Co mam dziecku powiedzieć?

2
3877
Uchodzili za dobre małżeństwo. Jeśli się pokłócili, to Marek przynosił Ani kwiaty. Gdy go aresztowano – pod zarzutem zamordowania żony – matka Ani nie był w stanie uwierzyć, że mógłby to zrobić. Teraz wnuczka pyta o mamę, malując kredą jej postać na chodniku w parku. Ciągle wyczekuje matki. Co babcia ma odpowiedzieć wnuczce? Co ma powiedzieć, gdy zapyta o ojca?
– Byli zgodnym małżeństwem, dogadywali się i mieli swoje zasady – mówi o małżeństwie swojej córki Michalina Kaczyńska, matka 29-letniej Anny Garskiej, która zaginęła przed trzema laty.
anna_i_maerek_garskowie
Małżeństwo wyglądało na szczęśliwe. Coś jednak między nim złego dziać się musiało. Jednego dnia Ania była zadowolona, innym razem znowu czymś się dręczyła. – Ale, w jakim małżeństwie nie ma zgrzytów? – pyta matka zaginionej kobiety.
Tym bardziej, że byli już po ślubie od pięciu lat: – A znali się od dziewięciu. Ania była skrytą osobą, i nie chciała nas martwić swoimi problemami – stwierdza Michalina Kaczyńska.
Często jednak dzwoniły do siebie: – W ciągu dnia potrafiłyśmy nieraz przez komórkę po kilkanaście razy rozmawiać ze sobą. Tak o wszystkim. Najczęściej córka opowiadała mi o wnuczce, Dominice. O tym co robiły razem tego dnia, i jaka jest z Dominiką szczęśliwa. Trzeba było przyznać, że zięć też kochał dziecko.
 Krótkie szczęście
 Ania zawsze była ostrożna i stonowana, i rzadko kto robił na niej wrażenie, nie każdy jej odpowiadał: – Ale się zakochała i to miał być właśnie on, Marek – dodaje matka zaginionej kobiety.
Marek G., to był mężczyzna jej życia. Wykształcony, młody policjant po studiach prawniczych i wyższej szkole oficerskiej w Szczytnie. I Ania czuła, że jest wybranką jego serca. Na wspólnych zdjęciach wyglądają na szczęśliwych. Na zabawach, w których uczestniczyli, w tym policyjnych, tańczą ze sobą, obejmują się. Na zdjęciach, które im robiono, uśmiech nie schodzi z ich młodych twarzy. Na fotografiach w ich domu zawsze pomiędzy nimi jest mała Dominika.
fot 1
Idylla jednak się skończyła. Po pewnym czasie Marek zmienił się i Ania zaczęła podejrzewać, że chyba ma kogoś: – Nie mówiła wprost, ale wyczuwało się to po jej zachowaniu – podkreśla Michalina Kaczyńska – Kobieta wyczuje, że coś jest nie tak.
Marek nie uśmiechał się już do niej tak często, jak dawniej. Nie odzywał się do żony, jeśli nie było to konieczne. Coraz bardziej był zajęty pracą. Był aspirantem sztabowym w wydziale do walki z przestępczością gospodarczą sosnowieckiej komendy. W tym czasie był niemal gościem we własnym domu.
Ania podejrzewała, że to musi być ktoś z pracy męża. Jak się potem okazało, miała rację i nie zawiodła jej kobieca intuicja. Przyjaciółką męża była policjantka z sosnowieckiej komendy. Trudno było dłużej ukrywać ten fakt.
Kobieta próbowała ratować małżeństwo. Inspirowała wspólne wycieczki z córką i mężem, weekendowe eskapady. Jednak mąż nie był z tego zadowolony. Ona jednak się nie zrażała. Brała urlopy z sosnowieckiego ZUS, w którym była zatrudniona, aby częściej spędzać czas z mężem i córką. Niewiele to dało.
Zniknięcie Anny
