CICHA ZBRODNI NOC

0
157

Chyba żadna zbrodnia czysto kryminalna tak mocno nie wstrząsnęła społeczeństwem PRL-u, jak właśnie ta, choć zginęły „tylko” 3 osoby. podczas gdy banda Trojanki z Augustowa zabiła 9, Zakrzewscy w Rzepinie 5 za jednym zamachem, a i każdy „wampir” ze Śląska mail na koncie więcej ofiar.

Na taki oddźwięk trzeba było jednak poczekać. Spaprane od początku śledztwo musiało dopiero ruszyć z kopyta, aby z czasem do opinii publicznej doszły nieprawdopodobne wręcz okoliczności zbrodni. Zacznijmy od podstawowych.
Czas: noc wigilijna Bożego Narodzenia 1976 roku. Podczas trwania pasterki i po niej, ale nie na samym nabożeństwie.
Miejsce: szosa w kierunku wsi Zrębin, niedaleko od kościoła w Połańcu k/Sandomierza.
Narzędzia zbrodni: niebieski autobus autosan, taksówka polski fiat 125p, klucz do kół. Narzędzia dyscyplinujące świadków zbrodni: agrafka, świece, różaniec, obrazki święte, kartki papieru, anonimy, szeptanka, groźby bezpośrednie i pośrednie, zwitki banknotów.
Świadkowie: około trzydziestu. Kobiety i mężczyźni w różnym wieku, przeważnie mieszkańcy okolicznych wsi. Przeważnie krzywoprzysięzcy. Jeden sprawiedliwy. Nastolatek.
Ofiary: 18-letnia Krystyna Łukaszek, z domu Kalita (to ważne), w piątym miesiącu ciąży; tym samym można mówić o czterech ofiarach. 25-letni Stanisław Łukaszek, mąż Krystyny, syn małżonków Rojów (też ważne). 13-letni Miecio Kalita, brat Krystyny.
Powód: Bezpośredni to kradzież (lub rzekoma kradzież) wędliny i mięsa podczas wesela Krysi ze Staszkiem. Ale to może pretekst?
Sprawcy: w zamierzeniu morderców mieli to być „obcy”. Jacyś ludzie z zewnątrz, którzy przejechali wracającą z pasterki trójkę, a także zgwałcili (ranną? martwą?) Krystynę. Długo utrzymywała się ta legenda, umiejętnie suflerowana i podsycana przez prawdziwych zabójców oraz ich rodziny. W rzeczywistości dział się koszmar godny pióra Wiliama Szekspira. I reportera Wiesława Łuki.

