elektryczności w „Rozalii” dojść nie mogło, ponieważ instalacji w budynku po prostu nie było.

Strażacy wskazali na podpalenie. Posiadłość Ulbrychta znajduje się na terenie dawnego PGR-u.

Kable i całą instalację rozkradli, zanim ten teren kupiłem. Gdy wybudowałem „Rozalię”, energetykom z Namysłowa nie opłacało się ciągnąć nowej linii elektrycznej tylko do jednego gospodarstwa – wyjaśnia gospodarz.

 Na pogorzelisku znaleziono ślady substancji łatwopalnej, podłożonej pod drewnianą zabudowę, oraz niedopaloną butelkę ze smołą. Straty oszacowano na 25 tysięcy złotych. Sąsiedzi nic nie widzieli. Posiadłość znajduje się tuż przy lesie i jeziorze, na samym końcu wsi. Do najbliższego domostwa jest stąd około pół kilometra.

W sprawie podpalenia domu Ulbrychta, utworzono w Komendzie Powiatowej Policji w Kluczborku specjalną grupę dochodzeniowo-śledczą. Następnie, podobną grupę powołano również w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Opolu.

 – Na miejscu policjanci zabezpieczyli ślady kryminalistyczne oraz zebrali w sprawie różnego rodzaju dowody i informacje – mówi kom. Hubert Adamek z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu – Prokuratorskie postępowanie umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Umorzenie, to jednak tylko formalność. Policjanci cały czas pracują nad sprawą, wykorzystując do tego przede wszystkim operacyjne formy pracy. Jak tylko pojawią się nowe wątki, to zostanie wznowione.

Gdyby nie barakowóz, to Adam Ulbrycht nie miałby dziś gdzie mieszkać. – Czy gmina nie chciała panu pomóc? – pytam.

– Nie chciałem od nich pomocy – podkreśla Ulbrycht – To gmina do tego wszystkiego dopuściła…

Gdy po ekologicznych szkoleniach Ulbrycht wrócił z Niemiec do Wołczyna, chciał pokazać, że można tu ekologicznie gospodarować. W 2005 roku od Agencji Nieruchomości Rolnych w Opolu nabył 15-hektarowy teren, wraz z 2 hektarami stawu i 3 hektarami lasu.

Już wtedy okoliczni rolnicy spoglądali na niego jakoś podejrzliwie, ponieważ miało być ekologicznie, miało być fajnie. Tymczasem Ulbrycht wybudował dom z drewna i nazwał go „Rozalią”. Powstały również zabudowania gospodarcze.

– Docelowo chciałem, aby w Komorznie powstał ośrodek szkoleniowy dla ekologów, w którym uczyłaby się również młodzież – tłumaczy Ulbrycht – Gdy wyjechałem na kilka dni do mojej mamy, która mieszka w sąsiedniej miejscowości, mój dom podpalono po raz pierwszy. To było w 2006 roku. W jedną noc spłonęła cała zabudowa. Sprawców nie wykryto, a sprawę umorzono.

Adam Ulbrycht zamieszkał wówczas w naprędce skleconej przez siebie lepiance. Dom był gliniany, w środku znajdował się piecyk, łóżko i coś, co przypominało stół. Mnóstwo książek leżało na deskach wciśniętych pomiędzy gliniane ściany. Świeczki i lampa naftowa. Poznaliśmy się właśnie wtedy. W ramach programu ekologicznego, kluczborskie Stowarzyszenie „Doliny Stobrawy” zaprosiło mnie wraz z innymi dziennikarzami na objazd po okolicy. Gościliśmy u Ulbrychta. Ekolog miał jeszcze wówczas sporą dozę nadziei i optymizmu. Po pierwszym podpaleniu odbudował „Rozalię”.
– Zaciągnąłem kredyt i nie poddawałem się. Po zniszczeniach została mi wtedy metalowa tabliczka z numerem 17. Po tym, co zrobili w listopadzie 2014 roku, nawet tabliczki nie ma. Z ostatniego podpalenia „Rozalii” nie zostało nic – mówi załamany.
 Rzeź wiekowych dębów

 W ramach „Drogi do Natury” –  programu za 2 miliony euro, w który pod koniec w 2013 roku zaangażowanych było 90 gmin – Ulbrycht rozpoczął inwentaryzację przydrożnych drzew. I gdy tak chodził, i liczył te drzewa, napotkani przez niego mieszkańcy zaczęli go wypytywać, po co to robi, i że na nic jego trud, bo tam w okolicy inni nielegalnie drzewa wycinają.