–  Pamiętam, jak rano 8 lipca 2012 roku, zadzwonił do mnie Marek i powiedział, że pokłócili się poprzedniego dnia, i Ania go pobiła wieszakiem, a on poszedł wtedy do zapłakanego dziecka. Twierdził, że podenerwowana Ania zabrała ze sobą torbę z osobistymi rzeczami: portfelem, dokumentami, kartą do bankomatu i telefonem komórkowym. Według niego 7 lipca gdzieś wyszła, około 22.30, i jeszcze nie wróciła. Pytał, czy się przypadkiem ze mną nie kontaktowała.
snnz_garska
Michalina Kaczyńska – po tym, co usłyszała od zięcia – złapała za komórkę, aby zadzwonić do Anny. Zdawała sobie sprawę, że stosunki pomiędzy córką a zięciem były ostatnio chłodne i widocznie znowu się o coś pokłócili: – Ale ona nie odbierała, wysłałam więc sms-y. Do dziś zostały bez odpowiedzi.
Zniknięcie córki było dla niej dziwne. Jeszcze kilka godzin wcześniej rozmawiały ze sobą. Tego dnia telefonowały do siebie kilkakrotnie przez komórkę. I Michalinie Kaczyńskiej wydawało się nawet, że Anna jest szczęśliwa: – I nic w jej głosie nie wskazywało, aby mogło dojść do jakiegoś nieszczęścia.
Zdaniem Kaczyńskiej nie jest możliwe, aby jej córka – bez słowa wyjaśnienia – porzuciła dom i swoje ukochane dziecko: – Na pewno by do mnie najpierw zadzwoniła. Nie uwierzę, że w takiej sytuacji pozostawiłaby Dominikę tylko pod jego opieką. Prędzej po takiej awanturze spakowałaby się razem z Dominiką i z Czeladzi swoim samochodem przyjechałaby do nas, do Sosnowca.
Jak się później okazało, już nigdy więcej Michalina Kaczyńska nie zobaczyła i nie usłyszała swej córki.
Ale wtedy nadal oczekiwała na sygnał od dziecka. Łudziła się, że może poszła gdzieś, aby wszystko spokojnie przemyśleć? Bez zięcia w tle, i bez matki. Tak, aby nikt nie wywierał na nią presji. I gdy ochłonie, i zupełnie opadną z niej do końca emocje, to wtedy wróci. Jeżeli nawet nie do swojego mieszkania, to przynajmniej do rodziców.
Nic takiego jednak nie nastąpiło, a państwo Kaczyńscy niepokoili się coraz bardziej. Nie było również żadnych ruchów na koncie bankowym Ani.
Dziwna gra męża
 W późniejszym śledztwie – przejętym przez katowicką policję i prokuraturę – sprecyzowano, że w dniu zaginięcia Anna Garska po raz ostatni rozmawiała z mamą o godzinie 18, a około 20. dzwoniła do męża.
– Moja córka była wtedy u fryzjera i mówiła mi, że potem skontaktuje się z Markiem, aby ją stamtąd zabrał.
I kiedy – w dniu zaginięcia – wyszła około 22.30, jej komórka jeszcze przez trzy godziny logowała się wokół miejsca zamieszkania.
– Może szukał miejsca, w którym mógłby się pozbyć ciała? – zastanawia się Janusz Kaczyński, ojciec Ani.
– Tereny wokół osiedla, na którym mieszkała Ania, są delikatnie rzecz ujmując, parszywe – mówi pani Mariola z firmy detektywistycznej „Cień” w Katowicach, która pomagała państwu Kaczyńskim w rozwiązaniu zagadki zaginięcia ich córki – Zapadliska, chaszcze, stare rozpadające się rudery, dolinki z podmokłym terenem. Pełno tam różnego rodzaju gryzoni, a nocami także dzikich zwierząt. Miejsce paskudne, i nocą strach tamtędy przechodzić. Wprost idealne, aby pozbyć się zwłok.
Katowicka policja stwierdziła, że telefon komórkowy Ani logował się w Katowicach, w okolicy dworca kolejowego. Jej komórka była jeszcze aktywna do poniedziałku, do godziny 16. A potem zamilkła na zawsze.