Z zabawy do więzienia

Koszmar nie wziął się znikąd, być może jego korzenie sięgają początków Polski Ludowej. W drugiej połowie lat czterdziestych minionego wieku Jan Roj, dziadek zamordowanych Krysi i Miecia, zaprowadzał w tych stronach nowe porządki: zawiązał pepeerowską organizację (PPR – Polska Partia Robotnicza, protoplastka PZPR), uczył ludzi obchodzić 1 Maja i w ogóle był bardzo partyjny oraz postępowy, zaś w owym dziele niezłomny do tego stopnia, że wkurzał nawet własną rodzinę, co do dopiero okolicznych.
W dodatku stało się tak, że młody podówczas Roj wziął czynny udział w aresztowaniu jeszcze młodszego Jana Sojdy (rocznik 1928), który nie stawił się gdzie powinien w celu odbycia kary za gwałt na pasterce krów; skądinąd dziwny był to wyrok: raptem 8 miesięcy do odsiadki.
Sojda nie czuł się winien, bo – jak twierdził – wtedy jeszcze w krótkich spodenkach chadzał. Wiadomo przy tym, że wyroki niestraszne polskiemu chłopu, choćby po niego przyjechało i trzech milicjantów, a właśnie tylu przyjechało. W dodatku trwała wiejska zabawa, a na wiejskiej zabawie żartów tym bardziej nie było i nie ma. Więc raczej nici by wyszły z aresztowania, gdyby nie dziadek Roj, który z partyjnego pistoletu oddał strzały. Wprawdzie w powietrze oddał, ale na znak, że z kim jak z kim, ale z nim żartów w podobnych okolicznościach nie ma. No i Sojda poszedł do mamra. Czy tak zostało posiane ziarno nienawiści?
Doszło też do innych dziwnych zdarzeń. Oto na podwórku Jana Sojdy ginie, zastrzelony z jego karabinu („od wojny go miałem”), 11-letni syn Jana Roja. Podobno niechcący – bo do psa celował – zastrzelił go kolega Sojdy, skazany za to na niewielką karę. Wkrótce kolega zginął w wypadku drogowym.
Mijały kolejne lata, podczas których akcje dziadka Roja szły w dół, natomiast Jana Sojdy rosły. Dość powiedzieć, że pan Jan był stawiany za wzór przodującego rolnika – w opozycji do ogółu konserwatywnego prostactwa – bo w lot chwytał agrotechniczne nowinki i w rezultacie stał się jedynym w Zrębinie właścicielem nie tylko traktora, którego sąsiadom nie skąpił, ale i telefonu. Traktora wprawdzie użyczał tylko na odrobek, jednak miły też być potrafił.
Niemiły również. Na przykład kiedy nabrał podejrzeń, że pies sąsiada kurę mu zeżarł, a sąsiad jakby nigdy nic, to podejrzanego psa złapał, powiesił, wybebeszył i kurę wydobył. Niemiłe cechy nie przeszkadzały widać w urozmaiconej karierze, skoro i za wiejskiego dentystę robił, i w urzędach pomagał, i – co najważniejsze – nawet ławnikiem został. To zyskało mu opinię człowieka uczonego w prawie, który i wiedzą obcą prostemu ludowi, i znajomościami w sądach, milicji tudzież prokuraturze podeprze każdą sprawę, na jakiej mu zależy.
Rosła więc w okolicy sława oraz znaczenie Jana Sojdy, niekoronowanego „króla Zrębina”, a wraz ze wzrostem – także jego pycha. Zaś od urażonej pychy jeden krok do zemsty.

Wyplenić Kalitowe plemię!

O nieszczęsnym weselu Krysi Łukaszkówny ze Staszkiem Kalitą wypada teraz napisać coś więcej. Domów weselnych wtedy nie znano, więc gości – bodaj ze dwie setki – podjęto na przyjęciu w gospodarstwie. Sympatyczna wiejska tradycja nakazywała, by sąsiedzi w takich przypadkach podpierali weselnych sąsiadów czynem pomocniczym (choć niekoniecznie społecznym), zwłaszcza w kuchennych okolicznościach. Tak było i tym razem.
Między innymi siostra Jan Sojdy a żona Józefa Adasia (rocznik 1942) donosiła mięsa i wędliny z kuchni na stoły biesiadne. I oto masarz najęty do tychże wędlin uczula gospodarzy wesela, że chyba więcej wydaje z kuchni, niźli trafia na owe stoły. I coś za często Adasiowa przychodzi do kuchni po nowe i nowe… Zdzisława Kalita, matka Krystyny i Miecia, zwraca uwagę Adasiowej (z domu Sojda). Ta się obraża. Potem były jakieś próby pogodzenia, ale i dalsze swary między paniami, choćby o zastawę stołową, po czym dotknięty do żywego Jan Sojda uznaje, że: – Trzeba wyplenić Kalitowe plemię.
Nie sposób stwierdzić, kiedy, na ile wcześniej i czy sam wymyślił Sojda plan eksterminacji plemienia Kalitów. Po pewnym czasie okazało się natomiast, jak wyglądało jego wykonanie.