 – Nawet trzystuletnie dęby! – usłyszał.  Proceder ten odbywał się na wielką skalę. Przyjeżdżały traktory, ciągniki, wywozili drewno gdzieś poza teren województwa. Niektórzy twierdzili, że to w stronę Kępna wożą. Ulbrycht zainteresował się sprawą. Sprawdzał. A wycinka drzew, jak się potem okazało, trwała.

– Na część wyciętych drzew, gmina w Wołczynie wydała jednak zgodę, a na część takiej zgody nie wyraziła – dowiedział się Ulbrycht i złożył do organów ścigania zawiadomienie o popełnionym przestępstwie. – Musiałem to zrobić. To do mnie należało – dodaje. Chociaż zawiadomienie złożył do prokuratury rok temu, to sprawa nadal nie zakończyła się.

Okazało się, że pod koniec 2013 roku pojawił się w Wołczynie nowy „rolnik”, który o wycięcia drzew występował do gminy. To 70-letni Stanisław J. spod Kępna. Od Agencji Nieruchomości Rolnych w Opolu kupił w przetargu grunt o powierzchni blisko 90 hektarów.

– Po tym przetargu musieliśmy przekazać panu J. blisko jedną trzecią gruntów, którą dotychczas to my dzierżawiliśmy od Agencji – informuje mnie Eugeniusz Torczyło, prezes zarządu zakładu produkcyjnego Promex w Rożnowie. W ten sposób Promex stał się sąsiadem Stanisława J., którego zresztą na oczy nigdy nie widzieli.

 – Żeby wydzielić teren, sprowadziłem z Kluczborka geodetę. Wszystko zgodnie z procedurami i za zgodą urzędu w Wołczynie. Geodeta wytyczył teren i umieścił znaki graniczne pomiędzy nami a rolnikiem spod Kępna – relacjonuje prezes – Wówczas pojawił się jego zięć Michał A. i oświadczył, że ma pełnomocnictwo do uczestnictwa w podziale gruntu.

Niespodziewany gość oznajmił również prezesowi Promexu, że przywiózł swojego geodetę, i że ten dopiero poprawnie wytyczy ziemię, która teściowi się należy.

– Powiedzieliśmy mu, że nie ma takiej potrzeby, bo nowe znaki graniczne już stoją. On  nas wyśmiał i zrobił, co uważał – dodaje Torczyło.

Wkrótce ktoś powiadomił Promex, że na ich terenie pracują jacyś ludzie i wycinają ponad 300-letnie dęby: – Pojechaliśmy tam z zastępcą – opowiada Torczyło – Dwa dęby leżały już ścięte. A do trzeciego przymierzał się z piłą wynajęty przez Michała A. jegomość. Na nasze protesty stwierdził, że robi tu tylko swoje. Kazali mu, to wycina te drzewa, które wskazał mu dendrolog. Pojawił się pan A. z papierami w garści. Miał zaświadczenie z wołczyńskiego Urzędu i zgodę na wycinkę. Powiadomił nas, że to jego geodeta wytyczył prawidłowo teren. Teraz te dęby należą do niego i on sobie je wycina. To był rozbój w biały dzień. Wezwaliśmy policję.
Funkcjonariusz kazał przerwać pracę i zaczekać na prokuratora.
Pracownik przerwał robotę – dodaje prezes Promexu – Ale ten A. zdenerwował się, sklął go siarczyście i ten, nie bacząc na obecność policjanta, wskoczył do koparki i z powrotem robił swoje. Policjant nie zareagował! 
– Gdy zobaczyłem brak reakcji ze strony policjanta, zwątpiłem w praworządność – wtrąca Wiesław Walczak, wiceprezes Promexu, i Potem usłyszeli, że jeśli wycofają zawiadomienia z policji i prokuratury, to mogą sobie zabrać te trzy ścięte dęby: Ten Michał A. powiedział wtedy coś dziwnego, że jeżeli się nie wycofamy, to największy problem będzie miała gmina Wołczyn.
Mimo to wówczas nie ustąpili.