– Jakby ktoś chciał zasugerować, że Ania gdzieś wyjechała pociągiem. Zięć jeszcze mówił, że na pewno Ania pojawi się za dwa dni, kiedy jej przejdzie złość. Ale ona nigdy się tak nie zachowywała.
Michalina Kaczyńska oświadczyła wtedy zięciowi, że jeżeli Ania nie pojawi się do poniedziałku, to ma zawiadomić kolegów z policji i zgłosić jej zaginięcie. Jednak Marek G. raz jeszcze zasugerował, aby nie robić pochopnego „zamieszania”, bo Ania na pewno wróci: Powtarzał to ciągle.
Kobieta martwiła się, że jej córce mogło przytrafić się jakieś nieszczęście. Mógł ktoś na nią napaść, albo w krzaki zaciągnąć. Po dwóch dniach oczekiwania, gdy Anna Garska jednak nie pojawiła się w domu, jej rodzice byli kompletnie załamani: – Niemal zmusiłam zięcia, aby zgłosił w końcu zaginięcie Ani. Marek był jakiś taki oporny. Przecież to chodziło o jego żonę! – Kaczyńska była zdziwiona reakcją zięcia.
Marek jakby się wstydził, opowiadać o zaginięciu Ani. Zachowywał się irracjonalnie wobec tego, co mogło spotkać jego żonę. Chociaż dobrze wiedział, jak postępować w podobnych przypadkach: – Najpierw powiadomił komisariat w Czeladzi, choć tam jest tylko komisariat, który podlega komendzie miejskiej policji w Będzinie. Dopiero potem zawiadomił komendę powiatową w Będzinie, zamiast komendę miejską, która była tą właściwą jednostką dla przyjmowania tego rodzaju zgłoszeń. Wyglądało to tak, jakby zięć chciał przedłużać całą sprawę – uważa Michalina Kaczyńska.
Policyjne poszukiwania ciągnęły się, przeszukiwano różne miejsca w Czeladzi, w tym oczka wodne. Nie sprawdzono natomiast, i nie zabezpieczono monitoringu działającego na osiedlu, na którym mieszkała Anna Garska.
– Od razu można było ustalić, czy wieczorem Ania opuściła budynek, czy też jest to kłamstwem – dodaje jej matka.
Dopiero na życzenie rodziców zaginionej, policja w Czeladzi przejrzała również monitoring pobliskiego klubu nocnego „Kenso”. Sprawdzano, czy nie pojawi się na nagraniu postać Anny.
– Kiedy policjanci z Czeladzi dość chaotycznie przeszukiwali zarośla, w rejonie gdzie mieszkała Ania, zadzwoniłam na policję. Wtedy usłyszałam od jednej z policjantek, abym się nie martwiła, bo pewnie córka wyjechała nad morze i wkrótce wróci.
Kobieta chciała porozmawiać z zięciem, aby jej wyjaśnił, co się naprawdę wydarzyło, odburknął: – Wszystko wyczytasz w aktach!
Mijały dni, tygodnie, miesiące, Anna Garska nie wracała, a śledztwo w jej sprawie jakby utknęło w martwym punkcie
Odciął się od żony
Marek G. wydawał się być zadowolony, że policja nie przykłada się zbytnio do poszukiwań Anny. To nie dziwiło zresztą jego kolegów, gdyż widzieli, jak kwitnie jego romans z koleżanką z pracy.
Kaczyńscy poszukiwali córki na własną rękę: – Zamieszczaliśmy ogłoszenia na portalach internetowych, rozwieszaliśmy plakaty z jej podobizną na ulicznych słupach.
Bardzo się zdziwili, gdy po kilku dniach zadzwonił do nich ktoś z dyrekcji MZGK w Czeladzi. Dowiedzieli się, że nie mogą rozwieszać plakatów na słupach, mimo że zaginęła im córka. Gdyż straż miejska otrzymała w tej sprawie kilka sygnałów od mieszkańców, zatem te plakaty muszą zdjąć ze słupów. Było to dla rodziny Kaczyńskich bolesne, że ludzie są tak bezduszni. Tym bardziej, gdy zobaczyli, że kilka plakatów ktoś sam zerwał, zgniótł i rzucił na ulicę.
