Co ma „szuwarek” do „breloka” czyli o niuansach gliniarskiego języka

0

Każda branża ma swój język. Ale, przykro to przyznać, najczęściej są to zwroty żywcem wycięte z angielskiego, zaopatrzone czasami w polskie końcówki. Nuda. Tym bardziej cieszą chwalebne wyjątki. Takie jak slang, jakim posługują się na co dzień stróże prawa.

– Ech, znów mi się „szuwarek” trafił – powie zmęczony gliniarz po dyżurze do kolegi.
– Ja poprzednio miałem „breloka” – odpowie ten drugi. Pierwszy z nich musiał taplać się w bajorze, albo kanałku odpływowym czy też brodzić w rzece, aby wyciągnąć topielca z nurtów wodnych. Jeśli miał szczęście, to tylko z wanny. Drugi zaś odcinał wisielca z gałęzi, żyrandola, lub klamki. Później następują żmudne oględziny i oczekiwanie na „wesoły autobus”, czyli karawan z firmy pogrzebowej, która zawiezie zwłoki do „zimnego chirurga” tudzież do „lekarza ostatniego kontaktu“, aby poddać je sekcji.

Ruchacze z suszarkami

Gliniarska sztampa, to „pieczarki” lub „ruchacze” z wydziału ruchu drogowego „suszarkami” namierzający „mistrzów kierownicy” najczęściej jadących na „podwójnym gazie”. Każdy wie, kim są „krawężniki” podczas patrolu „szlifujące bruki“. Nudę patrolu może przerwać „familiada”, czyli rodzinne nieporozumienie, czasem przeradzające się w „nielegalny ubój domowy“ – jeśli ktoś nie przeżył siły argumentów adwersarza. Wiejską odmianą „familiady” jest „siekierezada”, gdy podczas interwencji siekiery fruwają gęściej, niż wróbel nad ścierniskiem. Wtedy aż się prosi aby sięgnąć o gumę, rabarbar albo blondynkę i zaprowadzić porządek.
Czasem trafi się jakiś „leżak” albo „meloman” słuchający płyt chodnikowych. Wówczas trzeba podnieść i „nadać mu kierunek“ – jeśli jest w stanie samodzielnie iść, najlepiej do domu. Jeżeli nie, to pozostaje zabrać delikwenta „na wytrzeźwiałkę”, „do żłobka, „izby lordów” albo do „Cioci Kolskiej”. Odwiedzić „ciocię Kolską” można jednak tylko w Warszawie, gdyż przy ulicy Kolskiej mieści się Izba Wytrzeźwień. Przedtem dobrze jest jednak „wrzucić gościa na bęben“, aby sprawdzić, czy jest poszukiwany. Jeśli nie, to wtedy „gliniarz” usłyszy od dyżurnego sakramentalne „pudło”. Słyszałem kiedyś, że świeżo upieczony „postronkowy”, gdy usłyszał od dyżurnego sakramentalne „pudło”, to „zapudłował” niewinnego, acz pijanego delikwenta. Zrobił błąd, bo „pudło” nie oznacza w tym przypadku aresztu, a niecelny strzał, co sarkastycznie podkreślają dyżurni. I nie można ich za bardzo wkurzać, bo zacznie taki „sypać interwencjami”, niczym Zeus gromami, a wtedy masz przerąbane, bo nie zdążysz wszystkiego obrobić. A tak spokojnie sunąć będziesz w „radioli” czekając z utęsknieniem na „gwizdek” oznaczający „odbój”, czyli koniec „szychty“.

Chlastanie szmatą

Senność i spokój przerywa brzęk wybijanej szyby. Znak, że łupem złodzieja padła „skwara“, czyli radio, albo ktoś komuś „wbił na kwadrat“, czyli do mieszkania i usiłuje umknąć w noc z „manelami”. Wtedy rusza pościg. „Krawężniki” z „dwusuwu pieszego” „strzelają z kamasza” – biegnąc z tupotem, a ci, co wozili cztery litery w „rajdowozie” odpalają migoczące na niebiesko i wyjące jak dusze potępione „bulaje”, „koguty” czy też „bomby”. Gdy już dopadłeś zbiega trzeba „zglebić go”, czyli sprawić, aby przytulił się do matki ziemi, po czym go sprawnie „zaobrączkować”, nie zapominając o „chlaśnięciu szmatą po oczach” zatrzymanemu, aby wiedział, z kim się buja i nie „startował zanadto z łapami“. „Chlaśnięcie” ewentualnie „wyskoczenie ze szmaty” w trakcie zatrzymania jest istotne dla „tajniaków” czy „wywiadowców, którzy działają „w cywilkach” a nie w mundurach.
Dlatego trzeba zawsze okazać legitymację służbową, tak, aby nie było żadnych wątpliwości. Szczególnie bardziej krewcy policjanci muszą uważać, aby podczas okazywania legitymacji nie odbił się jej numer służbowy na czole petenta. Wtedy podczas „dnia skarżypyty” skarga murowana i związane z jej wyjaśnianiem kłopoty.

Obrabianie na fabryce

Czasem jednak trafi się jakiś „zbój”. „Zbója” koniecznie trzeba „pojmać”, szczególnie jeśli „rozbojuje” z „przedłużaczem“, albo z „przedłużeniem ręki” czyli z bronią albo innym niebezpiecznym narzędziem. W dawnym Kodeksie Karnym rozbój opisywał artykuł 210, dlatego na „zbójów” mówi się czasem „dziesioniarze”. Ale na „zbójów” polują najczęściej „tajniacy”, czając się na „zaczajkach”. Tkwią w „wozach” albo „na patykach”, czyli przejdą pieszo, jeśli sytuacja tego wymaga. Trzeba uważać, bo delikwent może być mocno „elektryczny”, czyli czujny jak ważka, zorientuje się, co się dzieje i „da w długą”, czyli zniknie z pola widzenia i szukaj wtedy wiatru w polu.
Ale w końcu następuje „atak”, czyli zatrzymanie. W „atakach” specjalizują się „kominiarze”, albo „antki”, czyli policjanci z poddziałów antyterrorystycznych. Uwielbiają wchodzić „na rympał”, czyli razem z drzwiami. Jak już pojmali „jeńca” to mkną z nim „na obróbkę” do „fabryki”. Na miejscu, na komendzie, delikwent zostaje przesłuchany. Później zamyka się go na „cztery osiem” w „chlewiku” czy też w „przejściówce“, gdzie oczekuje na swą kolejkę, zanim trafi przed prokuratorskie oblicze. A „prorok” już mu „przyklepie” zarzuty i przepowie, ile lat biedny „zbrodzień” będzie miał „wyrwane z życiorysu”, jak trafi przed sąd. Żeby jednak przedwcześnie ptaszyna nie uleciała przed procesem, „prorok wsadza go na sanie”, a jak i sąd przychyli się do wniosku o sankcje, wtedy „trzy miechy” w areszcie „na dechach” są jak w banku, albo i dłużej w oczekiwaniu na proces. A gliniarze obrabiają „papierologię”, albo „toną w kwitach” gromadząc materiały do śledztwa, czyli „biorą gościa w okładki“. A akta „puchną”. Czasem jednak „pacjent” weźmie dobrego „papugę” lub „najmimordę”. A dobry adwokat może wybronić delikwenta, a ten znów pomknie na wolność. Dlatego „gliny” stale i wciąż „szlifują bruki” i „przeczesują meliny”, a tajniacy spotykają się w podrzędnych knajpach ze swoimi „ucholami”, aby uzyskać „dobre info” dające możliwość następnego „ataku”.

Piotr Pochuro Matysiak

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