Wyciąć tysiąc drzew

  Rolnik spod Kępna słał nam pisma o zgodę na wycinkę kolejnych drzew – informuje Bogusław Adaszyński, zastępca burmistrza Wołczyna Pierwsze przysłał nam 3 stycznia 2014 roku. W sumie nadeszło 6 takich wniosków.  Na gruntach wsi Krzywiczyny, na obszarze zwanym Teklusia, prawnie chronionym  obszarze „Natura 2000”, chciał wyciąć 1023 drzewa! Nie otrzymał na to zgody.

Dlaczego Agencja Nieruchomości Rolnych z Opola sprzedaje ziemię na obszarach chronionych?

– Nie ma takiego zakazu. Nowy właściciel powinien się zainteresować, co kupuje, i sprawdzić w wykazie, który znajduje się w gminie, co to za teren, jakie są tam plany zagospodarowania przestrzennego, jednym słowem co może, a czego mu na takim chronionym terenie nie wolno – opowiada Jan Mroczko, kierownik sekcji gospodarowania zasobami Agencji Nieruchomości Rolnej z Opola.

– Na terenie Teklusi znajdowała się również ścieżka rowerowa. Wyznaczone zostały trasy widokowe. Gmina dostała na to dotację z Unii – przypomina Ulbrycht, który uczestniczył w tym ekologicznym przedsięwzięciu – Kosztowało to gminę 40 tysięcy złotych. Nowy właściciel na Teklusi, pan J. ścieżkę zlikwidował.

 – Nie wiedzieliśmy o tym – Jan Mroczko jest zaskoczony – Gmina nie informowała Agencji o tej unijnej inwestycji.

Na wycinkę w Komorznie Stanisław J. złożył trzy wnioski na: 86, 108 i 249 drzew: – Na to zgody nie dostał – przypomina zastępca burmistrza Wołczyna. Ale złożył także wniosek na wycinkę w Rożnowie, na 128 drzew. Tu wyraziliśmy zgodę i zwolniliśmy go z opłat. To jest zgodne z ustawą o ochronie przyrody. Gmina zezwoliła również na splantowanie 0,8 hektara terenu, na którym rosły głównie jakieś krzaki. W Rożnowie z kolei, z 72 drzew, które chciał wyciąć, nie otrzymał zgody na wycięcie 52 dębów.

Ale 11 zdrowych dębów jednak pozwolono mu ściąć – Ulbrycht obstaje przy swoim i zastanawia się, dlaczego część takich samych drzew wyznacza się do wycinki, a innym pozwala się rosnąć.

– W toku postępowania ekolog zawiadomił o możliwości popełnienia przestępstwa przez urzędników gminy – informują mnie w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Opolu.

Zastępca burmistrza Wołczyna twierdzi, że on na drzewach się nie zna, ale ma od tego fachowców: – Zwróciłem się do dendrologa, biegłego sądowego, który stwierdził, że drzewa przeznaczone do wycinki są uschnięte, spróchniałe, mają widoczne ubytki wewnątrz pni i są zakażone pasożytami. Ich wycięcie to kwestia sanitarna i względy bezpieczeństwa – dodaje Adaszyński.
Urząd zwrócił się również do prokuratury Rejonowej w Kluczborku, która w lipcu 2014 roku wszczęła dochodzenie w sprawie nielegalnej wycinki drzew, z zapytaniem, czy wydanie decyzji o wycince w Rożnowie może utrudnić prowadzone przez prokuraturę postępowanie: Prokuratura nie widziała przeciwskazań – dopowiada zastępca burmistrza.
 Zniszczyć donosiciela
 Urzędnicy nie są w stanie upilnować drzew przed nielegalnymi wycinkami; – Kogo karać, skoro brak sprawców? – zastanawia się Adaszyński.
Wiosną 2014 roku koło łowieckie „Panowa” również sygnalizowało  nielegalną wycinkę drzew w Rożnowie. Gmina zwróciła się wtedy do Agencji Nieruchomości Rolnych w Opolu o weryfikację istniejącego na działkach Stanisława J. drzewostanu.
– Biegły stwierdził, iż nie było możliwe opisanie wszystkich drzew rosnących na nieruchomościach tego rolnika – dodaje Adaszyński.