Wkrótce okazało się również, że to Marek G. informował straż miejską w Czeladzi o „zaśmieceniu słupów jakimiś ulotkami o jakiejś zagubionej”. Może i on zrywał plakaty ze zdjęciem swojej żony.
Policjant coraz bardziej odcinał się od zaginionej Anny. Twierdził wręcz, że to ona ponosi winę za tę sytuację, bo go zdradziła i odeszła z kochankiem. W ten sposób zniechęcał również Dominikę do swojej matki. I opowiadał o tym wszystkim wkoło. Nie wszyscy brali to na poważnie. Ale rodzice Marka wierzyli we wszystko, co ich syn mówił o zaginionej żonie.
– Jego rodzice nigdy nie przepadali za naszą córką – wspomina Kaczyńska – Co gorsza, Marek, u którego przez cały czas przebywała Dominika, zaczął utrudniać nam widzenia z wnuczką. Kiedy przychodziłam pod drzwi przedszkola, mogłam tylko popatrzeć na nią. Gdy podchodziłam do niej bliżej, to zięć uciekał z dzieckiem.
Jak słyszę, zabronił też dyrekcji przedszkola, aby po dziewczynkę przychodzili jej dziadkowie od strony żony: – Tylko raz pozwolił mi potrzymać wnuczkę za rączkę.
Marek G. reagował nerwowo, gdy przy jakiejś okazji państwo Kaczyńscy wspomnieli, że mężem ich zaginionej córki jest policjant: – Wtedy on bardzo się zdenerwował i „za karę” kolejny raz ograniczył nam kontakty z wnuczką.
W końcu Kaczyńska całkiem straciła kontakt z wnuczką, i dopiero sądownie wywalczyła sobie prawo do spotkań z Dominiką.
 Zamieszanie z Rutkowskim
Poszukiwania Ani wciąż trwały, szukała jej rodzina a także fundacje Itaka i La Strada. O jej zaginięciu był materiał w telewizyjnym programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Przy poszukiwaniach Anny Garskiej korzystano też z pomocy Krzysztofa Jackowskiego. Jasnowidz w okolicach Sosnowca wyznaczył teren, na którym – według niego – mogło znajdować się ciało: – Dał nam trochę nadziei, przynajmniej na odnalezienie ciała córki, ale pomysł był w gruncie rzeczy chybiony. Jechaliśmy do Jackowskiego niepotrzebnie, jakieś 600 kilometrów. Człowiek jednak wszystkiego się chwyta.
Pojawił się również Krzysztof Rutkowski ze swymi ludźmi: – Narobił tylko zamieszania, ze mną się nie porozumiewał. Wszystko chciał pozałatwiać wyłącznie poprzez konferencje prasowe, nie bacząc na fakt, że nie o wszystkim powinny od razu wiedzieć media. Gdy go pytałam o konkrety, to nabierał wody w usta.
W czasie konferencji Rutkowski oświadczył, że ma swoje podejrzenia i kilka wersji, które trzeba sprawdzić. Według niego Ania być może została zwabiona, porwana, a może i zgwałcona. Potem jeszcze dodał, że zapewne wyjechała do Anglii, i ma na to dowody, bo ktoś z Londynu interesował się informacjami o zaginięciu Ani i w serwisach wyszukiwał o niej informacji. Nic innego go nie interesowało: – Kto wie, czy to może nie była właśnie sama Ania – padła sugestia.
Rutkowski te informację przekazał prokuraturze: – Ślad okazał się fałszywy – mówi Marta Zawada-Dybek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
– Nasza współpraca szybko się urwała, wydzwaniałam na trzy komórki Rutkowskiego. Bez skutku, nie odpowiadał – dodaje Michalina Kaczyńska
Potem sprawą zajęli się detektywi z katowickiej agencji „Cienia”.

