Autor z matką Wandą Rosińską

Publikujemy pierwszą część wspomnień Zbigniewa Rosińskiego. Historia jego życia zaczęła się w 1934 roku w Gdyni, a obfitujące w tragiczne wydarzenia dzieciństwo przypadło na lata wojny i okupacji. Los sprawił, że bohater tej opowieści trafił do Sochaczewa, i z nim związał swoje życie.

Moja matka, Wanda Sikora urodziła się w 1912 roku w Kopytkowie Gniewskim koło Gniewu na Kaszubach. Ojciec,  Bronisław Rosiński przyszedł na świat w 1910 roku w Michałówku koło Warszawy. Tata został wcielony do Marynarki Wojennej w Gdyni, gdzie pozostał zawodowo. Jeżdżąc na różne kursy szkoleniowe do Elbląga i Grudziądza, poznał w Grudziądzu moją mamę, która pracowała w kasynie wojskowym. Po zawarciu małżeństwa zamieszkali razem na terenie jednostki marynarki wojennej w Gdyni – Oksywiu.

Urodziłem się w Gdyni – Oksywiu 2 czerwca 1934 roku. Do 1936 roku mieszkaliśmy w Gdyni. W związku z rozbudową rejonu umocnień Helu, przeniesiono ojca z rodziną na Hel. Początkowo mieszkaliśmy w Hel – Bór. A potem w samym Helu przy ulicy Wiejskiej. Ojciec pracował w Marynarce Wojennej. Mama  też pracowała w wojskowości. Przez to wywiad niemiecki – działający na terenie Pomorza przed 1939 rokiem – wciągnął oboje rodziców na tzw. „czarną listę”.

Wojenny koszmar

W czasie rozpoczęcia napaści hitlerowców na Hel, mój ojciec został powołany do obrony Helu. Pływał na okręcie„Gryf” – stawiaczu min. Natomiast ja i moja mama – podobnie jak  część mieszkańców Helu, którzy nie zdążyli na czas opuścić półwyspu – przeżywaliśmy gehennę obrony Helu.

Po kapitulacji Helu do nadbrzeża portowego przypłynęły niemieckie okręty. Na okręty załadowano marynarzy, jeńców wojennych i pozostałych cywili i odwieziono nas do portu  w Gdyni. W porcie w Gdyni następowała selekcja. Gestapowcy mieli już przygotowane listy zawierające informacje o każdym  z Polaków. Marynarzy i jeńców wojennych kierowali do obozu  w Stutthof, część cywili wywozili na zagładę do lasów w Piaśnicy, część chwilowo do Gdyni. Ja z mamą mieliśmy szczęście, bo Niemcy nas puścili. Natomiast ojca wywieźli do obozu  w Stutthof.

 Nie mieliśmy gdzie się podziać, więc mama pojechała ze mną do swojej mamy, do Nowego Miasta nad Wisłą, niedaleko Gdańska. Tam zastaliśmy wszystko spalone i zniszczone. Zamieszkaliśmy wraz z rodzeństwem mamy na strychu spalonego domu. Mama, chcąc uzyskać jakieś wiadomości o ojcu, jeździła do Gdyni i Gdańska. Pewnego  dnia dowiedziała się, że ojciec zmarł na serce (taką przyczynę zgonu podawali Niemcy rodzinom pomordowanych). Dowiedziała się, że umarłych oraz zabitych mają w nocy przywieźć do Gdańska na Zaspę i tam ich zakopać. Dopóki Niemcy nie wybudowali na terenie obozu Stutthof krematorium do palenia zwłok pomordowanych, to ciała pomordowanych przewożono samochodami do Gdańska na Zaspę i tam ich zakopywano.