Stanisław J. w ramach przetargu zakupił również od opolskiej ANR obszar sąsiadujący z terenem Ulbrychta. Skąd u 70-letniego rolnika spod Kępna tyle pieniędzy i sił, żeby gospodarować na takim terenie?

– Mówią, że ziemię skupuje jego zięć – stwierdza Ulbrycht W Komorznie i Rożnowie wydał na to blisko 4 miliony złotych. Zięć jest właścicielem firmy produkującej meble. Ponoć teść robi u zięcia za „słupa”. Takich „słupów” miało być tu zresztą więcej.

Według obecnych przepisów, maksymalna powierzchnia rodzinnego gospodarstwa rolnego nie może być większa niż 300 hektarów ziemi. Zatem bywa, że ziemia kupowana jest na podstawione osoby.

Gdy, po interwencji Ulbrychta, policja sprawdzała miejsca, w których wycinano nielegalnie drzewa, okazało się, że z takich miejsc karczowano korzenie i szybko plantowano cały teren, zasypując ziemią.

– By nie było śladów po korzeniach! – przypomina Ulbrycht – I jak udowodnić, że rosły tu przedtem drzewa?

– Przecież tu był las! – krzyknął w obecności Ulbrychta zaskoczony policjant, spoglądając na ponad półhektarowy teren w Różnowie, należący wcześniej do Promexu, a obecnie stanowiący własność rolnika spod  Kępna. Pół hektara lasu, który można zobaczyć na starych zdjęciach satelitarnych, po prostu gdzieś przepadł bez śladu! Teren wykarczowano i zasypano. Nikt tu jednak nikogo wycinającego drzewa nie widział.
 – Ludzie wolą gęby nie otwierać, każdy boi się, żeby go nie pobili, albo nie spalili mu zagrody – sugeruje mieszkanka Wołczyna. Ona widziała, jak w lesie pracowały jakieś maszyny. Dlaczego o tym nikomu nie powiedziała?
– A bo to moja sprawa? – żachnęła się, i dodała – Nikt by nie pomyślał, że tak na bezczelnego bez pozwolenia to tną!
Całe zamieszanie zrobiło się przez Ulbrychta. Policja i pracownicy magistratu z Wołczyna ruszyli na objazd terenu. – Gdy podjechaliśmy do jednego z gospodarstw w Komorznie, to gminny urzędnik zaczął się tłumaczyć rolnikowi, na którego podwórzu znajdowały się bele pociętego świeżo drewna. Powiedział mu, że to ja złożyłem ten „donos” i dlatego jeżdżą teraz po gospodarstwach i sprawdzają – opowiada Ulbrycht.
No i rozeszło się po okolicy, że Ulbrycht to donosiciel. Zaczął dostawać sms-y z groźbami, że spalenie to dopiero początek jego problemów. Sugerowano, że ma się stąd wynieść. Na zawsze! A jeżeli nie, to straci życie.
– Zaczęto mi odliczać dni do opuszczenia Komorzna. Tydzień dostałem – wyznaje ekolog. Poinformował o tym fakcie policję. W sprawie sms-ów wszczęto śledztwo. Ulbrycht widział kilka razy przed swoimi oknami mężczyznę, który wlepiał w niego wzrok i naciskał klawisze komórki, jakby właśnie pisał sms: – Widziałem to przez okno barakowozu. Patrzył na mnie, a ja na niego. Byliśmy tylko dwaj, więc kto zaświadczy, że nie kłamię? Ulbrycht chce żyć, więc o sprawie nie opowiada w szczegółach. Do policji stracił zaufanie.