– Chciałam porozmawiać z Markiem G., nawiązać z nim kontakt, żeby pomógł w poszukiwaniu swej żony – opowiada detektyw Mariola z firmy „Cień” Unikał jednak każdego spotkania, wymyślając, że nie może, albo nie ma czasu. Niemal za rękę go łapałam, by zaczekał choć chwilę, porozmawiał. Jednak on wtedy udawał, że nie wie, o co chodzi, i szybko się oddalał.– „Cień”, to zaprzeczenie Rutkowskiego – ocenia Kaczyńska – Policja potwierdzała to, co zbadali detektywi z tej firmy. Oni współpracowali ze sobą przy sprawie mojej córki.Coś wreszcie drgnęło, gdy śledztwo – w grudniu 2012 roku – przejęła Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach, jej Biuro Spraw Wewnętrznych, oraz prokuratura okręgowa.Wówczas pani Michalina usłyszała: – Zapewne nie będzie to szczęśliwy finał.Wtedy też po raz pierwszy przesłuchano policjantkę, kochankę Marka. Zaraz po tym zakończył się jej romans z mężem Anny Garskiej. Zerwała z nim wszelkie kontakty.

Gdzie zapalić znicz

Marek nie mógł jednak żyć bez kobiety. Kolejna zagościła w jego sercu, wprowadzając się również do jego mieszkania. Mąż Anny żył pełnią życia, zawsze uśmiechnięty. Po jej zaginięciu, ani razu nie zadzwonił pod numer swej żony. Jakby był pewien, że i tak nie odbierze.– Gdzieś ciągle wyjeżdżał, z kimś się spotykał, jakby nic się nie stało – wspomina Kaczyńska.We wrześniu 2013 roku, przy Stadionie Ludowym w Sosnowcu, Marek G. honorowo oddawał nawet krew i pochwalił się dziennikarzowi „Dziennika Zachodniego”, że oddaje krew od 1999 roku, i ma już na koncie parę litrów: – Po prostu, potrzeba niesienia pomocy – mówił wtedy.fot 2Na jednym ze zdjęć – opublikowanych w gazecie – stoi uśmiechnięty na tle autobusu-ambulansu, obok swej kochanki. Na jej rękach siedzi roześmiana Dominika. Marek G. nie wygląda na tych fotografiach na kogoś, kto rok wcześniej stracił bliską osobę.Próbował też chyba ułożyć sobie życie na nowo: – On chciał rozwieść się z naszą zaginioną córką – wspomina Kaczyńska – Nawet jego adwokat nie wiedział najpierw, o kogo chodzi. A, gdy podczas rozprawy okazało się, że żoną Marka jest zaginiona Ania, zażądał od swego klienta wyjaśnień.Rozwodu nie dostał, sąd sprawę oddalił.Nie oddaliła natomiast sprawy prokuratura ani Biuro Spaw Wewnętrznych katowickiej policji. Najpierw prokuratura prowadziła przeciwko Markowi G. śledztwo pod kątem nakłaniania żony do popełnienia samobójstwa. Potem pojawiły się inne wątki i kolejne dowody.W końcu Marka G. zatrzymali funkcjonariusze z Biura Spraw Wewnętrznych. Nastąpiło to 30 września tego roku. Był kompletnie zaskoczony. Na pewno nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.– Policjanci poczekali, aż kochanka Marka wyprowadzi Dominikę do przedszkola, i dopiero wtedy wkroczyli do akcji.

Kochanka zabrała potem swoje rzeczy i opuściła mieszkanie w Czeladzi, a Dominika trafiła do państwa Kaczyńskich: – Teraz rodzice Marka proszą o naszą zgodę na widzenie ze swą wnuczką – dodaje Michalina Kaczyńska I będą się z nią spotykali. Szkoda tylko, że oni nie byli tacy, gdy my chcieliśmy widywać się z Dominiką.

Dominika ogląda zdjęcia mamy w domu dziadków i stale pyta o nią: – I nie jest tak, jak wmawiał zięć, że Dominisia nie pyta o mamę. Pyta, kiedy mama wróci z pracy. Rysuje jej sylwetkę kredą w parku. I co ja mam powiedzieć dziecku? A co mam odpowiedzieć Dominice, gdy zapyta o tatusia?

– Co czuje pani do zięcia? – pytam.

– A co można czuć do kogoś, kto jest oskarżony o zabicie mojej córki. Nienawiść? Może. Nie przypuszczałam, że to może być mój zięć. Chciałam choć zapalić znicz na jej grobie, oddać cześć Ani. Cokolwiek się stało, to on przyczynił się do tego – Michalina Kaczyńska wie, że córki już nigdy nie zobaczy.

– Zgromadziliśmy na tyle mocną ilość dowodów przeciwko Markowi G., że mogliśmy postawić mu zarzut zabójstwa – dodaje rzecznik prasowy katowickiej prokuratury okręgowej – Oraz nakłaniania do składania fałszywych zeznań.

Marek G. nie przyznał się do postawionych mu zarzutów i odmówił składania wyjaśnień, a Sąd Rejonowy Katowice-Wschód, na wniosek Prokuratury Okręgowej, osadził go tymczasowo na dwa miesiące w areszcie, aby na wolności nie miał wpływu na postępowanie sprawy, oraz ze względu na surowość grożącej mu kary: – Grozi mu od 15 lat pozbawienia wolności do dożywocia – dodaje rzecznik prokuratury.

Marek G. złożył zażalenie na tymczasowe aresztowanie, Sąd Rejonowy Katowice – Wschód jednak je odrzucił.

Z mieszkania Marka i Ani zniknęła jedna duża waliza: – Może w niej wyniósł ciało córki? – sugeruje załamany Janusz Kaczyński.

Michalina Kaczyńska – do momentu zatrzymania Marka G. – łudziła się, że to nie on zabił Anię, że dopóki nie znajdą się kości córki, to jest nadzieja: – Teraz tylko to od jego dobrej woli będzie zależeć, czy wskaże miejsce, w którym leży ciało Ani.

Na drugi dzień po zatrzymaniu, Marek G. został przez komendanta sosnowieckiej policji usunięty z jej szeregów.

– Jego rodzice będą go mogli przynajmniej oglądać za kratami, ja córkę straciłam. Nawet nie mam gdzie, zapalić jej znicza.

Roman Roessler

2 KOMENTARZE

  1. Smutne, przykre, współczuję 🙁 Gdy patrzę na to zdjęcie z 2013 r. sprzed Stadionu Ludowego widzę człowieka szczęśliwego, pełnego życia. Przykre 🙁

ZOSTAW ODPOWIEDŹ