Taksówką na głowę dziecka

Wybrał noc wigilijną, noc pasterki, na którą tradycyjnie chadzali mieszkańcy Zrębin i pobliskich wiosek. W myśl nowszej tradycji część z nich umilała sobie kościelną nudę kielichem wypitym w urządzonym ad hoc barobusie, czyli poczciwym skądinąd, niebieskim autobusie marki autosan, zaparkowanym obok kościoła, a na co dzień wożącym pasażerów Państwowej Komunikacji Samochodowej, czyli PKS.
Jak zwykle w takich przypadkach, niezbyt już mobilnym pasażerom barobusu zabrakło wódki, i jak zwykle w takich okolicznościach padło hasło uzupełnienia braków na melinie, trochę odległej niestety. Przecież jednak jako pogotowie ratunkowe doskonale nadawał się autosan. Pod nieobecność regularnego kierowcy z PKS, szoferem postanowił zostać sam Józef Adaś (przypominam: szwagier Jana Sojdy). Podobno autobus najpierw nie chciał słuchać złodzieja, ale w końcu zapalił. Kiedy jednak Adaś ruszył, to nie po wódkę.
Wcześniej Jan Sojda kazał swej bliskiej krewniaczce Krysi Łukaszek wyciągnąć ją, Staszka i Miecia z pasterki pod jakimś pretekstem – i tak się stało. Kiedy młodzi Łukaszkowie zorientowali się, że nic tu po nich, ruszyli szosą do domu. A później pasażerowie autosana nie chcieli wierzyć własnym, nie zawsze trzeźwym, oczom. W świetle swych reflektorów ciężki pojazd został skierowany na idącą szosą trójkę.
Potrącona Krysia uciekła w pole. Tam ją dopadli i tłukli kluczem do autobusowych kół. Staszek próbował się podnieść i ratować żonę. Dobili. Miecio jęczał na szosie i wołał mamę. Na jego głowę najechał swą taksówką, fiatem 125p, drugi ze szwagrów Sojdy: Jan Socha (rocznik 1948). Następnie zbrodniarze wrzucili ciała do autobusu, powieźli półtora kilometra dalej, małżonków ułożyli w rowie, gdzie Adaś najechał no nich kołami autobusu, aby upozorować wypadek drogowy. Aby jednocześnie podrzucić śledczym motyw gwałtu, odpowiednio (we własnym mniemaniu, bo nieudolnie) spreparowali odzież Krystyny.
– Widziałem kilka śmiertelnych wypadków drogowych, ale nigdy takiego, z którego by wynikało, że pojazd wlókł osobę potrąconą to w tę, to w tamtą. A tak wynikało z ułożenia ciała ofiary, jej kożucha podciągniętego w jedną, a majtek w drugą stronę – zeznał kapral milicji wezwany krytycznej nocy do rzekomego wypadku.
– Nigdy w swej karierze nie zetknąłem się z usiłowaniem zgwałcenia ofiary przez samochód, który ją przejechał – sarkastycznie stwierdzi później biegły sądowy. Ale to dopiero później, znacznie później. Tymczasem wróćmy do tego, co nastąpiło po nocy zbrodni .