W końcu jednak drgnęło, gdyż wreszcie złapano osobę wysyłającą sms-y: – To był ten sam rolnik z Komorzna, któremu wtedy pracownik urzędu tłumaczył się, że to ja złożyłem „donos” na nielegalną wycinkę drzew.

W Sądzie Rejonowym w Kluczborku 35-letni Daniel R., rolnik z Rożnowa, nie przyznał się do winy. Wyjaśniał, że to wszystko jedynie pomówienia. Wprawdzie numer, z którego wysyłano sms-y, należał kiedyś do niego, ale już go nie używa od dawna i ma inny telefon. W tej sprawie zeznawała nawet blisko spokrewniona z podejrzanym kobieta. Na rozprawie była w kominiarce, otoczona przez trzech zamaskowanych policjantów. Nie wiadomo, z jakich powodów była ta obstawa. W końcu sąd w Kluczborku uznał, że Daniel R. nie wysyłał sms-ów i 35-latek został uniewinniony.  Prokuratura uznała wyrok za kuriozalny i już następnego dnia po jego ogłoszeniu złożyła wniosek o uzasadnienie wyroku, szykując się do apelacji w sądzie okręgowym.

– I jeszcze jedno – dodaje Ulbrycht – Kiedy pracownicy urzędu z Wołczyna pojawili się w pobliżu mojego spalonego domu, ten sam mężczyzna, który wcześniej kręcił się w okolicy, chciał rozpędzonym samochodem ich staranować. Musieli odskoczyć. Później, gdy się zatrzymał, podeszli do kierowcy i o czymś z nim rozmawiali. Przyszli również do mnie, bym potwierdził, że zjawili się tutaj na moje wezwanie. Potwierdziłem to, o co prosili.

Potwierdza ten fakt zastępca burmistrza Wołczyna: – Kiedy w sprawie nielegalnej wycinki drzew wszczęto w naszej gminie śledztwo i rozpoczęliśmy dochodzenie przeciwko nielegalnemu wycięciu prawie półhektarowego lasu, rzeczywiście, grożono również naszym pracownikom.

Specjalna grupa

Ulbrycht chciał się nawet zrzec obywatelstwa polskiego i na stałe wyemigrować do Niemiec, gdzie ma przyjaciół: – Sprawą wycinek i podpaleń, zainteresowała się nawet niemiecka telewizja – dodaje – Niemieccy reporterzy byli zdziwieni, że prawo jest u nas tak słabo respektowane. Mówili, że tu jest jak na Dzikim Zachodzie.

W sprawie wycinki drzew na dwóch działkach w Komorznie należących do Stanisława J., oraz w sprawie usunięcia znaków granicznych w Rożnowie, przy terenie należącym do Promexu, kluczborska prokuratura pod koniec ubiegłego roku umorzyła śledztwa.

 – Wznowiła je prokuratura okręgowa – przypomina Walczak, wiceprezes rożnowskiego Promexu. Nielegalne ścięcie drzewa, to jedynie „wykroczenie administracyjne”. Przepisy mówią, że odpowiada za to właściciel terenu. Dlatego sprawca nielegalnych wycinek w Komorznie i Rożnowie, zakpił z władz i ostentacyjnie pozostawił 20 ściętych drzew na miejscu. Wyciął je wokół stawu należącego do nieobecnego wtenczas Ulbrychta, który na kilka miesięcy opuścił Komorzno. Wyciął też drzewa na terenie podległym Agencji Nieruchomości Rolnych w Opolu.

Wszczęto kolejne śledztwa, a w opolskiej komendzie wojewódzkiej policji, w wydziale kryminalnym utworzono specjalną grupę do ścigania nielegalnie wycinających drzewa wokół Wołczyna.

– Policjanci z Kluczborka wszczęli postępowanie o wycinkę kilkunastu drzew na tak zwanej grobli, na szkodę urzędu miasta – informuje komisarz Adamek Drzewa zostały wycięte w chaotyczny sposób i pozostawione na miejscu. Sprawa została przez prokuraturę umorzona z powodu niewykrycia sprawcy. Również policjanci otrzymali informację z urzędu gminy o tym, że ktoś wyciął 8 drzew na trasie Rożnów – Sarnów. Na miejscu byli urzędnicy. Sprawa została i tym razem przez prokuraturę umorzona z powodu niewykrycia sprawcy czynu.