Więc mama wzięła mnie i swoją kuzynkę,  i wieczorem pojechaliśmy do Gdańska. To, co tam zobaczyłem  tej nocy jako małe dziecko, będę miał w pamięci aż do samej śmierci. Otóż mama z kuzynką weszły za murowany płot do środka, a mnie zostawiły przy furtce koło bramy. Nadjechało kilka samochodów typu „chłodnia”, zatrzymały się koło wykopanego rowu, po chwili zauważyłem kilkunastu księży,  może zakonników – nie wiem dokładnie, kim byli – mieli obok siebie coś podobnego do kasty murarskiej do noszenia wapna. Podchodzili oni do samochodu, a po otwarciu drzwi ładowali do tych kast półżywych i umarłych ludzi. Donosili ciała do wykopanego rowu i wrzucali do środka. Jak się później dowiedziałem od matki, to do tych samochodów „chłodni”, gdzie wewnątrz siedzieli żywi więźniowie, Niemcy zamontowali rury wydechowe samochodów. Po przejechaniu około 40 kilometrów ze Stutthof na Zaspę, ludzie ci zostali zagazowani spalinami, a później na pół martwych zakopywano ich. Nie wiadomo mi do dziś, czy wśród zamordowanych był mój ojciec.

Zostałem sam na świecie

U babci w Nowym Mieście nie mieliśmy jak żyć, nie było gdzie spać, gdyż wszystko było spalone w czasie wojny. Więc mama zabrała mnie i pojechaliśmy do Gdyni z tą  myślą, że wrócimy na Hel.

Po kilku dniach popłynęliśmy z mamą okrętem na Hel do naszego mieszkania.  Do mieszkania już nas nie wpuszczono, gdyż znajdowali się tam Niemcy. Pamiętam, że jeden z Niemców spojrzał na mnie, jak płakałem, zawołał mnie i zdjął ze ściany portret mojego ojca i mi go wręczył. To było wszystko, co z  dorobku moich rodziców zostało mi dane. A na dodatek moja mama otrzymała zakaz wstępu na Hel.

Po przyjeździe do Gdyni chwilowo zatrzymaliśmy się u mamy brata. Ale ze względu, że mama była na „czarnej liście”, baliśmy się tam zostać.  W końcu zamieszkaliśmy z mamą w starym baraku do rozbiórki   na Grabówku w Gdyni. Mieliśmy ciężkie warunki, mama nie miała pracy, bo ludzi wpisanych na „czarną listę” Niemcy prześladowali. Wreszcie najęła się do Niemca do pracy przy sprzątaniu mieszkania.

Była mroźna zima, nie mieliśmy czym palić, jako opał mama przynosiła w worku pudełka  po papierosach i różne śmieci. Do tego jeszcze musiała meldować się na gestapo. Więc zapadła na zdrowiu. Któregoś wieczoru nie przyszła do domu, więc pobiegłem do mamy brata i powiedziałem, że mama nie wróciła do domu. A on skontaktował się z tymi Niemcami, u których mama pracowała, ci powiedzieli, że mama źle się czuła i wyszła. Brat bał się dopytywać o mamę Niemców, bo sam był zanotowany na liście. Powiedział mi, żebym sam poszedł do szpitala i dowiedział się, czy jest tam moja mama. Rano poszedłem do szpitala i zapytałem, czy jest tu moja mama, Wanda Rosińska. O coś mnie wypytywali, powiedzieli, że jest,  ale jest bardzo chora, i żebym przyszedł wieczorem. A do siebie mówili po niemiecku, że Wanda Rosińska „gestorben”, znaczy, że umarła. Ponieważ ja rozumiałem po niemiecku, rozpłakałem się i pobiegłem do ciotki, u której przedtem chwilowo mieszkaliśmy i powiedziałem, co usłyszałem.

Było to 11 lutego 1941 roku. Zapamiętałem dobrze pogrzeb mojej mamy. Gdy z kostnicy szpitalnej na Placu Kaszubskim w Gdyni wieziono wozem na cmentarz w Witominie trumnę, a raczej  zbite z desek koryto. A za trumną  szedłem ja, ksiądz i jedna z ciotek – bratowa mojej mamy. Zostało mi w pamięci, jak ksiądz płakał nade mną. Mamę pochowano blisko bramy głównej cmentarza, i nie zrobiono jej nawet mogiły. Jak się później dowiedziałem od rodziny, brat mojej mamy, który był ścigany przez gestapo, jakby przeczuł sytuację, że miejsce pochówku może być zapomniane, posadził w tym miejscu gałązkę brzozy. A po niedługim czasie sam wpadł w ręce gestapo i zamordowano go w Piaśnicy.