Cyrograf spod agrafki

O najstraszniejszym już było, teraz będzie o najdziwniejszym, choć chwilami równie obrzydliwym.
Gdy przeznaczona do wyplenienia trójka została już przez morderców potraktowana w sposób ostateczny, drzwi autobusu zaryglowała masywna sylwetka Stanisława Kulpińskiego (rocznik 1948), innego szwagra Sojdy: – Jeśli nikt nie chce podzielić ich losu, to niech siedzi na miejscu i cicho.
Zatem kilkunastu mężczyzn potulnie siedziało cicho. Po czym komendę objął sam Jan Sojda.
– Świadkowie – oznajmił – zostaną autobusem odwiezieni z powrotem, aby zapewnić sobie alibi udziałem w końcówce nabożeństwa.
Przedtem jednak musieli dopełnić uroczystego aktu. Przysięgi milczenia. Wszyscy klękali przed Sojdą, i podawali mu palec, który ten nakłuwał agrafką, krew rozmazywał na kartce papieru, dawał do ucałowania krzyżyk i odbierał przysięgę milczenia. Taka omerta na miarę Zrębina i jego dzielnych mieszkańców…
Oczywiście, jeszcze tej samej nocy na miejsce wypadku przybyła milicja i wszczęła postępowanie (że użyję milicyjnego żargonu) w kierunku wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. A za nią prokuratura. Obiekcje kaprala MO zlekceważono. Nie zostało – i chyba nigdy nie zostanie – wyjaśnione, czy Sojda miał tak długie ręce, czy zadziałały inne przyczyny, dość że śledztwo przez kilka miesięcy bezsensownie kręciło się właśnie wokół wypadku. Na domiar złego sekcję zwłok wykonał w sposób żałosny lekarz, który nie miał uprawnień do wykonywania takich czynności dla organów ścigania i sądów, zaś główne narzędzie zbrodni, czyli autobus, „województwo” oddało do kasacji. Mimo że (zdaniem kierowców z PKS) bez żadnych problemów mógł jeszcze długo służyć pasażerom.
Tymczasem Jan Sojda nie zasypiał gruszek w popiele. On i jego ludzie i teraz, i później uwijali się wokół świadków tragedii. Temu znienacka przyłożyli nóż do gardła z dobrą radą, żeby siedział cicho, tamtemu czy tamtej przy okazji udzielania rady wkładali coś do kieszeni. „Coś” okazywało się zwitkiem banknotów: 5 tysięcy (równowartość znakomitej pensji z dodatkami typu premia), 10 tysięcy złotych. Reporter Janusz Klich ocenia w swej „Paradzie złoczyńców” (Jota, Rzeszów 2006), że w sumie poszło na przekupstwa jakieś 400 tysięcy, sąd że tylko ponad 200 tysięcy, ale ile ponad?
A dla najważniejszych świadków oprócz profanum było i sacrum. Sojda pojechał mianowicie do Częstochowy, skąd wrócił w aureoli oczyszczenia, z poświęconymi na Jasnej Górze medalikami koloru żółtego.
W domu miejscowego ormowca (ORMO to skrót powszechnie znienawidzonej Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, zwanej bijącym sercem partii; zresztą z pozostałej trójki zbrodniarzy dwóch należało do PZPR, a trzeci do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polski – przybudówki partii) Sojda urządził powtórkę przysięgi z autosana, a w nagrodę każdego z krzywoprzysięzców obdarował jasnogórskim medalikiem.

Zamordowałeś mi kolegę!