Prezes Torczyło opowiada, że zniknęła droga prowadząca do ich terenów rolnych: – Zostaliśmy odcięci od pól, a pan Michał A. oświadczył, że to jego droga i przy okazji wyciął 15 czereśni.

Gmina nie odpuszczała Stanisławowi J. i – za nielegalnie wycięte drzewa w Komorznie – wszczęto przeciwko niemu postępowanie administracyjne. Urząd żądał od niego 959 tysięcy złotych kary: – Sprawa trwa do dziś – mówi Adaszewski, bo Stanisław J. odwołał się od decyzji do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które sprawę uchyliło i skierowało do gminy, do ponownego rozpoznania.  Urząd w Wołczynie wszczął również postępowanie administracyjne w sprawie zniszczenia przez J. korzeni drzew w Rożnowie. Nałożona kara – 3,6 miliona złotych – rozłożona została na raty.
 Nocne podpalenia
Zbliżał się proces w kluczborskim sądzie o wycięcie półhektarowego lasu w Rożnowie, w którymi świadkami mimo woli zostali prezesi z Promexu. Stali się świadkami, jakby na własne życzenie: – Policjanci trochę nas podeszli. Prosili, byśmy im powiedzieli wszystko. Czyli nawet okoliczne plotki, i to, czego nieformalnie dowiedzieliśmy się od innych – dodaje prezes.
W przeddzień procesu w sądzie w Kluczborku, ktoś wtargnął do dużej hali z maszynami w Promexie.
– Spalił nam nowoczesny kombajn Class, siewnik zbożowy i ciągnik Massey Fergusson, do którego wrzucono przerobiony granat hukowy, uszkadzając znacznie maszynę – żali się Torczyło – Maszyny oblano płynem łatwopalnym. Uszkodzono też dach hali.
Do procesu nie doszło, gdyż z powodu choroby nie zjawił się w sądzie Stanisław J. Dwa dni później w Krzywiźnie podpalono należącą do Promexu oborę. – W porę jednak pożar zauważono i ugaszono – podkreśla Walczak. Podpalono również magazyn z nawozami w Rożnowie.
8 czerwca kolejne podpalenie wstrząsnęło Promexem – spłonął ciągnik. Ale zakład był już wyposażony w kamerę przemysłową i na nagraniu widać jest sprawcę.  Około godziny 23.31 przechodzi przez płot do zakładu: – W cztery minuty później, koktajlami Mołotowa podpalił ciągnik, a następnie kombajn, potem uciekał przez ogrodzenie – opowiada wiceprezes. Policja nie zidentyfikowała sprawcy, pomimo widocznego w kamerze jego profilu. – Za słaba rozdzielczość kamery, twarz bandyty była zamazana. Tak nam powiedzieli.
Zapewne ten sam podpalacz nocą – z 22 na 23 września – rzucił w stronę policyjnego radiowozu petardę: – Spadła około trzydziestu metrów od policjantów, może nawet było bliżej – dodaje prezes – Na terenie naszej firmy ci  policjanci mieli nam zapewnić bezpieczeństwo.
W wyniku podpaleń, firma Promex straciła około miliona złotych.
– Wszystkie cztery śledztwa, dotyczące podpaleń przedsiębiorstwa rolniczego, są cały czas prowadzone – podkreśla kom. Hubert Adamek – Policjanci zabezpieczyli na miejscu zdarzeń ślady kryminalistyczne i zebrali szereg informacji, które teraz muszą przeanalizować. W tym celu, decyzją kierownictwa opolskiego garnizonu policji, została powołana specjalna grupa policjantów z Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu, a także Komendy Powiatowej Policji w Kluczborku. To policjanci z dużym doświadczeniem, z różnych pionów. W tej chwili, z oczywistych względów, nie możemy mówić o szczegółach pracy policjantów, z uwagi na szeroko zakrojone czynności operacyjne.
Na twarzach obu prezesów Promexu widać rezygnację: Nie mamy już siły i nie czujemy wsparcia ze strony organów państwa. Stąd mój otwarty list do podpalaczy – tłumaczy prezes Promexu Eugeniusz Torczyło, który tak zwrócił się do prześladowców:  „Apeluję do tego pana, który zlecał wycinki drzew, a teraz zleca podpalenia, żeby dał nam święty spokój. My go serdecznie przepraszamy za nasze zachowanie, że zeznawaliśmy jako świadkowie. Już się to więcej nie powtórzy. Ten pan udowodnił, że jest wielkim mocarzem w tym państwie, a my jesteśmy tacy malutcy. Nas podpalają, policja przyjeżdża, pisze protokoły, tworzą tylko tony makulatury”.
Policjanci mieli również chronić Adama Ulbrychta. Ale tego nie robią: – Nie mam samochodu, pewnie byłoby śmieszne, żeby wszędzie mieli za mną chodzić piechotą? – zauważa ekolog.
Natomiast wojewoda opolski zrobił go swoim pełnomocnikiem: – Sądzę, że przede wszystkim uczynił tak dla mojego bezpieczeństwa – żartuje Ulbrycht – Bo zrobić krzywdę pełnomocnikowi wojewody, to już sprawa poważniejsza niż zastraszać i spalić dom zwykłego ekologa.