Wychowała mnie ulica

Po śmierci matki Niemcy spalili ten barak, w którym mieszkaliśmy. Ja chwilowo przebywałem u bratowej mamy. Ale ponieważ gestapo było zainteresowane rodziną mojej matki, ciotka wygoniła mnie do innej ciotki,  a ta też się mnie pozbyła. Więc, nie mając gdzie się podziać, wróciłem na Grabówek, tam, gdzie kiedyś mieszkałem z mamą. Tylko że nie było już tego baraku. Ale za to była fabryka marmolady, na placu stało pełno drewnianych beczek po marmoladzie. Ułożyłem z tych beczek szałas i tam spałem. Nie rozbierałem się do spania i nie myłem, bo nie miałem warunków (była sroga zima). A jedzenie? Pamiętam, jak skrobałem beczki z resztek marmolady.

Niedaleko znajdowała się stacja kolejowa Gdynia Grabówek, na tej stacji zatrzymywały się pociągi wiozące wojska niemieckie na front. I na tej stacji pociągi miały dłuższe postoje. Wykorzystywałem to i chodziłem do żołnierzy niemieckich żebrać o jedzenie. Ponieważ rozumiałem po niemiecku i do tego miałem niemiecką marynarską czapkę z napisem „Kriegsmarine” i ubranko podobne do marynarskiego, bo mama zawsze ubierała mnie po marynarsku, więc niektórzy żołnierze dawali mi chleb a nieraz nawet słodycze. Byli i tacy, co zamknęli mnie  w śmietniku i później fotografowali. Musiałem ich błagać, żeby mnie wypuścili. Ale w tych warunkach dłużej bym nie przeżył, bo nie dość, że niewyspanie, zimno i głód,  to jeszcze zaczęły mnie nękać wszelkie choroby, a na koniec też i wszy. Ale ja chciałem żyć, choć chowałem się sam, ponieważ wychowywała mnie ulica.

Jako małe dziecko bardzo prosiłem o to Matkę Boską, i do dziś się do niej wciąż modlę.  I otóż pewnej nocy stał się cud. Gdy w nocy spałem, obsunęły się beczki, w których spałem, szałas się rozprysnął i był straszny huk. Na szczęście przejeżdżał na motorze patrol policji wojskowej. Zatrzymał się i żołnierze zobaczyli mnie między beczkami. Obejrzeli mnie, wypytali, wsadzili do kosza motoru i zawieźli na ulicę Szkolną, gdzie mieściło się Hitlerjugend. I tam mnie zostawili. To mnie uratowało. Choć byłem Polakiem, ale znałem trochę język niemiecki,  byłem dzieckiem, więc nadawałem się na przerobienie na hitlerowca. W Hitlerjungend porobiono mi badania, zaleczono choroby i ubrano. Wpajali w nas, że gdy Hitler zwycięży świat, to my będziemy rasą panów. Co rano modliliśmy się do Hitlera, uczyliśmy się języka niemieckiego i niemieckich piosenek.

W pewnym sensie miałem tam dobrze. W całym ośrodku, w którym się wychowywałem byli tylko Niemcy, volksdeutsche i reichdeutsche. Ja tylko byłem Polakiem. Z takimi określeniami jak „polnisch bandit”, „polnisch schwein” stale się spotykałem. A do tego pamiętałem, że oni zamordowali mi ojca i matkę. Przed oczami miałem obraz jeńców i marynarzy żywcem grzebanych na Zaspie, cywilów rozstrzelanych w Piaśnicy. Ogarnął mnie bunt i uciekłem od Niemców.

Wkrótce mój los miał zaprowadzić mnie do Sochaczewa. Ale o tym wkrótce

Zbigniew Rosiński