Może te wszystkie gusła, zaklęcia i łapówki odniosłyby pożądany skutek, gdyby nie przytomność umysłu pewnego milicyjnego tajniaka (bodaj nowego w sprawie), który skojarzył dawny okrzyk małoletniego Stasia z wigilijną zbrodnią. Ów Staś, który był na pasterce i widział zbrodnię, wkrótce po niej krzyczał pod oknami Jan Sojdy: – Bandyto! Zamordowałeś mi kolegę!
Chodziło o małego Miecia Kalitę, z którym się przyjaźnił. To był ten jedyny sprawiedliwy, choć sprawiedliwość trzeba też oddać ojcu Stasia, który nie wzbraniał synowi mówienia prawdy, a nawet to pochwalał. Obaj marnie skończyli. Ojciec, być może zaszczuty przez część (łatwo odgadnąć, którą) wsi, wkrótce powiesił się we własnym domu. Stasio się rozpił i już jako Stanisław S. zakończył życie w pobliskiej, płytkiej rzeczce; w tę śmierć bez pomocy innych nigdy nie uwierzy jego matka.
Wreszcie nastąpiły przesłuchania na serio i we właściwej sprawie. Mordercy szli w zaparte, ale część świadków się złamała i zaczęła zeznawać, jak naprawdę było. Wśród nich nawet jeden ze szwagrów Sojdy. Prokuratura sporządziła akt oskarżenia, przed Sądem Wojewódzkim miała zacząć się rozprawa przeciwko Sojdzie, Adasiowi, Kulpińskiemu i Sosze.
Tymczasem znowu po wsi poszła prosojdowa „szeptanka” i nie tylko. W rezultacie jeden po drugim świadkowie woleli odwoływać wcześniejsze zeznania. Bo śledczy ich naprowadzali, bo wywierali naciski, i w ogóle… Te rewelacje zostawały ośmieszane na sali sądowej, ale co z tego, skoro – zapisane w protokole rozprawy – miały moc dowodową?
I w końcu wymiar sprawiedliwości stracił cierpliwość. Bo skoro świadek zeznawał raz tak, raz całkiem inaczej, to znaczy, że przynajmniej w jednym przypadku skłamał, czyli złożył fałszywe zeznania, a to jest karalne. Genialnie proste! Posypały się więc akty oskarżenia i skazania, przy czym żartów nie było: od 4 do 8 lat więzienia. W rezultacie ogłupiani i zastraszani przez zrębińską mafię świadkowie poszli po rozum do głowy, a ich – też genialnie proste – rozumowanie można sprowadzić do wspólnego mianownika: „Po jaką cholerę nadstawiać karku za Sojdę i jego bandę?”.
Rezultatem było masowe nawrócenie na prawdę. I skomlenie przed sądem, że ja to przecież zwykły tubylec, prostaczek bezrozumny, więc gdzie takiemu rozeznać, co, komu i jak było mówić? W rzeczywistości chłopsko-zrębińska mentalność była o wiele bardziej skomplikowana i podlejsza. Mniejsza nawet o przekupstwa, ale aż trudno normalnemu uwierzy w słowa cytowane za reporterem Wiesławem Łuką i notowane przezeń z dokładnością magnetofonu: – Wiesz co, Wacek, Sojda wczoraj przyszedł i za flaszkę miodu pomógł naszej krowie się wycielić. On dobry, daleki kuzyn, on krowę uratował, wy na niego nie gadajta, nieładnie. Dzieci nikt nie wróci. -tak mówiła babcia pomordowanych Krysi i Miecia do swego syna, ojca pomordowanych. Albo: – Wy dajta spokój, dzieci wam nikt nie wróci, a żywych chłopów wpakujeta do więzienia.
Reporter rozmawiał o tej mentalności z różnymi funkcyjnymi ludźmi. A oni już to linii partyjnej, już to administracyjnej, już to kościelnej mówili, że z większością zrębińskich właściwie nie ma kontaktu, Żyją zamknięci we własnym świecie: – To specyficzny socjologiczny materiał, takich przebadać!
Muszę w tym miejscu coś więcej napisać o Łuce, nie dlatego, że to mój wieloletni dobry kolega z „Prawa i Życia”, w którym to tygodniku od początku do końca relacjonował połaniecką zbrodnię (co oprócz reportaży w „PiŻ” zaowocowało także książką „Nie oświadczam się”. Mam bowiem przeświadczenie graniczące z pewnością, że ciągła obecność Łuki w okolicach miejsca zbrodni, setki dziennikarskich przesłuchań i wywiadów, a w następstwie kolejne reportaże, patrzenie na ręce śledczym i adwokatom, zaglądanie w sumienia zrębińskim – na swój niebagatelny sposób przyczyniły się do wyjaśnienia zbrodni i skazania sprawców. Dodam jeszcze, że reportaże Hanny Krall w „Polityce”, podobnie jak książka na ten sam temat Romana Bratnego „Wśród nocnej ciszy” czy film Janusza Petelskiego „Zmowa” – nie mogą w konkurować z dziełem Łuki.

Dwóch uciekło śmierci

Sąd Wojewódzki w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu skazał całą czwórkę oskarżonych na kary śmierci. Łagodniejszy okazał się Sąd Najwyższy, który – zgodnie z ówczesnymi przepisami proceduralnymi – w najpoważniejszych sprawach orzekał także w drugiej, rewizyjnej instancji. Ten okazał się łaskawszy, ponieważ utrzymał w mocy tzw. kary główne wobec Jana Sojdy i Józefa Adasia, natomiast Stanisławowi Kulpińskiemu, jako „tylko” pomocnikowi, złagodził wyrok na 15-letnie pozbawienie wolności. To akurat nie było szczególnie zaskakujące, inaczej niż zamiana kary śmierci na 25 lat więzienia dla Jana Sochy – tego, który swą taksówką najechał na głowę Miecia Kality.
Sojda i Adaś (nie przyznali się nawet pod szubienicą) zostali powieszeni 23 listopada 1982 roku w krakowskim areszcie śledczym przy Montelupich. Kulpiński odsiedział 11,5 roku, Socha został po 14 latach i 6 miesiącach przedterminowo warunkowo zwolniony. Żyją i nadal odżegnują się od udziału w zbrodni.
A Wiesław Łuka niedawno pojechał do Zrębina. Przeważnie witano go jak starego wroga: – Kiedy słyszę Łuka, to mam dosyć, bo wiem, ze przyszedł jako hiena.
Piotr Ambroziewicz

Fot. Michał Sielewicz

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