Zasadzone niedawno przez Ulbrychta młode dęby, zdążył już ostatnio ktoś powyrywać z korzeniami.

W sprawie nielegalnej wycinki drzew w gminie Wołczyn, wojewoda opolski zwrócił się o kontrolę NIK. Jak to możliwe, że tutejsze władze lokalne wydały zgodę na wycięcie tak wielu starych dębów?

 – Sądzę, że kontrola będzie przeprowadzona pod kątem przepisów prawnych, stosowanych przez nas przy wydawaniu zezwoleń na wycinkę – komentuje decyzję opolskiego wojewody zastępca burmistrza Wołczyna.

Za ścięcie półhektarowego lasu, kluczborski sąd wyznaczył Stanisławowi J. jedynie grzywnę w wysokości 5 tysięcy złotych, od której ten odwołał się, i sprawa została skierowana do Sądu Okręgowego w Opolu.

Podpalaczy do dziś nie wykryto. Śledztwo trwa.

Ulbrycht nie wie, co zrobi dalej. Czy tu zostanie, czy może jednak zdecyduje się na wyjazd z kraju.

 Czy po „apelu do podpalacza” firma Promex będzie mogła normalnie funkcjonować?

– Trudno powiedzieć, czy to już koniec naszych problemów –  mówią w Promexie ze zwątpieniem. Jakoś doszli już do siebie, chociaż ciągle czują się zagrożeni, a postępowania o bezprawne wycięcie dębów i zniszczenie znaków granicznych trwają.

Niestety nie wiemy, co o sprawie myślą Michał A. oraz jego teść  Stanisław J. Mimo kilkunastu kontaktów z  ich firmą, unikali rozmowy z „Reporterem”. Nie odnieśli się też do pojawiających się zarzutów pisemnie, pomimo naszych  próśb o komentarz.

***

W czasie kampanii wyborczej, ówczesna premier Ewa Kopacz przyjechała na Opolszczyznę i przejeżdżała też przez gminę Wołczyn. W czasie konferencji prasowej, dziennikarze pytali, dlaczego w programie jej wizyty nie ma spotkania z zastraszonymi świadkami wycinki drzew i ofiarami podpaleń, którzy publicznie przeprosili bandytów i obiecali, że nie będą przeciwko nim zeznawać.

– Naprawdę w Wołczynie świadkowie przepraszają bandytów? – pytała zdziwiona Kopacz i obiecała, że zajmie się tą sprawą osobiście. I chyba wygląda na to, że była to jej kolejna, niespełniona obietnica.

– Może jednak kiedyś doczekamy się sprawiedliwości – wierzą jeszcze w   Promexie.

Roman Roessler

fot. Roman Roessler

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